pasek
Zapisz się do newslettera

Wpisy na blogu ukazują się nieregularnie więc jeśli nie chcesz przegapić żadnego, zostaw Twój adres e-mail, artykuły będą lądować w Twojej skrzynce.

znaczek

Wybierz więcej niż jedną dyscyplinę:

pasek
16.01.2017
Okularki pływackie dla wyczynowców i nie tylko – test i porady sprzętowe

Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego wybrałeś do pływania właśnie te okularki, które zakładasz na głowę przed każdym wskoczeniem do wody? Co zadecydowało – komfort, wygląd, kolor, a może ich wielkość? Czy był to zakup przemyślany, czy też może kupowałeś je „na szybko”, w drodze na basen? Okazuje się, że można pływać bez nich. Tylko po co? Może warto wybrać profesjonalne okularki, które dzięki swej konstrukcji będą pasowały prawie każdemu?

Blisko dekadę temu (jak ten czas leci), gdy trenowałem na najwyższych obrotach, w swojej grupie treningowej miałem kolegę, który był moim przeciwieństwem w wodzie. Mój organizm preferował szybkie, krótkie wyścigi wymagające maksymalnej koncentracji mocy, nieraz pływane na całkowitym bezdechu. Słowem – byłem sprinterem. On zaś lubował się w długich, typowo wytrzymałościowych dystansach kraulowych (400, 800 i 1500 metrów). Podczas trzydniowych rocznikowych mistrzostw Polski jego koronny wyścig (1500 m stylem dowolnym) był rozgrywany jako ostatnia konkurencja, toteż często mogłem obserwować jego starty już z wewnętrznym spokojem, bo wszystkie swoje wyścigi miałem za sobą. Kolega był akurat jednym z lepszych pływaków w naszej kategorii wiekowej na tym dystansie, więc i rywali, którzy chcieli mu przeszkodzić w walce o podium, było wielu. Moją uwagę przyciągał szczególnie jeden zawodnik. Prezentował bardzo zbliżony poziom do tego, który osiągał mój klubowy kolega, więc spotykając się co pół roku na mistrzostwach kraju, rywalizowali „łeb w łeb”. Nie był to jedyny powód, przez który wyróżniał się wśród innych.

Nie wyglądał na typowego pływaka – był niski, bez zarysowanych mięśni. Na starcie pojawiał się bez czepka, za to z dokładnie ogoloną głową, w najzwyklejszych pomarańczowych kąpielówkach (a przypomnę, że były to jeszcze czasy, gdy firmy produkujące stroje startowe prześcigały się w tworzeniu rozwiązań zwiększających możliwości pływaka w wodzie) i co najbardziej zaskakujące – bez okularków.

Za pierwszym razem, gdy zobaczyłem go płynącego bez nich na głowie – szczerze mu współczułem. Myślałem, że być może zapomniał ich wziąć na start, może już na platformie startowej podczas zakładania pękła mu w nich gumka i nie miał czasu na jej ponowne wiązanie lub spadły mu gdzieś tuż po skoku do wody. Pół roku później, gdy zobaczyłem go płynącego tak samo jak poprzednio – tylko w kąpielówkach – zdałem sobie sprawę, że jest to jego własny sposób na trening. Izolował się w ten sposób od całego zgiełku w wodzie podczas wyścigu, ledwo widząc zarys innych zawodników. Na treningach wyćwiczył, w jakim rytmie i z jaką prędkością musi płynąć, by w dobrym momencie zrobić nawrót. W ten sposób doskonale poznawał swój organizm i przy okazji wiedział, w jakiej dyspozycji się znajduje, jak bardzo jest w danej chwili wytrenowany. Nie wiem za to, jaki wpływ miało to na jego oczy – do każdego basenu wlewane są przecież nieco inne środki chemiczne w różnych proporcjach, pozwalające zachować czystość wody.

Okularki to więc nie tylko sposób na umożliwienie widzialności w wodzie, lecz też ochrona naszego narządu wzroku. Pytanie więc, czy warto się męczyć bez nich.

Dwie anegdoty związane z okularami przytaczał w swojej autobiografii Michael Phelps. Pierwsza miała sporo wspólnego z historią przedstawioną przeze mnie powyżej. Podczas jednego z wyścigów olimpijskich Phelpsowi wlała się woda do niedociśniętych do twarzy okularków. Zamknął więc oczy i zaczął liczyć cykle ramion, gdyż wiedział z doświadczenia, w którym momencie pojawi się ściana nawrotowa. Inna historia pochodzi jeszcze z czasów jego dzieciństwa – roztargniony Michael udał się na start, nie zabierając ze sobą okularków. Zauważył to jego trener Bob Bowman (z którym Phelps związany był przez całą karierę) i umyślnie je rozdeptał, chcąc nauczyć swojego zawodnika skupienia i dbałości o szczegóły. Młody Phelps wrócił się po zapomniany sprzęt, a gdy zobaczył, że jest zniszczony, zmuszony był wystartować bez niego. Ta sytuacja, jak sam wspomina w książce, nauczyła go dużo na przyszłość.

Michael Phelps i trener Bob Bowman | fot. zimbio.com

Okularki pływackie. Temat rzeka. Niegdyś minimalny wybór dostępnych modeli. Dziś – całe multum. Od wąskich, dobrze wyprofilowanych, aż do okularów typu „maska”. Tych drugich nie zauważysz wśród wyczynowców. Powód prosty – są za duże, mało komfortowe i zdecydowanie niehydrodynamiczne. Jest to zaś popularny wybór wśród pań, które przed pracą idą na basen i nie chcą mieć później widocznych na twarzy odciśniętych od okularów obwódek. Pływacy wyczynowi dążą do minimalizacji oporów, komfortu, jak i ciekawego designu. Przez wiele lat na basenach całego świata królowały szwedki. Są to okulary, które można dopasować idealnie do siebie. Ich nazwa pochodzi od kraju, w którym znajduje się firma, która jako pierwsza wprowadziła je na rynek w latach 70. XX wieku. W opakowaniu znajdują się osobno wszystkie części potrzebne do ich złożenia: dwie soczewki, nosek, sznureczek do noska i gumka. Ich złożenie zajmuje kilka minut. Nie każdemu jednak przypadną do gustu – ich główną cechą, w oryginalnym wydaniu, jest brak uszczelek, przez co na początku mogą wydawać się niewygodne. W sklepach Decathlon znajdziesz dwa modele szwedek (innowacją jest właśnie warstwa silikonu okalająca soczewkę) – o niebieskich szkłach lub przyciemniane, z warstwą lustrzaną. Pierwszą wersję polecam na treningi, drugą na zawody.

W ofercie niedawno pojawił się także kolejny model okularków pływackich zatwierdzony przez FINA do oficjalnych zawodów. Nabaiji B-Fast, bo o nim mowa, występuje w dwóch wersjach kolorystycznych, które z pewnością przypadną do gustu niejednemu pływakowi: z powłoką lustrzaną, białymi uszczelkami i gumką oraz pomarańczowymi elementami (w zestawie dodatkowo pomarańczowa gumka), a także ciemnozielone z metalicznym refleksem, czarnymi uszczelkami i zieloną gumką (dodatkowo czarna gumka). W opakowaniu znajdziemy woreczek do przechowywania okularków (nie porysujemy w ten sposób szkieł, a dodatkowo sprawimy, że fabryczna warstwa nieparująca anti-fog, znajdująca się po wewnętrznej stronie soczewek, nie zetrze się nam aż tak szybko) oraz mały śrubokręt.

Jest to kolejna innowacja ze strony Nabaiji stworzona przy współpracy z partnerem technicznym marki, Francuzem Fabienem Gilotem (mistrzem olimpijskim w sztafecie 4×100 metrów stylem dowolnym z Londynu w 2012 roku). Pozwala nam ona na regulację noska do indywidualnie dobranej przez nas szerokości. W pobliżu noska znajdziemy delikatnie widoczną podziałkę (podobnie jak na gumce), dzięki której symetrycznie ustawimy rozstaw. Co jednak, gdy w domu dobierzemy sobie odpowiednią szerokość, wybierzemy się na basen bez śrubokręta i na miejscu stwierdzimy, że potrzebujemy wykonać korektę? Z tyłu okularków znajdziemy łącznik służący do regulacji naciągu gumki. Po zsunięciu z niego gumowej osłony i delikatnym złożeniu naszym oczom ukaże się ukryty śrubokręt.

Okulary idealnie wpisują się w nurt zmniejszenia oporów hydrodynamicznych – leżą dość głęboko w oczodole, jednocześnie dość mocno przysysają się do twarzy. Mają sportowy, nieco agresywny design tworzący aurę profesjonalizmu. Dzięki tym okularom nie musimy się bać, że zsuną się nam one z głowy podczas szybkiego pływania, skoków do wody czy w trakcie nawrotów. Przy okazji możemy stosować je na odkrytym basenie, dzięki zastosowanemu tworzywu z powłoką UV. Posiadają też jedną zaletę wyróżniającą je spośród innych okularów przeznaczonych do ścigania się – mają stosunkowo szerokie pole widzenia. Jeśli nie przepadamy za szwedkami i wolimy raczej klasyczne okulary – jest to zdecydowanie wart polecenia model.

I na koniec jeszcze słowo na temat parowania okularów. Pyta mnie o to dużo osób, nie tylko znajomych, ale również klientów.

Odpowiadam: ślinić. Po tym słowie pada na mnie zniesmaczone spojrzenie: jak to?! Ano tak to, najlepszy i sprawdzony przeze mnie sposób.

Problem, który występuje zawsze. Osoby, którym doradzam przy zakupie okularków, czasem pytają mnie, które z nich nie zaparują. Smutna odpowiedź to taka, że z czasem zaparują wszystkie. Zdecydowana większość dostępnych na rynku okularków jest pokryta od wewnątrz fabrycznie warstwą płynu zapobiegającego temu uciążliwemu zjawisku, jednak ściera się on i wypłukuje dość szybko. Każdorazowo przed wskoczeniem do wody ślinię okularki od wewnątrz i problem mnie nie dotyczy. Część osób, zanim założy je na głowę, woli zamoczyć je w wodzie. Słyszałem również (choć nie testowałem) o sposobie z płynem do mycia naczyń: wlewamy niewielką warstwę do okularów, pozostawiamy do całkowitego wyschnięcia, po czym płuczemy. Podobno efekt utrzymuje się przez pewien czas. Pozostaje też zakup specjalistycznego płynu na zaparowanie. A może Wy macie własne sposoby na parujące okularki? Czekam na podpowiedzi w komentarzach.

Filip

Okularki pływackie dla wyczynowców i nie tylko – test i porady sprzętowe
4.7 (93.33%) 9

Autor: Filip Wojciechowski | E-mail: filip.wojciechowski@decathlon.com
pasek
Zapisz się do newslettera

Wpisy na blogu ukazują się nieregularnie więc jeśli nie chcesz przegapić żadnego, zostaw Twój adres e-mail, artykuły będą lądować w Twojej skrzynce.

znaczek

Wybierz więcej niż jedną dyscyplinę:

pasek

Jedna myśl na temat “Okularki pływackie dla wyczynowców i nie tylko – test i porady sprzętowe”

  1. Przeciw parowaniu kupuję w sklepie okulistycznym płyn w sprayu, za 125 ml butelkę płacę niecałe 15 zł i wystarczy na naprawdę długo 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *