pasek
Zapisz się do newslettera

Wpisy na blogu ukazują się nieregularnie więc jeśli nie chcesz przegapić żadnego, zostaw Twój adres e-mail, artykuły będą lądować w Twojej skrzynce.

znaczek

Wybierz więcej niż jedną dyscyplinę:

pasek
25.07.2016
O TYM, ŻE MIAŁAM NIGDY NIE BIEGAĆ I O TYM, JAK NA SWOJE 40 URODZINY PRZEBIEGŁAM 40 KM

Moje pradawne doświadczenia biegowe

Pomijając wczesne dzieciństwo i szkolne WF-y, to miałam ledwie jeden krótki epizod biegowy. Na studiach postanowiłam trochę popracować nad kondycją, a dokładniej zrzucić parę kilo 😉 i… padło na bieganie. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego akurat bieganie, bo to były zupełnie inne czasy dla tego sportu. Musiałam się sporo natrudzić nad wybraniem takiej trasy i pory dnia, żeby nie rzucać się w oczy, a najlepiej, żeby nikt mnie nie widział. Teraz bieganie jest trendy, ale wtedy było raczej powodem kąśliwych docinek. Nie było też takiego dostępu do odzieży funkcyjnej i… staników sportowych. Mój mglisty obraz biegania z tamtych czasów to konieczność ukrywania się przed gapiami, każdy litr wylanego potu widoczny na ubraniu i ciągła walka z grawitacją… W efekcie zniechęciłam się, zarzuciłam treningi i miałam już nigdy nie biegać.

Choć pamiętam też pozytywy biegania – to uczucie niesamowitej lekkości i energii, kiedy po porannym treningu i chłodnym prysznicu szłam na zajęcia – czułam się rewelacyjnie.

Powrót do aktywności fizycznej

Aktywność fizyczna na długo została zepchnięta na margines mojego życia. Praca, dom, dzieci – wszystko było ważniejsze. Stan mojego zdrowia i kondycja podupadły, a organizm zaczął się buntować. Trochę potrwało, zanim zrozumiałam, jak ważna jest regularna dawka ruchu dla mojego organizmu. Ten dość bolesny proces zrozumienia opisałam tutaj: O tym, że ruch jest w stanie zastąpić prawie każdy lek, ale żaden lek nie zastąpi ruchu. Tak więc po dekadach zaniedbań treningowych wróciłam do regularnej aktywności. Postawiłam na nordic walking – idealny, zwłaszcza na początek. Jest praktycznie dla każdego, wystarczą kijki i wygodne buty, a chodzić można wszędzie i przez okrągły rok.

Trudno przecenić, co dały mi te marsze. W ciągu niespełna roku moje życie zmieniło się o 180 stopni. Ale… natura człowieka nie lubi stagnacji. W końcu „jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana” i w moim sportowym grafiku też zanosiło się na dużą zmianę…

Przełom przyszedł wiosną

Dotychczasowa aktywność już po prostu nie wystarczała. Kondycja się poprawiła, logistyka dnia codziennego pozwalała na coraz więcej. Nogi chciały przyspieszyć, a do tego wszędzie dookoła biegacze, ciekawe imprezy biegowe, spektakularne maratony… Zresztą praca nad efektywnym wykorzystaniem czasu też podpowiadała, że biegnąc osiągnę tyle samo, co maszerując, ale w krótszym czasie, a poświęcając tyle samo czasu – osiągnę znacznie więcej. Zaczęłam więc nieśmiało truchtać. Wydawało mi się, że skoro od roku maszeruję, i to w solidnym tempie, to biegać będzie mi łatwiej. Hmm… Nie wiem, jak się czują ci, którzy na ścieżkę biegową wybiegają prosto z kanapy, ale moje pierwsze treningi, po 4-5 km, okupione były ciężką zadyszką, solidnym rumieńcem przez pół dnia i zakwasami dnia następnego. Nie tego się spodziewałam, ale to tylko potwierdziło, że w tej dziedzinie aktywności fizycznej mam wiele do zrobienia.

„Jak to czasy się zmieniają – pomyślałam a propos moich pradawnych doświadczeń. – Nie muszę już ukrywać tego, że biegam, teraz będę ukrywać to, że tak strasznie dyszę…” 😉 Pozostałe aspekty wypadły tylko na plus. Do biegania nie służą już powyciągane dresy – wręcz przeciwnie, w stroju biegowym można poczuć się komfortowo i modnie, tak samo dobrze przed, jak i po treningu. No i grawitacja została skutecznie poskromiona (wielkie dzięki!). Odkryłam bieganie na nowo!

Potem potoczyło się lawinowo

Po niespełna dwóch tygodniach biegania zaczepił mnie „na wiosce” młody biegacz. Grzecznie zapytał, czy mieszkam w okolicy, bo zawiązał się w Zagnańsku klub sportowy dla amatorów biegania i tak sobie trenują wspólnie w każdą niedzielę. Dał namiary na klub i zaprosił na trening. „Po prostu z nieba mi spadł – pomyślałam. – To jak znak!”. Trochę się obawiałam, jakie tempo i dystans narzucą bardziej doświadczeni biegacze, ale jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Podzielili się na grupy dostosowane do biegowego zaawansowania i mogłam potruchtać w swoim tempie. A atmosfera wspólnego treningu była po prostu genialna. Spodobało mi się od pierwszego razu. Możliwość dzielenia się wspólną pasją, doświadczeniami i osiągnięciami jest bardzo motywująca. I mimo iż generalnie wolę trenować w samotności, to co tydzień biegnę naładować akumulatory wśród moich pozytywnie zakręconych kompanów. Tak się w to wkręciłam, nie wiedzieć kiedy, że dziś już nie tylko korzystam z treningów „Zagnańsk Biega”, ale również go współtworzę. Kto by uwierzył – ja? Jeszcze niedawno zmęczona życiem matka Polka…

Czas na pierwszy w życiu plan treningowy

Apetyt rósł w miarę… biegania. Pokonywane dystanse były coraz dłuższe, progres przychodził całkiem łatwo, co na pewno było zasługą wcześniejszego chodzenia z kijami. Z każdym pokonanym dłuższym dystansem pojawiała się chęć na dołożenie kolejnego kilometra czy dwóch.

Rodziły się pytania o granice moich możliwości. Czy to już ich kres, bo dobiegam czterdziestki? Czy, jak twierdzą niektórzy, wręcz przeciwnie –życie zaczyna się właśnie po czterdziestce i to teraz otwierają się przede mną nowe możliwości i to teraz nadchodzi czas na nowe wyzwania? Zdecydowanie przypadła mi do gustu wersja druga. A skoro mam za chwilę zacząć „nowe” życie, to i cele powinny być nowe, może nawet spektakularne. Bo po co się rozdrabniać, w końcu nikt nie wie, ile czasu mi jeszcze zostało. A mnie tak imponował dystans królewski…

Wszystkie racjonalne przesłanki, prasa branżowa i doświadczenia znajomych biegaczy kazały się nie spieszyć, powoli szlifować formę. Wiedziałam, że mają rację, ale bardzo chciałam, żeby mój cel był ambitny i motywował mnie do systematycznej pracy. Wyszukałam więc sobie plan treningowy dla początkujących, przygotowujący w 24 tygodnie do… maratonu. Ale nie mylić tego proszę z zapisaniem się na maraton. Na początek chciałam sprawdzić, co powie mój organizm na coraz dłuższe wybiegania. Okazało się, że znosił je całkiem dzielnie. Dlatego działałam dalej według planu, by w miarę nabierania doświadczenia biegowego mógł się wyklarować mój cel. Stwierdziłam, że na prawdziwy maraton jest dla mnie faktycznie za wcześnie. I nie chodzi nawet o sam dystans, ale całe to napięcie wynikające z tego, że „muszę”. Muszę, bo się zapisałam, muszę bo wszyscy wiedzą i patrzą, czy podołam. Taki stres nie był mi potrzebny, dość się w życiu nastresowałam.

Ale… jak by tak w sposób wyjątkowy uczcić wejście w „nowe” życie i spróbować przebiec 40 km dokładnie w dniu 40 urodzin? Bez rozgłosu, sam na sam ze swoimi słabościami, tylko dla siebie…. Dla mnie bomba! To był jeden z tych pomysłów, co pojawiają się jak grom z jasnego nieba i wstrząsają całym jestestwem. A zatem: jest cel – jest działanie!

Trenowałam więc dalej, w miarę regularnie, i przez długi czas nic nie zakłócało planu. Potem jednak pojawiły się różne zaburzenia: w wakacje przepadły mi najdłuższe wybiegania, a na 2 tygodnie przed godziną „0” ciężkie przeziębienie położyło mnie do łóżka. Zaraz po chorobie ledwo przebiegłam 8 km…  Pojawiło się lekkie zwątpienie.

Jednak nie chciałam rezygnować. Precyzyjny cel i plan jego realizacji był w głowie: urlop zaplanowany (urodziny wypadały w czwartek, a to musiał być ten konkretny dzień), cała logistyka domowa i przygotowany graficzny motywator, który po biegu miał poinformować znajomych, że się udało:

40-tka_motywator

Gdybym miała przesunąć to wszystko choćby o jeden dzień, motywacja by się posypała…

Rodzinę powiadomiłam o swoich zamiarach dopiero na kilka dni przed. Wiedziałam, że czeka mnie ostatnia batalia, że w trosce o moje zdrowie i bezpieczeństwo będą próbowali mnie odwieść od zamiaru. Ale moja determinacja była chyba wypisana na czole, bo szybko przeszli do wersji asekuracji biegu – za co jestem im naprawdę wdzięczna.

Skoro 40 lat to nie wiek, to 40 kilometrów nie odległość

A więc nadszedł ten dzień! Ubrałam się w prezenty urodzinowe (nową bluzę i pas z bidonem) i wyruszyłam. Bardzo długo niosły mnie emocje i adrenalina. Poza tym, podsumowanie 40 lat życia też zajmuje chwilkę 🙂 .

Pierwszy kryzys pojawił się około 26 km i wtedy przy drodze wyrósł znak „KONIEC OGRANICZENIA DO 40” – taki jak na moim motywatorze. Łzy stanęły mi w oczach ze wzruszenia, nowy zastrzyk adrenaliny dodał mi skrzydeł i kryzys minął jak ręką odjął. Kolejne 5 km minęło spokojnie. Po 32 km zaczęły się podbiegi – te same, co 20 km wcześniej, ale uwierzcie, że w moim odczuciu przewyższenia były wielokrotnie większe :). Nie zatrzymałam się – dałam radę. Dopiero ostatnie 4-5 km to był już bieg przeplatany marszem. Ale dotarłam do mety! Udało się! Niesamowite uczucie! Nie można tego opisać, to trzeba poczuć!

To swoiste podsumowanie 40 lat życia na dystansie 40 km zajęło mi 5 godzin i 6 minut. I te 306 minut zaliczam do najlepiej zainwestowanych w moim życiu.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że dla jednych to żaden wyczyn, jeśli biegają kilka maratonów rocznie, łamiąc kolejne bariery czasowe. Są i tacy, co powiedzą, że ten dystans jest w ogóle poza ich zasięgiem (też tak kiedyś myślałam). Ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że dla mnie, w tym konkretnie momencie życia, był to mój własny, prywatny Everest, który zdobyłam. I nikt mi tego nie odbierze.

A co potem?

Poza tym, że wszędzie widzę same drogowe znaki „40”. Daję słowo, chyba je podostawiali… 🙂

Potem przyszła codzienność. Ale czy ta sama? Nie. Już nie jestem tą samą osobą. Przełamywanie własnych ograniczeń (najczęściej tych głęboko zakorzenionych w głowie) zmienia w nas coś nieodwracalnie.

I teraz korzystam z tego bardziej niż w chwilach pierwszej euforii. Mam ten wyczyn w pamięci i na liście dokonań, z których jestem dumna. Gdy mam paskudny dzień, spadek nastroju czy formy, zaglądam do mojej listy i już wiem, że ciemne chmury nadciągają tylko po to, żeby za chwilę znów mogło wyjść słońce. Wiem, na co mnie stać. I jeśli tylko mam taką możliwość – idę pobiegać. Po 5 kilometrach wszystko się rozjaśnia (nawet jeśli na dworze zapada zmierzch), po 10 km nad moją głową niebo jest czyste (nawet jeśli leje jak z cebra), a po 15 km mam gotową listę rozwiązań dla rzeczy, wydawałoby się, nierozwiązywalnych. Cuda wymagają nieco dłuższych dystansów 🙂 .

40-ka_foto na Decabloga

PS Nie bójcie się marzyć! I niech nikt Wam nie wmówi, że na to czy na tamto jest już za późno…


Autorką powyższego tekstu jest pani Katarzyna Wdowczyk, klientka Decathlon. Zobacz wcześniejszy artykuł pani Kasi TUTAJ.

O TYM, ŻE MIAŁAM NIGDY NIE BIEGAĆ I O TYM, JAK NA SWOJE 40 URODZINY PRZEBIEGŁAM 40 KM
5 (100%) 8

Autor: Katarzyna Wdowczyk | E-mail: brakmaila@brakmaila.pl
pasek
Zapisz się do newslettera

Wpisy na blogu ukazują się nieregularnie więc jeśli nie chcesz przegapić żadnego, zostaw Twój adres e-mail, artykuły będą lądować w Twojej skrzynce.

znaczek

Wybierz więcej niż jedną dyscyplinę:

pasek

Jedna myśl na temat “O TYM, ŻE MIAŁAM NIGDY NIE BIEGAĆ I O TYM, JAK NA SWOJE 40 URODZINY PRZEBIEGŁAM 40 KM”

  1. czasami przebiegnięcie maratonu jest potrzebne po to ,aby udowodnić sobie ,że ” się da rade ” ,i jeśli już miniesz ten 42 km to jesteś innym człowiekiem. Przebiegłam swój pierwszy maraton ,bez żadnego przygotowania biegowego ( uprawiam inne sporty ) po to ,aby uwierzyć w niemożliwe w mojej głowie.
    I to nic ,że przez trzy następne dni poruszałam się delikatnie mówiąc „ostrożnie ” 🙂
    Teraz ,wiem ,ze dam rade ,nie ,ze „się uda ” ,ale ze JA sobie poradzę
    czego wszystkim wątpiącym życzę :))
    Katarzyna .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *