16.07.2016
O TYM, ŻE RUCH JEST W STANIE ZASTĄPIĆ PRAWIE KAŻDY LEK, ALE ŻADEN LEK NIE ZASTĄPI RUCHU*

Potrzebowałam trochę czasu, by tak naprawdę zrozumieć tytułową sentencję Wojciecha Oczki. Poniżej zamieszczam studium przypadku (własnego), o tym, że najtrudniej przyjąć do wiadomości rzeczy najprostsze…

Profil pacjenta

Matka Polka pod czterdziestkę. Dwoje dzieci, dwa etaty (praca, dom) i co rusz jakiś kopniak od życia, żeby za łatwo nie było – żaden wyjątek, raczej standardowy trybik w machinie współczesnej cywilizacji. Nieustannie próbuje zmieścić wszystko w stanowczo za krótkiej dobie i jest coraz bardziej tym zmęczona. Zawsze jest tyle rzeczy do zrobienia, że na jej potrzeby nie starcza już czasu.

Aktywność fizyczna i relaks, a raczej ich brak

Praca siedząca, nierzadko stresująca, a po pracy: dzieci, dom, sprawy ważne, bardzo ważne i niecierpiące zwłoki… i tak w ciągłym biegu, w ciągłym niedoczasie… Potem upragniony wyjazd wakacyjny, po którym przydałby się jeszcze tydzień urlopu na regenerację, ale nic z tego. Czasem wypad w góry, jako najwyższa forma luksusu – też zmęczy, nawet bardzo, ale tak jakoś inaczej, i ta odskocznia od codzienności – bezcenne.

Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, żebym wygospodarowała godzinkę w tygodniu, a najlepiej codziennie, na trening to… wybaczcie, ale nie zacytuję przed 22.

Przecież ja nie miałam czasu spokojnie usiąść, a jak już ze zmęczenia i bezsilności usiadłam na kanapie, wpatrując się beznamiętnie w TV, to później trzeba było się sprężyć jeszcze bardziej, żeby wszystko nadrobić… Jaki ruch?! Skoro ja pragnę chwili bezruchu… Jaki wysiłek fizyczny?! Kiedy ja jestem dzień w dzień wykończona i padając wieczorem na łóżko zasypiam w locie do poduszki…

Bunt organizmu

I tak trwałam, w tym zaklętym kręgu, aż organizm zaczął się buntować.

Początkowe objawy ignorowałam. Osłabienie, wypadające włosy, szara cera, sińce pod oczami, problemy trawienne – nie pojawiają się przecież jak grom z jasnego nieba, tylko narastają powoli, wręcz niepostrzeżenie. Myślałam, że to taka kolej rzeczy, w końcu lat mi nie ubywa…

Oczywiście, że zamęczałam Wujka Google pytaniami, dlaczego wypadają mi włosy, dlaczego jestem ciągle zmęczona i wstaję niewyspana. Co jeść, czego używać, czym się smarować? I próbowałam się do tego stosować… na chwilę, bo ani nie widziałam efektów, ani czasu na to nie starczało. Jakoś zalecenia, by ograniczyć stres, zrelaksować się, iść pospacerować, zupełnie do mnie nie trafiały. W końcu stres, napięcie, natłok informacji to znak naszych czasów! A spacer? Przecież ja już nie pamiętam, jak się wolno chodzi. I czas! Przecież on mnie ciągle goni, więc jak mam zwolnić?!

Tylko że narastające zmęczenie, nieustępujące nawet po długim śnie, jakieś nerwobóle i coraz częściej pojawiające się uczucie beznadziei utrudniały mi codzienne funkcjonowanie. Dobę było coraz trudniej domknąć, coraz więcej spraw leżało odłogiem, a to rodziło dodatkowy stres…

Organizm, mądra bestia, już nie sygnalizował, tylko wręcz krzyczał, że takie życie mu nie odpowiada. Dwa razy tak na mnie huknął, że rano po prostu nie wstałam z łóżka. Za pierwszym razem zblokowany mięsień szyi nie wytrzymał i… puścił. Okropne uczucie (nie wspominając o bólu) nie móc utrzymać głowy na karku. Efekt: trzy tygodnie w kołnierzu ortopedycznym i… wszystko wróciło do normy. Niestety, tej standardowej normy. Choć coraz więcej czytałam i starałam się bardziej zwrócić uwagę na siebie. Tym razem nacisk poszedł na kwestie odżywiania i organizacji dnia codziennego, by lepiej wykorzystać tę wiecznie za krótką dobę.

I, nie powiem, trochę się poprawiło. Jednak kiedy do zwykłego zakresu obowiązków doszła przeprowadzka i duży remont, to organizm znów na mnie huknął – tym razem strzelił przeciążony mięsień w rejonie łopatki – znów nie wstałam rano z łóżka… I znów trochę trwało, zanim doszłam do siebie.

Czas na diagnozę

Tym razem postanowiłam zdecydowanie wnikliwiej przyjrzeć się mojemu organizmowi i zadbać o jego potrzeby. W końcu jest mi niezbędny do życia!

Dużo czytałam, zadawałam pytania i szukałam odpowiedzi. Przetoczyłam się przez mnóstwo książek, artykułów, tematów i teorii. I tu uczulam: trzeba pamiętać, że od Wujka Google wychodzi się zwykle obłożnie chorym, a nawet umierającym, z całą listą specyfików, które mogą nas przed tą niechybną śmiercią uchronić. Jednak po przesianiu tych rewelacji przez sito zdrowego rozsądku można wyłuskać sedno. A trudności w znalezieniu rozwiązania wynikają najczęściej z tego, że nie dostrzegamy rzeczy najprostszych.

Kilka lat zajęło mi uwierzenie, że rozwiązanie moich problemów jest aż tak proste, nic nie kosztuje i jest na wyciągnięcie ręki. Rozładowanie stresu poprzez wprowadzenie choćby umiarkowanej aktywności fizycznej, znalezienie czasu na relaks i odpoczynek – slogany, banały – myślałam do tej pory. I bardzo się myliłam!

W końcu się zdiagnozowałam. Zaznaczam, że odwiedziłam najpierw lekarza i zrobiłam rozszerzone badania krwi. Lekarz nie znalazł nic niepokojącego. Dostałam receptę na magnez i wcierkę na wypadające włosy. Oczywiście nie pomogły, bo… nie mogły, to tylko specyfiki na objawy zewnętrzne tego, co niedomaga wewnątrz. Ale nie w tym rzecz. Najważniejsze było to, że skoro wykluczyłam wszelkie poważne przypadłości, to mogłam wreszcie z czystym sumieniem uwierzyć, że przyczyną moich problemów są: permanentny stres, przeciążenie, brak prawdziwej aktywności fizycznej i wynikająca z tego nieefektywna regeneracja. A co z tym zrobić? Najlepiej rozchodzić! 🙂

Leczenie ruchem

Leczenie wymagało trochę wysiłku, w dosłownym tego słowa znaczeniu, litrów potu, szczypty zakwasów oraz weryfikacji życiowych priorytetów i odrobiny kreatywności w ustaleniu nowej logistyki dnia codziennego.

Postawiłam na nordic walking! Dlaczego? Bo jest praktycznie dla każdego, bo oprócz kijków i wygodnych butów nie trzeba nic więcej, bo chodzić można wszędzie, przez cały rok i… nie trzeba zwalniać (nadal nie umiem chodzić powoli :)).

Nie będę się rozpisywać na temat zalet tej formy ruchu, bo specjalistycznych artykułów znajdziecie mnóstwo, w końcu dyscyplina ta powstała jako profesjonalny, letni trening dla narciarzy biegowych. Skupię się raczej na tym, jak zadziałał ten trening w przypadku moich „dolegliwości”.

Jak zawsze najtrudniej jest zacząć, zebrać się, przełamać opór i wyjść po raz pierwszy. Najlepiej znaleźć kompana albo dołączyć do zorganizowanej grupy. W moim przypadku była to sąsiadka (dzięki Ci, kochana!), która już od paru miesięcy pomykała z kijkami i była chodzącą reklamą nordic walking: uśmiechnięta, pełna energii i o połowę szczuplejsza niż te parę miesięcy wcześniej. Nie musiała mnie dwa razy zapraszać…

Już po pierwszym treningu coś pękło. Rozruszane ciało, podkręcone tętno i krążenie, zrzucone napięcie, dotleniony mózg i generalnie świadomość zrobienia czegoś dobrego dla siebie – potrafią zdziałać cuda.

Samopoczucie poprawia się natychmiast. Z każdym treningiem poziom energii i zadowolenia z życia wzrasta. Poprawia się jakość snu, a rano dużo łatwiej wstać. Niemal od razu zauważyłam też, że znika problem z domknięciem doby. Część obowiązków wykonuje się sprawniej, bo zaraz czas na trening, a po treningu jest moc i energia, by jeszcze coś zrobić. Ponadto, łatwiej ocenić, co jest warte naszego czasu, a co niekoniecznie.  W rezultacie podstawowa wymówka pod nazwą „nie mam na to czasu” okazała się całkiem bezpodstawna!

Chwilę trwało, zanim wszystko się poukładało. Testowałam różne pory treningu, różną częstotliwość i intensywność. Trzeba sobie wypracować własne dawkowanie, w zależności od dyspozycji fizycznej i czasowej, pamiętając przy tym, że tu też można przedawkować. Przetrenowanie zabierze energię i dobre samopoczucie, więc stopniowo zwiększamy dawki i ustalamy je na optymalnym dla siebie poziomie.

Moje efekty leczenia ruchem:

  • rozładowanie stresu i wewnętrzny spokój
  • poprawa zdrowia – organizm już na mnie nie huczy 🙂
  • lepsza organizacja dnia codziennego – robię dużo więcej rzeczy i wszystko się mieści w 24 godzinach
  • lepszy nastrój i samopoczucie
  • więcej energii do działania
  • dystans do siebie, życia i tak zwanych problemów
  • lepszy stan włosów i cery
  • trzymanie optymalnej wagi
  • dużo lepsza kondycja i… ogromna ochota do dalszej pracy nad nią (ale o tym napiszę następnym razem :))

Profilaktyka

Różne są powody, dla których zaczynamy trenować. Najczęściej jest to chęć zrzucenia zbędnych kilogramów, rzadziej potrzeba rozładowania stresu czy poprawy ogólnego stanu zdrowia i samopoczucia (a szkoda…).

Ważne jest to, żeby nie odstawiać tego genialnego leku, gdy cel zostanie osiągnięty. Żeby cieszyć się zdrowiem, energią, dobrym humorem i szczupłą sylwetką, trzeba na stałe wpleść ruch w nasze codzienne życie. Możliwości jest wiele, choć na początku drogi wydaje się to nieosiągalne (sama tkwiłam w tym błędzie).

Najlepiej stosować się do dwóch podstawowych zasad:

  1. Twój organizm to jedyne miejsce, w którym tak naprawdę mieszkasz i jego potrzeby są ważniejsze niż wszystkie Twoje obowiązki. Dbaj o niego i traktuj go z szacunkiem.
  2. Jeśli uważasz, że Twoje potrzeby są mniej ważne – to patrz punkt pierwszy, bo jeśli Twój organizm odmówi posłuszeństwa, to jak wypełnisz swoje zobowiązania?

PS Są też niestety skutki uboczne terapii:

  • wymiana garderoby, bo w starej pojawiły się luzy
  • telewizor i kanapa są chyba na mnie obrażeni… 😉

* Tak głosił już w XVI w. Wojciech Oczko – lekarz królów polskich, filozof, propagator aktywności fizycznej jako niezwykle korzystnej zarówno dla ciała, jak i dla ducha.

Autorką powyższego tekstu jest pani Katarzyna Wdowczyk, klientka Decathlon.

O TYM, ŻE RUCH JEST W STANIE ZASTĄPIĆ PRAWIE KAŻDY LEK, ALE ŻADEN LEK NIE ZASTĄPI RUCHU*
4.8 (96%) 15

Autor: Katarzyna Wdowczyk | E-mail: brakmaila@brakmaila.pl
pasek
Zapisz się do newslettera

Wpisy na blogu ukazują się nieregularnie więc jeśli nie chcesz przegapić żadnego, zostaw Twój adres e-mail, artykuły będą lądować w Twojej skrzynce.

znaczek
pasek

Jedna myśl na temat “O TYM, ŻE RUCH JEST W STANIE ZASTĄPIĆ PRAWIE KAŻDY LEK, ALE ŻADEN LEK NIE ZASTĄPI RUCHU*”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *