pasek
Zapisz się do newslettera

Wpisy na blogu ukazują się nieregularnie więc jeśli nie chcesz przegapić żadnego, zostaw Twój adres e-mail, artykuły będą lądować w Twojej skrzynce.

znaczek

Wybierz więcej niż jedną dyscyplinę:

pasek
12.12.2016
Pimp my skate

Swoją przygodę na skateparku zacząłem na rolkach przeznaczonych do freeride‘u, a nie do rozbijania się po rampach. Powód był prosty: pewnego dnia spotkałem się z przyjaciółmi i poszliśmy na skatepark. Oni pobujali się na deskach, a ja… Ja próbowałem się nie zabić na rolkach.

PRZYGODĘ CZAS ZACZĄĆ

Spodobało mi się. Uznałem jednak, że zakup nowych rolek w sklepie nie będzie wyzwaniem. Pójść do sklepu, przymierzyć i kupić. Postanowiłem najpierw sprawdzić, czy da się kupić coś używanego. Byłaby to doskonała okazja, żeby dowiedzieć się na temat rolek czegoś nowego. No dobra, po prostu chciałem też trochę przyoszczędzić na sprzęcie, bo nie byłem do końca przekonany, czy za tydzień dalej będę miał chęci i czas, żeby skakać na rolkach. Co nie zmienia faktu, że nastawiłem się na kupno używanych rolek z zamiarem ich odnowienia. A to wszystko w imię poznania lepiej tego, na czym będę jeździł. Czy na tym oszczędziłem? Nie, nie, nie… Czy nauczyłem się trochę więcej o rolkach? Zdecydowanie tak.

Wiedziałem, że gdzieś w internecie są rolki, które na mnie czekają. Te na widok których zacznie mi szybciej bić serce, poczuję dziwny ucisk w brzuchu i nie będę czuł bólu podczas wysyłania kasy za nie. Pierwszego dnia podczas przekopywania popularnego serwisu alledrogo w poszukiwaniu moich rolek… znalazłem je.

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Roleczki firmy USD, model VII. Nie chcąc jednak działać pochopnie, kolejne dwa dni spędziłem na przekopywaniu forów internetowych w poszukiwaniu informacji na temat moich przyszłych rolek. Po dokładnej analizie zamieszczonych na stronie z przedmiotem zdjęć uznałem, że rolki się nadają – nie były mocno katowane, zużycie poszczególnych części wskazywało na to, że służyły one do nauki przez kilka miesięcy. Góra dwa lub trzy.

To dobrze – pomyślałem. – Nie będę musiał na dzień dobry wymieniać wszystkich części.

Liczyłem się z koniecznością wymiany tych, które najszybciej się zużywają: kółek i łożysk. Uznałem, że łożyska wymienię bez względu na to, w jakim będą stanie. Profilaktycznie. Kółka też,z racji ich widocznego na zdjęciach zużycia. Ktokolwiek na nich wcześniej śmigał, nie słyszał chyba o możliwości zamiany kółek miejscami. Były niemiłosiernie starte tylko od wewnętrzej strony. Po dodaniu do ceny rolek cenę nowych kółek i łożysk, w dalszym ciągu ta cena była ułamkiem tego, co musiałbym zapłacić za model tegoroczny, jeśli zdecydowałbym się na nowe. Nie niepokoił mnie fakt, że w szynie były zamontowane tylko zewnętrzne koła, tylko to że w szynie nie ma piesków, które umożliwiałyby przykręcenie pozostałych kółek. W dodatku były one wykonane z tworzywa sztucznego, co nie czyniło ich super wytrzymałymi. Pieskami nazywa się tulejki, za pomocą których – umieszczając je w odpowiedni sposób w szynie – możesz ustawić wysokość kółek.

-Eee, tam. Dam sobię radę i z tym. Znajdę nowe, metalowe.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ile będę miał z tym problemów.

Niejedyną gratką była cena. Kolejną było to, że shell rolki wraz z cholewką były wykonane z jasnego tworzywa, co otwierało przede mną nowe możliwości. Możliwości farbowania rolki. Nie malowania. Farbowania. Rolki farbuje się prawie tak samo jak gotuje się makaron – do gotującej się wody wsypujemy barwnik, a po dokładnym wymieszaniu dorzucamy oczyszczone części. Gotujemy na małym ogniu przez kilka minut i wyciągamy.

POCZĄTEK GRZEBANIA

Po wyciągnięciu rolek z paczki byłem nimi oczarowany. Tak jak się spodziewałem, kółka i łożyska poszły od razu do kosza. Zastapiłem je nowymi. Podczas odkręcania kółek spostrzegłem, że pieski, które pozostały w szynie, były mocno sfatygowane.

Trudno. Najważniejsze, że kółka się kręcą.

Następnie chwyciłem za śrubokręt i postanowiłem rozkręcić rolkę w celu jej dokładnego wyczyszczenia. Zajęłoby mi to mniej czasu, gdyby śruby nie były zardzewiałe. Tłumaczyłem to sobie tym, że i tak bym je wymienił na nowe. Z dostaniem śrub nie było problemu, dostałem je za grosze w sklepie budowlanym. W końcu nie ma nic wyjątkowego w małych śrubkach. Oprócz śrub musiałem też wymienić nakrętki pazurkowe. Ceny, z jakimi się spotkałem w sklepach z częściami do rolek, ostudziły mój zapał.

W sumie, to one wcale nie są tak przeżarte przez rdzę. Wymoczę w benzynie przez noc, pobawię się trochę szczotką drucianą, potraktuję jakąś farbą podkładową… Nie są w złym stanie.

Pewnie i bym tak zrobił, ale całe szczęście na ratunek przyszedł mi… ponownie sklep z asortymentem budowlanym. W dziale z deskami i trocinami znalazłem nakrętki pazurkowe. Poza o wiele bardziej atrakcyjną ceną nie różniły się od tych rolkowych.

Zanim skręciłem rolki, postanowiłem jeszcze je porządnie wyczyścić. W ruch poszła szczotka i mleczko do czyszczenia. Cała skorupa została dokładnie wyczyszczona. Niewiele zmieniło to jej wygląd, ale wystarczyła mi sama świadomość tego, że jest już chociaż troszkę mniej brudna niż na początku.

Niemiłosiernie rozbite linery, które były w rolkach, postanowiłem zastąpić innymi, które chwilowo leżały niepotrzebne w szafie. Pochodziły z Twisterów, w których teraz był nowiutki liner Powerslide. Oryginalny liner w Twisterach delikatnie cisnął mnie w palce. Miałem nadzieję, że po jakimś czasie rozbije się na tyle, żeby dało się w nim jeździć bez odczuwania tego, jak krew przestaje dopływać do palców. Po przełożeniu linera z Twisterów do VII niczego takiego już nie czułem. Było to spowodowane tym, że skorupa w VII jest nie tylko szersza niż w Twisterach i liner ma troszkę więcej miejsca, ale jest po prostu większa. Skorupa w Rollerblade‘ach jest mniejsza niż w VII.

TEST

Przyszła pora na test rolek w terenie. Jeździło się na nich zupełnie inaczej niż na rolkach do freeride‘u. Niżej osadzony środek ciężkości zapewniał lepszą stabilność, jednak kółka o płaskim profilu sprawiały, że rolki posiadały zwrotność wozu z węglem. To nie są rolki do jazdy noga za nogą. Zanim w ogóle pomyślałem o jakichkolwiek skokach na rampach, postanowiłem lepiej się oswoić z rolkami. Skoczyłem kilka razy w miejscu. Zobaczyłem wtedy, że nie dopiąłem klamry. No nic, zdarza się. Po kolejnych paru podskokach znowu poczułem luz w kostce. Problem nie tkwił jednak w dziurach w mojej pamięci, lecz w uszkodzonej klamrze. Na dobitkę usłyszałem stukot w lewej rolce. Kółko się zluzowało. Nie myśląc nad tym dłużej, chwyciłem za klucze i podjąłem próbę dokręcenia kółka. Okazało się, że nie było ono niedokręcone. Po zdjęciu rolki odkryłem, że szyna jest w jednym miejscu bardziej starta, co umożliwiało kółku ruch w każdym możliwym kierunku. Uznałem, że nie ma co i wracam do domu. Nie będę jeździł w rolkach, które nie trzymają się na nodze. Oprócz tego, że klamra nie trzymała, czułem też, jak noga w linerze wręcz lata mi w całej rolce. Liner od Twisterów był bardziej płaski. Problem postanowiłem rozwiązać za pomocą dodatkowych rzepów.

Pomysł poszedł od razu do realizacji, podobnie jak przelew za zamówienie części. Uznałem, że nie będę się szczypał i kupiłem od razu klamry, rzepy, komplet śrub wraz z tulejkami, szynę i metalowe pieski. Montaż piesków w szynie wymagał jedynie powiększenia otworów na śruby. Sprawę załatwiło wiertło 10 mm i wiertarka w garażu. Po co rozwiercałem nową szynę? W szynie nie było piesków, tylko nadlewki z tworzywa sztucznego. Podczas pracy łożysko mogło ocierać o szynę i po pewnym czasie starłoby nadlewki i kółko latałoby jak w starej szynie. Przy okazji wywierciłem otwory na rzepy i nowe otwory na klamry. Kiedy zamontowałem klamry w starych otworach, nie były one dostatecznie schowane za skorupą. Istniało duże prawdopodobieństwo uszkodzenia ich podczas upadku. Będąc w twórczym szale, rozwierciłem nity mocujące cholewę do reszty skorupy. Postanowiłem zastąpić je nowymi. Po pierwsze – nity miały już lekkie luzy, po drugie nity dobrałem pod kolor rzepów i klamer. Były śnieżnobiałe. Starych szyn nie wywaliłem. Są w znośnym stanie, brakuje tylko piesków. Znajdą się. Jak nie teraz, to później.

SKATEPARK – PODEJŚCIE DRUGIE

Wszystko szło dobrze, klamra się nie odpinała, kółka nie telepały się w szynie, stopa… Stopa nadal latała w skorupie. Jakby tego było mało, po kilku skokach zaczęły boleć mnie kolana. Motyla noga! Jeszcze mi brakowało tego, żebym rozwalił sobie stawy. Miałem co prawda wkładki, które miały za zadanie lepiej tłumić drgania, ale coś nie do końca się spisywały. Poza tym doskonale wspierały łuk stopy, dzięki czemu mogłem skupić się na jeździe zamiast zagryzaniu zębów z bólu. Zacząłem szukać w internecie jakiegoś sensownego rozwiązania męczących mnie problemów. Zakup shockabsorberów (podkładki z gumy/pianki pełniące rolę amortyzatorów w rolce) odpadał z uwagi na zbyt oczywiste rozwiązanie. Okazało się, że wystarczą japonki. Napisałem „japonki“ małą literą, ponieważ nie miałem na myśli japońskich masażystek, tylko klapki. Wyciąłem z nich małe, ale grube wkładki, które dokleiłem pod piętę. Tak powstały moje shockabsorbery. Jeśli chciałbym kupić takie cuda, to bym nie kupił. Bo nie znalazłem modelu przeznaczonego do moich rolek. A wycinając je samemu, mogłem wybrać grubość, spadek i dopasować je idealnie pod skorupę rolki.

OK, problem kolan rozwiązany. Ale jak to się ma do luzów w skorupie? Luz był, ponieważ liner nie był tak bardzo mięsisty jak ten oryginalny i nie wpasował się idealnie w szerszą skorupę. Montując shockabsorbery, podniosłem delikatnie liner, co zakończyło kłopot z uciekającym do góry linerem. Postanowiłem też dorzucić do rolek dodatkowe języki. Miały one za zadanie jeszcze bardziej docisnąć skorupę do linera. Po kilku jazdach z tego zrezygnowałem – dociskały aż za bardzo.

Pojawiła się za to kolejna trudność. Trzymanie śródstopia. Sznurówki zwyczajnie nie dały rady. Miały okrągły przekrój, co ułatwiało ich sznurowanie, ale miały tendencję do luzowania się. Po wymianie na płaskie i szerokie kłopot znikł. Mogłem w końcu porozbijać się na rampach w rolkach, które trzymały mi stopę.

Po jakimś czasie zatęskniłem za problemami, które fundowały mi moje rolki. Uświadomiłem sobie, że lubiłem przy nich grzebać. Szukać problemów do rozwiązania. Ale nie miałem się do czego doczepić. W końcu znalazłem. Śruby mocujące cholewkę do skorupy potrafiły się luzować. Dokręcanie ich co chwilę nie wchodziło w grę. Udałem się do dużego sklepu budowlanego, w którym zawsze mogłem znaleźć rozwiązanie moich problemów z rolkami. Zanim jednak w ogóle pomyślałem, żeby się tam udać, zadałem wujkowi Google pytanie: „jak poradzić sobie z luzującymi się śrubami”. W odpowiedzi wujek odesłał mnie na forum dla majsterkowiczy. Dowiedziałem się, że istnieje taki wynalazek jak klej anaerobowy. Po polsku? Klej do gwintów. Kilka złotych i widmo ciągłego gubienia śrub rozwiało się jak dym.

FARBOWANIE, PACZKA ZE STANÓW I DALSZE GRZEBANIE

Znudził mnie kolor rolek. Całe szaro-szare. A gdyby tak zaszaleć i zmienić ich kolor? Nie chodziło mi o kupienie nowych kolorowych elementów, nie. Chciałem je zafarbować. Przepis na farbowanie rolek znalazłem przypadkiem jednego z wieczorów, kiedy przekopywałem wszystkie fora z tematyką rolkową, jakie znalazłem. Sekret tkwi w odpowiednim barwniku. Taki do jajek nie dałby rady. Potrzeba było czegoś mocniejszego. Jeden się do tego nadawał. Made in USA, ale dostępny od jakiegoś czasu w Polsce. Odszukałem jedyny sklep, w którym można było kupić ten magiczny proszek. Po długim namyśle kupiłem dwie saszetki. Zieloną i czerwoną. Uznałem, że takie kolory będą idealnie komponowały się z białymi elementami rolki (łby śrub, klamry i rzepy).

Kiedy już rozkręciłem rolki i chciałem je farbować, uświadomiłem sobie jedną rzecz. Nie mam na tyle dużego gara, żeby zmieściły mi się tam nawet cholewki od rolek. W okolicznych sklepach również takich nie mieli. Projekt został zawieszony do czasu znalezienia odpowiednio dużego gara. Znalazłem sobie nowe zajęcie. Próba przywrócenia do użytku starej szyny.

Brakowało w niej piesków. Uznałem, że poszukam części w internecie. Ku mojemu zaskoczeniu nie mogłem ich znaleźć. Nigdzie. Były dostępne kilka lat temu w jednym ze sklepów, ale po skontaktowaniu się z obsługą dowiedziałem się, że nie wiedzą kiedy i czy w ogóle wprowadzą z powrotem części zamienne tego producenta.

Nie poddałem się. Szukałem dalej. I dalej natrafiałem na pustkę.

Postanowiłem skontaktować się mailowo z firmą, która kilka lat temu wypuściła moje rolki na rynek. Wysłałem wiadomość z pytaniem, czy posiadają w swojej ofercie pieski do szyny z modelu USD VII. Jednak pisanie maili do producenta nie odniosło oczekiwanego skutku. Po kilku dniach czekania postanowiłem wysłać maila do producenta szyny. Przedstawiłem swój problem. Napisałem, że mam szynę, ale pieski zaczęły się rozlatywać, a ja nie mogę ich nigdzie znaleźć. Zapytałem, czy je mają. Jeśli tak, to chętnie je kupię. Potrzebowałem 8 sztuk, po parze na koło. Wiadomość wysłałem grubo po północy. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po kilkunastu minutach otrzymałem odpowiedź.

Mamy dużo tych części w magazynach, z chęcią je Panu wyślemy za darmo. Musi Pan tylko pokryć koszta związane z wysyłką.

Super! To jest obsługa klienta z jakiej jestem zadowolony. Zaraz jednak w głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Kto normalny odpowiada na maila dotyczącego produktu w środku nocy? Pisałem już kilka razy do kilku sklepów i odpowiedź otrzymywałem zawsze w godzinach otwarcia lokalu. Zacząłem szukać. I po paru klikach w klawiaturę znalazłem. Byłem przekonany, że firma ma swoją siedzibę na Wyspach. Okazało się, że jest ze Stanów. To by wyjaśniało, dlaczego odpisywali mi w środku nocy – u nich był dzień. Obliczyłem, że przesyłka od nich do mnie kosztowałaby w granicach 30-40 złotych. Spoko, wchodzę w to. W odpowiedzi wysłałem swój adres pocztowy i prośbę o podanie numeru konta, na które miałbym przelać należność za koszta związane z wysyłką. Na odpowiedź czekałem dzień, dwa, trzy… Po tygodniu napisałem, że w dalszym ciągu czekam na wysłanie mi numeru konta.

W międzyczasie udało mi się znaleźć garnek, który spełniał moje rygorystyczne wymagania co do wymiarów. Całe szczęście barwnik już miałem naszykowany. Wystarczyło tylko napełnić garnek i zagotować wodę. Kiedy woda zaczęła wrzeć, zmniejszyłem gaz i wsypałem barwnik. Zapach był… był mocno specyficzny, ale podobno nieszkodliwy. Otworzyłem wszystkie okna w domu. Już chciałem wrzucać części rolki do wody, gdy dotarło do mnie, że jak tworzywo, z którego jest zrobiona rolka, zetknie się z rozgrzanym garnkiem, to może być nieciekawie. Przywiązałem je za pomocą sznurka do okapu kuchennego. Długość sznurka była tak dobrana, że części moczyły się w barwniku, nie dotykając dna garnka. Po zrobieniu kilku sesji moczenia tych samych części uznałem, że kolor jest taki, jaki chciałem uzyskać – bordowy. Wystarczyło tylko wyrzucić rolki na balkon, żeby wyschły, i po godzinie zacząłem je skręcać.

Wieczorem otrzymałem maila w sprawie piesków. Przeprosili mnie za zwłokę, mieli jakiś duży projekt do zakończenia. Napisali też, że wysłali przesyłkę. Kilka dni później, kiedy byłem w pracy, kurier przyniósł paczkę. Jeszcze nigdy powrót z pracy tak mi się nie dłużył. Po rozpakowaniu paczki okazało się, że dostałem nie 8, tylko 32 pieski. 4 komplety! Kiedy chciałem je włożyć w odpowiednie miejsca w szynie, okazało się, że są za małe. Nie dogadałem się z producentem i wysłał mi inne. No cóż, zdarza się. Szyna dalej leży na dnie jakiegoś pudła i czeka na to, aż znajdę do niej części.

EPILOG

Przekopując internet w poszukiwaniu inspiracji dotyczących kolejnych modyfikacji rolek, trafiłem na któreś z kolei forum. Ktoś wspomniał o tym, że skorupa jednego modelu rolek do freeride‘u jest taka sama jak w przypadku rolki do jazdy agresywnej. Że też wcześniej na to nie wpadłem! Pamiętałem, że gdzieś w piwnicy zalegała mi jedna para zniszczonych freeride‘ówek. Nie pamiętam, jak stałem się ich posiadaczem, co nie zmienia faktu, że je mam. I mam pomysł, jak je przerobić. Będzie trzeba usunąć przynitowaną szynę, wywiercić nowe otwory na szynę, plate, wymienić rzepy i klamry na bardziej wytrzymałe… Nie, na razie projekt dorobił się oznaczenia: zbyt kosztowny i czasochłonny…

Modyfikacja, za którą pewnie wezmę się prędzej, będzie polegała na spiłowaniu części szyny i plate‘u. W jakim celu? Zamiast jeździć na kółkach 57 mm zmieszczą się tam, mam nadzieję, 70-76 mm.

Pod koniec listopada tego roku kupiłem już (mam nadzieję) docelowy liner do rolek USD. Po włożeniu go na nogi poczułem się jak w kapciach. Gruby, wygodny i stopa dobrze siedzi w rolkach. Będę musiał pomyśleć o wymianie klamer trzymających kostkę, bo dopinają się, ale na ostatnie ząbki.

Mikołaj

Pimp my skate
5 (100%) 2

Autor: Mikołaj Tylenda | E-mail: mikolaj.tylenda@decathlon.com
pasek
Zapisz się do newslettera

Wpisy na blogu ukazują się nieregularnie więc jeśli nie chcesz przegapić żadnego, zostaw Twój adres e-mail, artykuły będą lądować w Twojej skrzynce.

znaczek

Wybierz więcej niż jedną dyscyplinę:

pasek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *