21.08.2017
Przez Europę na rowerze

Noc. Wszystko zamknięte. Zero kempingów, hoteli. Jedynie ogromny parking.
Pomiędzy ogrodzeniem a sklepem, za blaszanymi schodami na dach wprowadziliśmy rowery, rozłożyliśmy maty, śpiwory i poszliśmy spać. Na szczęście tej nocy nie padało i rano, jeszcze przed otwarciem sklepu, zwinęliśmy się.
Zdarzyło Ci się spać pod gołym niebem?

 

1. POCIĄGIEM PRZEZ NIEMCY

Pojechałam rowerem; przez Niemcy, Holandię, Belgię, Luksemburg, Francję. Początek miał miejsce w niemieckiej Kolonii, gdzie wysiadłam po raz trzeci tego dnia z pociągu. Najpierw Warszawa-Berlin, przepakowanie na środku peronu na dworcu głównym Berlin Hauptbahnhof, następnie pociąg do Amsterdamu, z którego wysiadłam na stacji Osnabrück i stamtąd już bezpośrednio do Kolonii. Z przewozem rowerów w tych pociągach nie było najmniejszego problemu – ponumerowane wieszaki na rowery, w większości przypadków w ostatnim wagonie. Na niemieckich dworcach wiszą informacje, w którym sektorze zatrzymuje się wagon z przedziałem rowerowym. W zeszłym roku, gdy jechałam w Polsce InterCity z rowerem, w przedziale były trzy wieszaki na nie, a tutaj, w Niemczech, ze 20, zaś w ostatnim pociągu ile wieszaków, tyle rowerów – głównie należących do osób podróżujących z sakwami, w średnim wieku lub starszych.

W pewnym momencie przez krople deszczu na okularach, jak przez mgłę, widzę pędzącą z naprzeciwka ciężarówkę, ostatnie, o czym myślę, to by utrzymać się stabilnie na poboczu i… spada na mnie fala spod kół.

 

2. NOCOWANIE NA DZIKO

W Kolonii pierwszy nocleg – na trzypiętrowym parkingu, a następnego dnia zakupy w Decathlonie, gdyż nasz pomysł na bagaż nie wypalił. Chcieliśmy przerobić wodoodporne worki żeglarskie tak, aby przymocować je z przodu na kierownicy oraz z tyłu do sztycy. Ostatecznie kupiliśmy bagażnik i sakwy rowerowe, a na kierownicy przymocowaliśmy mniejszy worek żeglarski. Podczas gdy kolega robił zakupy, ja czekałam z rowerami na zewnątrz. W pewnym momencie podchodzi dwóch mężczyzn, zagadują mnie po niemiecku i dosiadają się do stolika. Zaczynamy rozmawiać. Pracują w tutejszym Decathlonie, opowiadam im o moim sakwiarskim podróżowaniu i mówię, że mamy właśnie problem, a kolega poszedł kupić bagażnik, bo nie możemy przymocować naszych worków. A oni: „To chodźcie, coś wymyślimy, pomożemy wam”.

Tego dnia wyruszyliśmy bardzo późno, co wiązało się z przybyciem do Holandii późnym wieczorem, gdy wszystko było już zamknięte. Za granicą nie spotkaliśmy się z czynnym 24 h kempingiem. Zastanawialiśmy się nawet nad noclegiem w pobliskim hotelu, jednak był to jedyny w tej miejscowości i nie było już wolnych pokoi. Właściciel toru kartingowego, który mijaliśmy po drodze, nie zgodził się, żebyśmy przenocowali na ich parkingu, dlatego nie mieliśmy wyboru i noc spędziliśmy pod gołym niebem, pomimo zakazu nocowania na dziko w tym państwie.

Luksemburg. Śniadanie drogie, ale warto było dla pieczonych na miejscu przez właściciela croissantów i gorącej czekolady. Normalnie jechaliśmy do najbliższego marketu i na śniadanie pochłanialiśmy duży jogurt pitny i bułki.

 

3. POD GÓRĘ

Następnego dnia kierowaliśmy się już na południe, tym razem celem był konkretny kemping.
Przy ponad 30 stopniach w cieniu prawie 25 km cały czas pod górę dało o sobie znać. Na miejscu 10-centymetrowa połówka bagietki z serem i salami jako obiad – pierwszy ciepły posiłek od początku wyjazdu.

Od tego czasu nocowaliśmy już na kempingach, skracaliśmy trasę tak, aby zdążyć przed zamknięciem (okolice 19, a wstawaliśmy dosyć późno – w końcu to urlop 😀 ). Tym razem kemping Reilerweier nad rzeką i niewielkimi zbiornikami. Śniadanie drogie, ale warto było dla pieczonych na miejscu przez właściciela croissantów i gorącej czekolady. Normalnie jechaliśmy do najbliższego marketu i na śniadanie pochłanialiśmy duży jogurt pitny i bułki.

Przez Luksemburg jechało się dosyć przyjemnie, tutaj przewyższenia bardzo znośne, drogi przyjemne. W pewnym momencie stwierdziłam, że 2/3 kierowców to kobiety oraz co piąty samochód, który nas mija, to porsche. Przez stolicę ciężko było się przedostać, jak przez każde większe miasto, ale po drodze kilka ładnych zdjęć zrobiłam. Nocowaliśmy zaraz za stolicą Luksemburgu, obok pola golfowego i klubu tenisowego.
W trakcie drogi, w pewnym momencie koledze spadła spinka od łańcucha, a okazało się że nie miał zapasowej. Wrócił się parę metrów i szukał jej na drodze, a w tym czasie… krowy z całego pola, przy którym się zatrzymaliśmy, zaczęły się schodzić do ulicy. Widok niesamowity – żałuję, że nie nagrałam tego 😛

 

4. WE FRANCJI

Kolejny cel – Metz we Francji. Po drodze zajechaliśmy do Decathlon Yutz, żeby zrobić małe zakupy, a przy okazji ekipa sklepu pokazała nam świetną drogę rowerową. Na tyłach sklepu trzeba było zejść po ścieżce do biegania i byliśmy już na asfaltowej drodze rowerowej wzdłuż rzeki Mozela. Wjeżdżając do Metz, byliśmy przerażeni – pomimo bogatej historii, mnóstwa pięknych budowli, miasto nie zrobiło na nas dobrego wrażenia. Niestety jedyny kemping znajdował się właśnie tutaj. Trafiliśmy do nieciekawej jego części i mimo świetnego widoku z namiotu na rzekę, pięknego kościoła nad wodą, zamku oraz katedry nie wspominam tego miejsca zbyt dobrze.

Przedostatni dzień to 120 km po Francji, trasa wymagająca, spore przewyższenie, ale w porównaniu z belgijskimi wzniesieniami, gdzie było non stop pod górę i zero zjazdów, tutaj dało się przeżyć. Co prawda nadgarstki i plecy zaczęły dawać o sobie znać, ale ostatni odcinek był przepiękny. Droga pośród górzystych terenów przez Lutzelbourg, z widokiem na zamek Haut-Barr, wzdłuż rzeki. A wcześniej przez wzgórza i lasy przed Sarrebourgiem.

 

5. W DESZCZ

Ostatni odcinek trasy prowadził z górzystego Saverne do Niemiec, po drodze zahaczając o Strasburg.
Zaraz za granicą robię małe zakupy na stacji benzynowej i słyszę bębnienie w dach. Wychodzę, a tu z każdej strony ściana deszczu. Czekamy parę minut, nie mamy wiele czasu, nie chcemy siedzieć tutaj do nocy. W końcu ruszamy, po kilku sekundach jesteśmy przemoczeni, ale jedziemy dalej – ścieżką rowerową. Nie jest źle, bo przynajmniej dziś trafiliśmy na asfaltową. Jednak kilka kilometrów dalej się kończy. Zjeżdżamy na drogę prowadzącą wzdłuż ekspresówki, ale słyszę z tyłu charakterystyczny dźwięk łańcucha, który źle wskoczył, i „Stój!!!”. Czekam na superwąskim poboczu, bo z jednej i drugiej strony non stop samochody. W końcu luka, zawracam. Koledze spadł łańcuch. Chwilę później jesteśmy z powrotem na jezdni. Cały czas leje, ledwo widać drogę, z każdym mijającym mnie samochodem mam wrażenie, że koło zsunie mi się z krawędzi asfaltu i wyląduję na trawie obok. W pewnym momencie przez krople deszczu na okularach, jak przez mgłę, widzę pędzącą z naprzeciwka ciężarówkę, ostatnie, o czym myślę, to by utrzymać się stabilnie na poboczu i… spada na mnie fala spod kół. Niezapomniane doświadczenie – nie polecam 😀

Gdzie byliście w tym roku? 🙂

_
Dominika

Przez Europę na rowerze
5 (100%) 2

Autor: Dominika Niemyska | E-mail: dominika.niemyska@decathlon.com
pasek
Zapisz się do newslettera

Wpisy na blogu ukazują się nieregularnie więc jeśli nie chcesz przegapić żadnego, zostaw Twój adres e-mail, artykuły będą lądować w Twojej skrzynce.

znaczek
pasek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *