Czy koń to wrażliwe zwierzę? - Wszystko dla sportu
9 października 2016
0

Zwierzęta, tak jak i ludzie, odczuwają ból. Mam na myśli ten fizyczny. Oczywiście, jak każde żywe stworzenie. Często zastanawiam się, co zwierzęta myślą. Czy w ogóle myślą. Czy mają jakikolwiek zmysł odpowiedzialny za uczucia niefizyczne.
Dobrym przykładem może być pies. Jest to jedno z tych zwierząt, które potrafią okazywać, co czują. Są radosne, gdy wracamy do domu, liżą nas po dłoniach i twarzy. Pokazują nam w ten sposób, że cieszą się z powodu naszej obecności. Nie mam w domu psa, ale w mojej rodzinie jest jeden, bardzo mi bliski. Ma na imię Luck i jest posokowcem bawarskim. To właśnie nad nim najczęściej rozmyślam. Mimo tego, iż nie jestem jego właścicielką, czuję, że między nami jest swego rodzaju więź. Gdy przychodzę po niego, by zabrać go na spacer, za każdym razem radośnie posikuje z tego powodu. Wiem, że to normalne, ale on robi to tylko, gdy widzi mnie. Nie jest już szczeniakiem i nie reaguje tak na każdą napotkaną osobę. Rozumiem, że w ten sposób okazuje, jak bardzo się cieszy. Może nie do końca „okazuje”, ponieważ dzieje się to samoistnie, z powodu podekscytowania.

No właśnie. Czy zwierzę może się ekscytować? Ekscytacja to uczucie typowe dla ludzi. Co ciekawe, także gdy spędzamy razem czas, zawsze jest blisko mnie. Uwielbia przykładać łeb do mojej klatki piersiowej i się przytulać. Niektóre jego zachowania przypominają zachowanie małego dziecka. I teraz należy postawić pytanie: Czy to tylko zwyczajne fizyczne podniecenie czy już uczucie? Według mnie on naprawdę okazuje mi w ten sposób swoje uczucia.

kolrz
O koniach, mówi się różnie. Czasem, że to zwykłe zwierzę nadające się tylko do pracy w polu, czasem jak o kompanie podczas zawodów i zdobywania kolejnych trofeów, a czasem  jak o przyjacielu. Czy koń może być przyjacielem? Ciężko porównać go do psa. Nie sika ani nie merda ogonem na widok człowieka, ale jednak w jakiś swój sposób okazuje uczucia. Są to oczywiście moje subiektywne odczucia, które obserwuję u konia, który jest mi najbliższy, i z którym trenuję najczęściej.

Główna bohaterka na każdym ze zdjęć to Mari. Jest wyjątkowym koniem. Dla mnie najbardziej wyjątkowym. Kiedyś została zakupiona dla dziewczyny, która bardzo chciała mieć konia. Niestety Mari znudziła się właścicielce bardzo szybko, przez co jej życie polegało na ciągłym staniu w boksie. Często zapominano ją nakarmić, co sprawiło, że stała się bardzo wychudzonym koniem. W końcu postanowiono oddać ją na rzeź, przed czym uratowała ją moja trenerka Ewa. Kupiła ją i w ten sposób po tym, jak ją poznałam, stała się moim przyjacielem. Dlaczego tak ją nazywam? Przecież to koń. Nie mogę z nią porozmawiać, zwierzyć się ani powiedzieć o tym, co mnie dręczy. Ale to nie jest potrzebne, by nazwać ją przyjacielem. Najważniejsze jest to, że choćbym nie wiem jak bardzo miała złe samopoczucie i jak bardzo była smutna, po spotkaniu z Mari wszystko mi przechodzi. Nabieram dystansu, rozweselam się i na wszystko patrzę inaczej.

Ona napełnia mnie energią, której w żaden sposób nie mogę opisać.

Uwielbiam jeździć z nią w teren. Wtedy czuję, że jesteśmy jednością. Z nią wiem, że jestem bezpieczna w każdym miejscu. Wiem, że zrobię z nią wszystko i niczego nie muszę się obawiać. Czuję się pewnie i swobodnie. Spadłam z niej tylko raz. Jej zachowanie po tym upadku było niesamowite.

img_6986a

Pewnej słonecznej niedzieli, wraz z moją trenerką i kilkoma osobami, udaliśmy się w teren na świeżo skoszone pola. Mieliśmy naprawdę sporo miejsca, więc urządziliśmy sobie małe wyścigi. Zawodnicy na linii startu ustawili się następująco: 3 duże konie i 2 małe kuce, więc walka nie była do końca wyrównana, ale to nie wygrana była najważniejsza. Najważniejsza była dla nas frajda samego galopu. Nie do końca wiedziałam, co mnie czeka. Nigdy w życiu nie galopowałam tak szybko jak tamtego dnia.

Pamiętacie, jak pisałam o moim pierwszym galopie? Wspominałam wtedy o tym, że bardzo się tego bałam, bo myślałam, że galop to prędkość, podczas której niedoświadczony jeździec nie ma możliwości utrzymania się w siodle. Po pierwszej próbie galopu, stwierdziłam, że to jednak nieprawda i że galop można porównać to wspaniałego ruchu płynięcia. I zawsze tak było, ale na treningu. Podczas tych wyścigów, Mari pokazała swoje drugie wcielenie. Pędziła za końmi z tak ogromną prędkością, że mimo tego, iż strasznie się bałam, cały czas się śmiałam. Było wspaniale, ale czułam, że jeszcze chwila i spadnę, że tracę kontrolę. Próbowałam ją zatrzymać, ale nic na nią nie działało. Galopowała coraz szybciej. Krzyczałam, żeby osoby przede mną się zatrzymały, ale konie całkowicie się rozbrykały. Pomyślałam więc, że muszę zrobić coś, żeby spaść tak, by było jak najbezpieczniej. Żeby nie było to nagłe, a jednak trochę zaplanowane. Wpadłam na pomysł, żeby wyciągnąć nogi ze strzemion, położyć się na Mari i obiema rękoma chwycić za szyję. W miarę bezpieczny sposób zsunęłam się na prawą stronę. I wiecie co? Nic się nie stało. Odarłam trochę nos i tyle.

A Mari zatrzymała się od razu po tym, jak poczuła, że mnie na niej nie ma. Może był to tylko odruch, ale ja odbieram to jako jej troskę o mnie. Wiele koni podczas upadku człowieka, galopuje dalej, bądź nawet ucieka. Mari nie zachowała się w ten sposób. Poczekała, aż otrzepię się z ziemi i usiądę ponownie. Nie bałam się znów zasiąść w siodle. Wiedziałam, że stchórzyłam, bo przeraziła mnie prędkość, z jaką pierwszy raz miałam styczność. Teraz tylko marzę o tym, aby znowu to powtórzyć i poczuć, jak pędzimy. Uwielbiam tereny z Mari, nawet te w deszczu. Nie przeszkadza mi ani wiatr, ani zimno. Z nią zawsze jest cudownie. Jest najlepszym sposobem na doła, smutne dni i gorsze chwile. Zawsze sprawia, że podnoszę się i idę dalej. Dlatego właśnie uważam, że mogę nazywać Mari swoim przyjacielem.

img_7025

A co do jej wrażliwości… Jej mentalną bliskość czuję najbardziej w momencie, gdy wyczesuję jej sierść i stojąc obok, przytulam się do niej. Ona wtedy odwraca łeb w moją stronę i po prostu patrzy. Jest taka spokojna. To sprawia, że powstaje między nami jakaś wibracja. Czuję to także, gdy stojąc przy niej, rozmawiam z kimś, a ona opiera sobie wtedy o mnie łeb. Nie ociera się, więc nie jest to spowodowane swędzeniem skóry. Ona tak jakby… przytula się do mnie? Myślę, że doskonale rozumie to, że ktoś ją uratował. Że najpierw ktoś bardzo ją skrzywdził, ale nie została stracona. Do dzisiaj gdy dostaje jedzenie, od razu wszystko zjada w całości. Inne konie zostawiają sobie coś na potem, a ona nigdy. Tak jakby ciągle obawiała się tego, że jutro nie dostanie już jedzenia. To straszne, co ją spotkało. Znieczulica niektórych ludzi jest dla mnie zupełnie niepojęta… Czasami myślę sobie, że chciałabym zapytać tej osoby, co czuła, wiedząc, że na jej podwórku jest głodny koń. Jednak nie o tym powinnam się rozpisywać. Nie powinniśmy oceniać ludzi, których nie znamy. Tych, których znamy również nie. Życie jest bardzo subiektywne i każda ocena zawsze taką będzie.

Czy Wy również –  tak, jak ja, uważacie, że zwierzęta są wrażliwymi i troskliwymi stworzeniami? Dajcie znać, co o tym sądzicie.

Ala


Udostępnij:
Oceń artykuł:
4.3 (86.67%) 12 votes