Jutro będzie lepiej... - Wszystko dla sportu
21 sierpnia 2016
2

Godzina 7:00, poniedziałek. Wczoraj obiecałeś sobie, że dzisiaj wstaniesz przed pracą i zrobisz coś dla siebie. W pokoju rozlega się melodia „I’m walking on sunshine”. Otwierasz jedną powiekę. „Jeszcze pięć minut!”. KLIK. Budzik wyłączony. Następnym razem, kiedy otworzysz oczy widzisz, że jest 8:00. Cholera! Znowu Ci się nie udało. No cóż, teraz to już nie warto się podnosić, bo przecież i tak nie zdążysz przed rozpoczęciem pracy… Brzmi znajomo?

W poprzednim wpisie (klik) poruszyłam temat diety i tego, jak niekiedy ciężko jest wdrożyć wszystkie zasady, którymi jesteśmy bombardowani z każdej strony. Podobnie jest z aktywnością fizyczną. Dla kogoś, kto nigdy nie był asem z WF-u (czyli np. dla mnie), krokiem milowym będzie podniesienie tyłka i zrobienie choćby 3 okrążeń dookoła bloku.

Tylko jak się zmusić zmotywować do sportu?

Jak znaleźć dla siebie odpowiednią dyscyplinę?

Nie ma jednej wyznaczonej reguły, dlatego chcę Ci przytoczyć moją historię, abyś spróbował poszukać i przekonać się na własnej skórze, co na Ciebie wpływa tak, jak na mnie teraz trening siłowy.

Nie tak dawno pisałam o tym, że kiedy tylko po raz pierwszy podniosłam sztangę wiedziałam, że to jest to, ale zanim to nastąpiło, próbowałam z innej strony zachęcić się do aktywności fizycznej. Pierwszą nową zajawką było bieganie. Tak jak teraz myślę, że najbardziej „trendy” jest siłownia, tak kiedy ja raczkowałam w tym całym fitnessowym, zdrowym świecie najwyżej w rankingu było bieganie. Nigdy nie byłam dobra z biegów, zazwyczaj byłam ostatnia na mecie i nigdy nie czułam się dobrze, jeśli musiałam na zajęciach wychowania fizycznego przebiec choćby kilka metrów. Jednak w imię odchudzania postanowiłam się zmusić. Zaczęłam od… butów. Pech chciał, że nie trafiłam na dobrego sprzedawcę i mimo, że prosiłam o pomoc, nie dostałam dobrych butów, o czym przekonałam się dopiero, kiedy zaczęłam swoją przygodę z Decathlonem, ale jak przystało na młodzieżowego ducha walki, następnego dnia poszłam biegać. Z marszu wybrałam sobie trasę o nieutwardzonej nawierzchni o długości 4,5 km. Przebiegłam, jasne, że tak. Niestety, następnego dnia nie potrafiłam samodzielnie chodzić, a co dopiero się schylić. Buty, które miałam, były przeznaczone na asfalt, nie na dróżkę, po której biegłam. Rozmiar również nie był dopasowany, więc opuchnięte stopy nie zachęciły mnie do kolejnego treningu. I takim sposobem zraziłam się do biegania.

Obok biegania jednym z popularniejszych sposobów aktywnego spędzania czasu stawała się zumba. Tancerka ze mnie żadna, ale za namową koleżanki poszłam jeden raz… Ostatni raz. Zanim ogarnęłam jeden zakres ruchów, cała grupa przeszła do kolejnego, a ja przez połowę zajęć stałam i śmiałam się sama z siebie, czując tak naprawdę ogromne zażenowanie, że nie potrafię zrobić tego porządnie.

Trochę podłamana spróbowałam przejść się na zajęcia z rowerkami. I tu już zaczęło się robić ciekawie. Przyciemniona sala, kula disco, głośna muzyka i kobieta, która wygląda jakby zeszła z okładki fitnessowego czasopisma. Długo zbierałam szczękę z podłogi, kiedy dowiedziałam się, że ta Pani może być moją mamą.

50 minut KATORGI, ale przy tym dobrej zabawy.

Nawet nie wiedziałam, kiedy ten czas minął. Zlana potem wyszłam tak zadowolona, że nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Endorfiny zostały uwolnione, a ja pomyślałam sobie, że to może być to.

Możecie zapytać, czemu więc nie zostałam przy takich grupowych zajęciach, tylko prowadzę „pustelniczy tryb treningowy”. Widzicie, nic nie dzieje się bez przyczyny. Tydzień później miałam znowu iść na powerbikes, ale tata powiedział, że jedna z jego klientek chciałaby mnie poznać i w sumie może nam zrobić wspólny trening. I BANG! Wtedy to się stało. Tej euforii nie da się porównać z tym, co działo się ze mną po zajęciach fitness. Wiedziałam, że w tym będę dobra. Widziałam i słyszałam podziw taty, że jestem silna, a przecież nigdy nie miałam żelastwa w ręce! Słyszałam pochwały za technikę, mimo że byłam nowicjuszką. Kiedy paliło, nie przestawałam, robiłam kolejne powtórzenia, tak, że potem nie mogłam utrzymać butelki z wodą. A wszystko to nie wiązało się z litrami potu czy zadyszką. I chyba to mi się tak strasznie spodobało. To, że jest to lekkie i ciężkie w jednym. No i to, że po 17 latach życia zauważyłam cień mięśni w swoim ciele.

Po tym jak otworzyłam się na siłownię, zaczęłam w ramach treningu aerobowego, od czasu do czasu, uczęszczać na zajęcia TBC. Świetne sprawdzenie swojej kondycji, która poprawiała się z treningu na trening. Później była tabata, stepy i inne zajęcia w grupach, które stawały się coraz bardziej atrakcyjne. Myślę, że na to wszystko miała wpływ siłownia. Bo to dzięki niej podczas swojego pierwszego TBC potrafiłam wymachiwać hantelkami nad głową, czułam swoją siłę.

Nie czułam się gorsza od grupy. Byłam jej częścią.

I myślę, że to jest mój przekaz na dzisiaj. Żeby spróbować znaleźć swoje miejsce metodą prób i błędów. Nie rezygnuj, gdy się sparzysz. Gdybym ja się poddała po tym, jak mój palec po bieganiu był czerwony i wielki jak nos Gargamela nie czytałbyś/czytałabyś teraz moich słów. Pewnie nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz, mimo że nie wyglądam już tak jak wtedy. To co mogę stwierdzić z ręką na sercu, to to, że  na pewno jestem bogatsza w doświadczenie, przez co nie popełnię w przyszłości tych samych błędów.

Gosia


Udostępnij:
Oceń artykuł:
4.9 (97.14%) 14 votes