Pokonujemy granice: Pierwsza dycha w życiu! - Wszystko dla sportu
top
12 grudnia 2018
136

Bieg Niepodległości to dla wielu osób szczególne wydarzenie, już od 30 lat goszczące w kalendarzu najważniejszych imprez sportowych. W jubileuszowym, wyjątkowym dla wszystkich Polaków 2018 roku przyciągnęło ono rekordową liczbę nie tylko zapalonych biegaczy, ale także amatorów innych aktywności wraz z przyjaciółmi i rodzinami. Wśród ponad 18 tysięcy zawodników, którzy przekroczyli linię mety, nie mogło oczywiście zabraknąć naszych sportowych ekip. Swoimi wrażeniami z tego niezwykłego biegu dzielą się z Wami Marcin i Staszek, pracownicy Decathlon Polska.

 

PIERWSZA DYCHA JUŻ ZDOBYTA!

 

     Od dawna myślałem nad tym, żeby zapisać się na Bieg Niepodległości. W głowie miałem różne myśli, ale jedna zdecydowanie przeważała: kto jak kto, ale ja nie przebiegnę?

 

Fot 1. Marcin Przybyła | Emocji przed biegiem nie było końca! 🙂 W działaniu wspierali mnie przyjaciele, z którymi na co dzień pracuję w Opolu

 

Do samego rozpoczęcia biegu powtarzałem moim znajomym, że nieco się boję. Zdawałem sobie sprawę, że nigdy nie przebiegłem 10 kilometrów, ale w głębi duszy liczyłem na to, że poniesie mnie tłum i cała atmosfera, która utworzy się wokół biegu.

Warszawa. 11 listopada. Jesteśmy na starcie. Pierwsza fala już wyruszyła, a ja czekam z lekką niecierpliwością, aż podejdziemy pod bramę startową. Odliczamy – zostały ostatnie sekundy – włączam aplikację w telefonie… Biegniemy!

Asekuracyjnie zbiegam do prawej strony, żeby nie przeszkadzać za bardzo tym, którzy będą mnie wyprzedzać (ze względu na bolesną świadomość, że nie wygram). Chwilę po starcie dostrzegam z prawej strony pierwszą grupę, a przed nimi samochód, który wskazuje 22. minutę. Szybko kalkuluję – to chyba nie jest wcale tak daleko. Ktoś za mną woła: „Ale im zazdroszczę, oni zaraz kończą!”. (Nie wiedziałem wtedy, że przede mną jeszcze jakieś 7,5 kilometra) 🙂

Biegnę dalej, cały czas ta sama długa prosta. Coraz więcej osób wraca już po drugiej stronie barierek. Patrzę przed siebie i myślę: „Dzięki Bogu, to już połowa trasy”. Będąc na następnym skrzyżowaniu:

„Tam na bank zawracają”

a na kolejnym:

„No, gdzieś muszą zawracać”

Uff, w końcu…

W drugiej części trasy zdałem sobie sprawę, że wcale nie tak łatwo pije się z kubka i biegnie jednocześnie 🙂

Chwilę potem przeszedłem delikatny kryzys. Chociaż biegłem już w mocno przerzedzonej grupie, to wyjątkowo dużo osób mnie wyprzedzało. Wtedy nie byłem już tak naładowany energią, jak przed biegiem. Na szczęście, gdy któryś z decathlończyków akurat mnie wyprzedzał, złapał mnie delikatnie za ramię i zawołał „Dawaj!”. Uśmiech wrócił na usta i pobiegłem dalej. Kiedy byłem coraz bliżej mety, znowu dałem się wyprzedzić grupce decathlończyków. Wołali do mnie: „Decathlon! Już blisko!”. To dodało mi sporo motywacji. Po tych słowach westchnąłem: „I jak tu nie pocisnąć do mety?”.

I wiecie co? Dobiegłem.

 

Fot 2. Marcin Przybyła | Dobiegłem! Jestem z siebie bardzo dumny! 🙂

 

Teraz z niecierpliwością i entuzjazmem czekam na kolejne wyzwania biegowe z ekipą Decathlon! Liczę też na to, że Bieg Niepodległości na stałe wpisze się w mój kalendarz. Do zobaczenia na biegowych ścieżkach!

 

Marcin Przybyła, Decathlon Opole

 

JANUSZ BIEGANIA I PIERWSZA W ŻYCIU DYCHA

 

 

     Każdy z nas może zrobić to, czego tylko zapragnie. W dzisiejszych czasach mamy nieograniczony dostęp do informacji, telekomunikacji, transportu itp. Codziennie możemy się uczyć nowych rzeczy, zadzwonić na drugi koniec świata czy nawet w kilkanaście godzin się na nim znaleźć. Jedyne, co może nam przeszkodzić i blokować nasze ambicje zawodowe, sportowe czy jakiekolwiek inne, to my i nasze myślenie.

 

Fot 3. Stanisław Piotrowski | Jeszcze jakiś czas temu nie pomyślałbym, że będę w stanie przebiec 10km za jednym razem

 

Moja historia z bieganiem jest dość krótka. Nie mam wiele wspólnego z tym sportem. Moja pasja to rowery. Sporadycznie zdarzało się pobiegać chwilę, po czym człowiek stwierdzał, że to jednak nie dla niego, a bieżnia na siłowni to zupełnie inna bajka – elastomery, klimatyzowane pomieszczenie bez smogu itd.

Jednak trochę się zmieniło w ostatnim czasie. Zaczęło się ciut na poważniej na początku października, od wiadomości na temat organizowanego w Warszawie 30. Biegu Niepodległości. Chwila zastanowienia…

„Jedziem tam!”

Pierwsze parę dni – wertowanie internetu w poszukiwaniu dodatkowych informacji na ten temat, scrollowanie zaznaczonego wydarzenia na Fejsie, pytanie kolegów i koleżanek w pracy, co sądzą na ten temat…

„Nie. Chyba jednak nie… 10 km? Za jednym zamachem? Chyba wyzionę ducha w połowie, lepiej, jakby było na rowerze 🙂 Nie, jednak nie dla mnie”.

Ale mimo wszystko nadal obserwowałem wydarzenie i troszkę czytałem na ten temat w internecie. W końcu zmieniłem swoje myślenie i postanowiłem ostatecznie, że pojadę. „Nie no, człowieku, dasz radę, masz obie nogi, oba płuca, uda się” – pomyślałem.

Bo w końcu czym jest zrobienie 10 km w, powiedzmy, jedną godzinę? To ok. 10 km/h średniej prędkości, a szybciej da się biegnąć na tramwaj, który odjeżdża za minutę 500 m dalej, na dodatek jest ta rezerwa – maksymalny czas na ukończenie biegu to dwie godziny. Myślę – łatwizna, te 10 km choćby w godzinę to nic w porównaniu z tym, co dla nas zrobili nasi przodkowie sto lat temu.

 

Fot 4. Stanisław Piotrowski | Jeszcze długo będę wspominać ten bieg!

 

Między innymi dzięki nim mówimy teraz swobodnie po polsku, a niektórzy nawet nie potrafią tego uszanować, nie potrafią (lub nie chce im się) na końcu wiadomości dać pytajnika. Czy nie lepiej tak na sportowo uczcić ich pamięć, zaśpiewać Mazurek Dąbrowskiego w 20 000 osób? Na dodatek można zrobić coś fajnego dla siebie. Zmienić trochę w swoim życiu, udowodnić sobie, że się udało, że my tego dokonaliśmy, że się skupiliśmy na treningach i osiągnęliśmy to, o co z całego serca walczyliśmy.

„Trening czyni mistrza, więc na pewno dam radę, przecież nie od razu Kraków zbudowano”

Na to niestety nie było dużo czasu, bo ok. 1,5 miesiąca, dodatkowo rano czas zajęty na jazdach i 30 października egzamin na prawo jazdy, część praktyczna – zaliczony pozytywnie. Dało mi to jeszcze większego kopa motywacyjnego do treningów i wyjazdu. Wreszcie można było się w pełni cieszyć czasem spędzonym na „świeżym” krakowskim powietrzu. Pod koniec października i na początku listopada trafiła się słoneczna pogoda, przepiękna złota polska jesień. Błękitne niebo, słuchawki na uszy, KIPRUN FASTy na nogi i nic mi więcej nie potrzeba. Dzień odpoczynku i znowu.

Tak mijały mi ostatnie tygodnie. Pech zechciał jednak pokrzyżować mi plany 5 dni przed wyjazdem – grypa żołądkowa, typowa trzydniówka. Tylko prosiłem lekarza, żeby pomógł mi jak najszybciej wrócić do zdrowia – L4 na dwa dni. Na dodatek jakieś zapalenie zatok mnie dopadło i nie odpuszczało nawet w dzień wyjazdu pomimo faszerowania się czosnkiem, cebulą i herbatą z cytryną. Ale jakoś się udało częściowo podleczyć.

W dzień wyjazdu wstałem o 3. w nocy, właściwie obudziły mnie dzieci, też chore. Śniadanie w postaci musli z jogurtem. Wyjazd dopiero 6:44. I tak się opóźnił, o 10 minut, z powodu naruszających regulamin pociągu narodowców. Siedzieliśmy z kolegą Krzyśkiem w przejściu na podłodze. „Może się uda zdrzemnąć” – pomyślałem.

Tak minęło sobie 3,5 h i trzeba było się przebrać, na miejscu nie byłoby na to czasu. Warszawa Zachodnia i chwilkę później wysiadamy. W biegu na metro. Trzy przystanki i wysiadamy. W biegu pod Arkadię. I można zacząć świętować 🙂 Szybkie ostateczne przebranie się i oddanie rzeczy w depozyt wolontariuszom. Czas na rozciąganie, rozgrzewka już była w biegu z Dworca Centralnego 🙂 Po chwili wspólne odśpiewanie hymnu narodowego – moment powagi, bez czapki na głowie i na baczność – wspaniałe uczucie. Ruszyły pierwsze strefy startowe. Moja (czwarta) strefa ruszała, kiedy pierwsza osoba przekroczyła linię mety z czasem poniżej 30 minut.

Na początku to samo tempo co reszta, niektórzy biegli ile sił, a później na moście padali. Mnie odcięło energię po nawrotce, czyli po 5. kilometrze. Szybko jabłkowy żel energetyczny Aptonia i dalej. Trzeba przecierpieć, jak mówił kolega z działu Kalenji – żele działają po ok. 15 minutach, ale to dobrze, będzie można to spożytkować na moście. Padłem, jeszcze zanim było widać wiadukt. Bieg zmienił się w marsz, ale szybkim tempem. „Dasz radę, człowieku, jeszcze malutki kawałek i meta”.

Zebrałem się w sobie, pomyślałem o pozytywnych rzeczach, o energicznym bicie na iPodzie i o tym, ile już przebiegłem. Chwilę za mostem w oddali pojawiła się już brama mety. Pomyślałem – teraz jest moment na przyspieszenie. Z bolącymi stawami skokowymi i łydkami przekroczyłem metę, zapewne z grymasem na twarzy, ale wiedziałem jedno – udało się! Ja chcę jeszcze raz! 🙂 Niestety ta impreza dopiero za rok…

 

Fot 5. Stanisław Piotrowski | Cel osiągnięty! Przebiegłem pierwszą dychę w życiu!

 

Szybki odbiór medalu, wody, banana i folii NRC i trzeba się usunąć. Nogi bolały, ale byłem szczęśliwy, wiedziałem, że zrobiłem dla siebie dwie dobre rzeczy w ciągu 1,5 miesiąca – zdałem prawo jazdy i miałem swój debiut w zawodach, zrobiłem pierwszą w życiu dychę. Zająłem 11806 miejsce na 18763 osoby, z czasem 00:59:29.

Kiedy piszę ten tekst, są moje 25. urodziny, a czuję się, jakbym je obchodził dwa dni temu, gdy wręczano mi medal. Szukam nowych wyzwań, tych sportowych i rozwijających moje umiejętności.

Tak jak we wstępie, również na zakończenie chciałbym Wam, drodzy czytelnicy, uświadomić, że można wszystko zrobić ze swoim życiem. Tylko od nas samych zależy, co z nim zrobimy, a nie warto go marnować, trzeba działać teraz, szybko, i skupić się na tym mocno, lubić to, co się robi, bo jeśli czegoś nie lubisz – zrezygnujesz, zawiedziesz.

Swoje pierwsze sportowe osiągnięcie dedykuję mojej mamie Jagodzie, która leży w szpitalu czwarty miesiąc i czekam z niecierpliwością na poprawę jej stanu zdrowia w ciężkiej chorobie.

Stanisław Piotrowski, Decathlon Zakopianka


Udostępnij:
Oceń artykuł:
5 (100%) 4 votes