Przedzierając się przez miejską dżunglę - Wszystko dla sportu
11 września 2016
0

Piszę z trudem od ponad dwóch tygodni w krótkich przerwach pomiędzy pakowaniem kartonów do przeprowadzki w starym mieszkaniu w Piasecznie, a rozpakowywaniem ich w nowym w Warszawie. Wśród nich są rzeczy, o których istnieniu zapomniałem lub wcale nie miałem pojęcia. Ta krótka notka nie ma z tym nic wspólnego.

Pomysł na ten wpis miałem świetny: przez tydzień będę dojeżdżał do pracy na zmianę: na rolkach, hulajnodze i desce. Zmierzę czas przejazdu plus przygotowania (założenie rolek, ochraniaczy, rozłożenie hulajnogi) i okaże się, który z tych środków komunikacji jest najbardziej efektywny.

Problem w tym, że do pracy mam tylko lekko ponad kilometr i to w dodatku po nowym, jeszcze równym chodniku. Hulajnogę rozkładałem po wyjściu z mieszkania i składałem w pracy. Rolki zakładało się już dłużej, do pracy jechałem krócej, ale potem w szatni traciłem przewagę zbudowaną na prostej na przebieraniu rolek. Na desce jeszcze się nie nauczyłem jeździć w takim stopniu, żeby jechać po ścieżce rowerowej, która w kilku miejscach krzyżuje się z jezdnią.

Chociaż Piaseczno leży bardzo blisko Warszawy, jazda tam nigdy nie należała do moich ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu. Pewnie ma to związek z tym, że jeździłem tam głównie w godzinach szczytu. Trzeba też dodać do tego kupowanie biletu na drugą strefę. Ale jak to powiedział mi kiedyś mój kuzyn “Chcesz być bogaczem, musisz żyć jak bogacz”. Więc przez ponad rok jeździłem jak “bogacz” z biletem na dwie strefy. Doszło to tego, że wolałem podjechać do sklepu autobusem niż podejść. To nic, że podejście tam zajmowało mi o połowę mniej czasu niż podejście na przystanek. Mam bilet, to będę jeździł! Problem w tym, że nie wszędzie były dogodne połączenia i czasami trzeba było gdzieś mimo wszystko podejść. O autku nie było wtedy mowy, bo w tamtych czasach jeszcze go nie miałem.

Czerwona lampka zapaliła mi się, kiedy podczas wchodzenia na trzecie piętro, trochę się zmęczyłem.

Basen, bieganie, rowery, rolki, prowadzenie (w miarę) zdrowego trybu życia i teraz mam łapać zadyszkę po wejściu na trzecie piętro?

Dwa dni zajęło mi znalezienie środka zaradczego. Rozwiązaniem była hulajnoga. Ale nie taka pierwsza lepsza. Uznałem, że potrzebuję czegoś lekkiego, na dużych kołach i żeby jeszcze się szybko i łatwo składała.

05

Kiedy chodziłem do podstawówki, kolega miał małą hulajnogę, która się składała. Była w kolorze srebrnym, więc lśniła w blasku słońca. Co prawda piękna i lśniąca była tylko przez kilka pierwszych dni dopóki się nie poobijała, ale jemu to nie przeszkadzało. Była to hulajnoga z serii “najpierw słyszysz, potem widzisz”. Niedokręcane śruby powodowały powstawanie anormalnych luzów, szybsze zużywanie się części… Ale kto, mając 8 lat, by się tym przejmował? Tym bardziej hałasem? Niech cale osiedle słyszy, że jadę na hulajnodze!

Rodzice zapowiedzieli, że nie kupią mi hulajnogi, bo mam rower i rolki. A poza tym, na hulajnogę nie ma już miejsca. Te argumenty jakoś mnie nie przekonywały, więc wtedy tatuś zastosował na mnie jedną ze sztuczek Jedi, mówiąc mi: “Nie potrzebujesz hulajnogi. Rower i rolki Ci wystarczą”. Nie pamiętam czy wykonał charakterystyczny, dyskretny ruch dłonią, ale podziałało. Rower ma większe koła od hulajnogi, jest też od niej szybszy, więc jest lepszy. Wmawiałem to sobie do momentu, w którym kupiłem hulajnogę OXELO Town 7EF.

08

Na hulajnodze jeżdżę po Warszawie i Piasecznie od ponad dwóch lat.

Przestałem już liczyć, ile czasu udało mi się zaoszczędzić dzięki niej.

Warto jednak wspomnieć o tym, że środek transportu zależy od rodzaju i długości trasy, jaką chcemy pokonać. Hulajnoga z serii EF świetnie sprawdza się w miejskiej dżungli pod warunkiem, że będzie traktowana jako dodatek do komunikacji miejskiej, np. dojechać kilometr-dwa do przystanku, wskoczyć do autobusu, podjechać nim do metra, z metra wyjść i przejechać przez park na hulajnodze, zamiast czekać na autobus, który utknął w korku. Tym sposobem byłem w stanie zaoszczędzić prawie 1,5 godziny dziennie.

Hulajnogę wziąłem też ze sobą na urlop nad morze. Złożona, zapakowana do torby nie zajmowała w bagażniku wiele miejsca. Do plaży miałem lekko ponad 3 kilometry, na hulajnodze nawet nie czułem tej odległości, a ja mogłem spędzić czas na plaży, zamiast w samochodzie, szukając miejsca parkingowego.

03

Deska, w moim wypadku, ogranicza miejsca do płaskich, gładkich i szerokich duktów, gdzie nie ma innych uczestników ruchu drogowego. Z jazdą nie mam problemu. Skręcanie też nie sprawia mi problemów. Przerażało mnie samo hamowanie. Raz czy dwa musiałem salwować się ucieczką z deski. Kiedy z niej zeskoczyłem, stawała się pociskiem relacji ziemia-ziemia.

Co do rolek, to nie miałbym zastrzeżeń, gdyby nie fakt, że czasami spędzałem więcej czasu na zakładaniu rolek i ochraniaczy niż na samej jeździe.

Od razu się przyznam, że od początku pisania faworytem była hulajnoga. Z tego prostego powodu, że na desce nie potrafię jeździć w taki sposób, żeby jakiekolwiek porównanie do jazdy na hulajnodze miało sens. A rolki? Rolki wykorzystuję do zabawy, a nie do przemieszczania się. Z tego powodu, że te które mam, są przystosowane do jazdy miejskiej, a nie do ciągłego ich rozpinania i zapinania. Poza tym hulajnoga jest mała, lekka i jeździ się na niej naprawdę wygodnie.

A jaki jest Twój ulubiony sposób przemieszczenia się po mieście?

Mikołaj


Udostępnij:
Oceń artykuł:
5 (100%) 11 votes