Rowerem przez wybrzeże - Wszystko dla sportu
23 kwietnia 2017

Pogoda za oknem raz ładna, raz nie, wzięło mnie na wspominanie zeszłorocznej wyprawy rowerowej.
Najpierw pojawił się pomysł wyprawy: po tygodniach przygotowań, zbierania sprzętu, ekwipunku, planowania byliśmy gotowi. Im bliżej terminu wyjazdu, tym bardziej docierało do mnie, na co się zdecydowałam i jak bardzo nierealne wydaje się kilkaset kilometrów na rowerze. Pojawiały się różne pomysły, stanęło ostatecznie na podróży wzdłuż Bałtyku. Dwa rowery, sakwy, namiot.

 

W BURZĘ

Nagle pojawiła się ściana deszczu, potem grzmoty i błyskawice. Kilka minut wcześniej powiedzieliśmy sobie, że tylko burza może nas zatrzymać. Jeździliśmy w każdą pogodę, ale z burzą nie chcieliśmy zadzierać: „Dziś zrobimy 15 km mniej, to jutro nadrobimy”. Niestety. 23 godziny ciągłej ulewy zatrzymały nas w Kołobrzegu na cały kolejny dzień. Na szczęście był to pierwszy i ostatni raz, kiedy musieliśmy skorygować założenia, chociaż i tak częściej towarzyszyły nam deszcz i zachmurzenie niż ładna pogoda.

 

W POCIĄGU

W podróż ruszyliśmy w lipcu. Na dworcu Warszawa Centralna wsiedliśmy w pociąg do Świnoujścia. Na niewiele zdaje się niski koszt przewozu rowerów (9 zł) w Intercity, gdy ma się do czynienia z takim jego standardem. Musieliśmy przenosić rowery nad siedzeniami przez cały wagon, ponieważ po naszej stronie wszystkie 3 (tak, aż 3!) wieszaki były zajęte. Następnie poznaliśmy „przemiłą” panią konduktor, która miała pretensje, że śmieliśmy zdecydować się na przejazd pociągiem z rowerami; stwierdziła, że powinno się albo jechać pociągiem, albo rowerem.

 

W NIEMCZECH

Siedem godzin później dotarliśmy na miejsce, gdzie zastał nas deszcz. Spotkaliśmy również panią, która wskazując na ramę, zapytała nas: „Jak nazywa się ta torba?”, bo takie hasło ostatnio miała w krzyżówce 😉 Po wyjściu z peronów doznaliśmy szoku – na pierwsze 10 spotkanych osób było siedmiu pijaków, policjant i dwóch Niemców-rowerzystów. Gdy przepłynęliśmy promem, druga strona miasta wyglądała trochę lepiej, jednak kemping Relax i tak był najgorszym, na jakim przyszło nam nocować.

Tego dnia wybraliśmy niedługą i niezbyt wymagającą trasę (60 km), w stronę Niemiec, do małej nadmorskiej miejscowości Kölpinsee. Przepięknie położona, nad jeziorem z parkiem, ścieżką rowerową i chodnikiem wzdłuż brzegu. Wahaliśmy się, czy jechać dookoła wyspy Uznam ze względu na niejasne niemieckie przepisy dotyczące wyposażenia roweru, jednak poczytaliśmy tu i tam i zdecydowaliśmy, że pojedziemy. Strzał w dziesiątkę! – szkoda byłoby nie zwiedzić tych terenów. Drogą wzdłuż wybrzeża po niemieckiej stronie jedzie się super. Jednak z lekka wkurza to, że na drodze nagle pojawia się niby-skrzyżowanie, na którym przez około 5 metrów nie można poruszać się rowerem, a za nim znajduje się dalszy ciąg ścieżki rowerowej. Ale mimo to, a także mimo deszczu i gradu oraz kilkukilometrowego brukowanego odcinka drogi z czasów wojny, u naszych sąsiadów jeździ się przyjemniej niż u nas.

 

SZLAK EUROVELO

Teoretycznie przez całe wybrzeże Bałtyku prowadzi międzynarodowy szlak rowerowy EuroVelo, jednak po polskiej stronie ten nadmorski szlak potrafi zaprowadzić kilka kilometrów w pole, przerodzić się w piaszczystą ścieżkę lub w kilkanaście kilometrów bruku.

W Świnoujściu warto podjechać pod latarnię morską, do której droga prowadzi wzdłuż starych bunkrów, a sama latarnia jest najwyższą na polskim wybrzeżu. Wyjeżdżając z miasta na zachód, jedzie się przez Woliński Park Narodowy. Trasa jest dość wymagająca, głównie z powodu wielu podjazdów, jednak pośród tak pięknych terenów pedałuje się przyjemnie. Tytuł najgorszej drogi rowerowej zdobyła ścieżka pomiędzy Klukami (słynne Muzeum Wsi Słowińskiej) a Izbicą nad jeziorem Łebsko. Za pierwszym razem nawet nie zauważyliśmy skrętu, dopiero gdy dojechaliśmy do końca wsi i skończyła się droga, dosłownie w środku pola, zorientowaliśmy się, że mamy go już za sobą. I owszem, kilkaset metrów wcześniej odnaleźliśmy „skręt w lewo”: wyglądało to jak przydrożny malutki parking, na którego końcu zaczyna się wąska ścieżka. Był to żółty szlak.

 

Z SAKWAMI W BŁOCIE

Zaczęło się od ścieżki szerokości metra wśród wysokich traw, po kilkuset metrach zwęziło się na szerokość jednego przechodnia. My, sakwiarze, mieliśmy problemy z przejechaniem w wielu miejscach. Kilka razy wylądowaliśmy w błocie do połowy łydki, a raz w wodzie z „kałuży” zanurzyły się nasze sakwy. Po drodze spotkaliśmy węża (do dziś nie wiem, jakiego gatunku, ale chyba wolę nie wiedzieć). Przy najbliższej możliwej okazji zboczyliśmy z trasy i dojechaliśmy do okrężnej drogi wojewódzkiej. I od tej pory zawsze woleliśmy nadrobić kilka kilometrów, ale jechać czymś, co można nazwać drogą.
Co do Półwyspu Helskiego mam mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo mnie cieszy, że przez całą jego długość prowadzi droga dla rowerów i przez niekrótki odcinek nawet tuż nad wodą, co gwarantuje przepiękne widoki. Jednak ścieżka jest w takim stanie, że odechciewa się nią jechać. Dopiero na samym końcu, za Juratą, kostka Bauma zamienia się w przyjemną, leśną ścieżkę i mamy kilka kilometrów delikatnych pagórków.

 

PO ODZNAKĘ

Jeszcze przed wyjazdem postanowiliśmy, że wejdziemy na wszystkie trzynaście latarń morskich, dzięki którym można zdobyć srebrną odznakę „Bliza”, i był to bardzo trafny pomysł, ponieważ każda latarnia znacznie różni się od innych, tak jak widoki, które się z niej roztaczają.

Najgorzej wspominam Gdańsk. Aby wydostać się w kierunku Krynicy Morskiej, trzeba było wsiąść w specjalny autobus, ponieważ rowerem ani pieszo nie można przedostać się przez tunel na drugi brzeg rzeki. Następnie po raz drugi trzeba przejechać przez Wisłę i ominąć ekspresówkę. Wyjazd z Gdańska dostarcza uczucia szczęścia z powodu opuszczania miasta, ale nie na długo – 20 km później znowu znajdujemy się przed tablicą tej miejscowości. A na samym końcu „drugiego” Gdańska czeka jeszcze przeprawa promem. W drodze powrotnej z Krynicy, na samym wjeździe do Trójmiasta, musieliśmy pierwszy i ostatni raz podczas całej wyprawy zmienić dętkę 🙂

Nie zawsze było kolorowo: szóstego dnia w okolicy Ustronia Morskiego przyszedł kryzys, cały czas jechaliśmy pod bardzo silny wiatr, a dodatkowo kolana odmówiły posłuszeństwa; poza tym nie przewidzieliśmy, że będzie tak zimno i zabraliśmy ze sobą za mało grubych skarpetek i ciepłych ubrań. Dzienny rekord pobiliśmy ostatniego dnia, na trasie Gdańsk – Krynica Morska – Gdańsk, i zrobiliśmy 145 km. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś wrócę do dawnego sposobu spędzania wakacji, czyli leżenia plackiem przez tydzień czy dwa na plaży.

_
Dominika

Oceń artykuł:
4.9 (97.14%) 14 votes