[Tekst blogera] Jesienna wspinaczka w Tatrach? Nic prostszego! - Wszystko dla sportu
top
5 listopada 2018

Które góry najlepiej odwiedzić, jak już nastanie złota polska jesień? Pewnie część z Was odpowie bez zastanowienia, że Bieszczady, bo przecież czerwono-żółte połoniny o tej porze roku robią ogromne wrażenie! Pomyślałem tak i ja, lecz gdy wszystko było już zaplanowane, trasa w Biesach obrana, zadzwonił do mnie przyjaciel i zaproponował Tatry….

 

 

 

W normalnej sytuacji odmówiłbym bez wahania, ale tutaj w grę wchodziły szczyty poza szlakami. Propozycja zawierała bowiem Lodowy Szczyt i Lodową Kopę oraz Durny Szczyt i Łomnicę w kolejnym dniu. Czy taką ofertę można odrzucić? 🙂

Moje rozterki nie trwały zbyt długo i tym sposobem w piątkowy wieczór wylądowałem w Starym Smokowcu u podnóża słowackiej części Tatr. Jest godzina dziewiętnasta, słońce już dawno zaszło, więc w ciemnościach, wyposażeni w czołówki zaczynamy marsz do Chaty Téryego. Droga przez Dolinę Małej Zimnej Wody, aż do podnóża Doliny Pięciu Stawów Spiskich, gdzie znajduje się nasze schronisko potocznie zwane Terinką, zajmuje nam około 2,5 godziny. Załapujemy się jeszcze na otwarty bufet, wypijamy ciepły, przesadnie dosłodzony čaj (czyli po naszemu herbatę) i zmierzamy do 12-osobowej izby. Pełni optymizmu (prognozy pogody na weekend zapowiadają cudowne, słoneczne dwa dni) i zarazem ekscytacji zasypiamy na wysokości 2015 m n.p.m.

 

Fot 1. Rafał Raczyński | Nie mogłem powiedzieć “nie” takiej wyprawie! 🙂

 

Sobotni ranek nie odbiega znaczącą od innych poranków w górach. Szybkie śniadanie, mocno ograniczona toaleta (jedyna bieżąca woda w Terince to ta z umywalki, choć dla odważnych pozostają jeszcze spiskie stawy) i pakowanie plecaka. O 7:40 wszyscy zwarci i gotowi stawiamy się przed chatą, żeby wysłuchać dokładnego planu dzisiejszej drogi. W sumie jest nas sześć osób, a ponieważ trasa wiedzie po nieoznakowanym i mocno eksponowanym terenie, podzielimy się na dwa trójkowe zespoły związane ze sobą linami.

 

Fot 2. Rafał Raczyński | Trasa wiodła przez nieoznakowane tereny. To lubię!

 

Początek naszej wycieczki niczym nie różni się od klasycznego tatrzańskiego trekkingu. Podążamy cały czas na północny-zachód w głąb doliny, mijając po drodze kolejne stawy, od których swoją nazwę wzięła dolina, którą przemierzamy. Bardzo szybko, na grani po lewej stronie naszym oczom ukazuje się dzisiejszy cel – Lodowy Szczyt (2627 m n.p.m.). Choć jego masyw, górujący nad nami kilkaset metrów robi ogromne wrażenie, o tyle sam szczyt wydaje się nieco spłaszczony i nie tak trudny do zdobycia. Przed oczami mam jednak obraz północnej ściany Lodowego Szczytu na przykład z Głodówki, gdzie swoim kształtem przypomina niemalże Everest. Tym sposobem mój respekt do tej góry wraca bardzo szybko.

W pewnym momencie nasze kroki odbijają mocno w lewo i będąc już na zboczu Lodowego, podchodzimy na jego ramię. Widok z grani jest powalający. Wreszcie zobaczyć możemy to, co do tej pory zasłaniała skalna ściana Lodowego. Od razu rzucają nam się w oczy Tatry Bielskie, które z tej perspektywy wyglądają niesamowicie. Ja jako rodowity Beskidczanin, bez problemu odnajduję Babią Górę, Pilsko, a nawet Skrzyczne daleko na horyzoncie. Na podziwianie panoramy nie przeznaczamy dużo czasu, bo będziemy to robić już niedługo na szczycie. Tymczasem przyszła pora na związanie zespołów linami. Ze względu na moje dosyć spore gabaryty (190 cm i 92 kg) ląduje na przeciwległym końcu liny prowadzonej przez Rafała, osobę teoretycznie odpowiadającą mojemu ciężarowi. Drugi zespół otwiera znacznie mniejszy od Rafała Łukasz, który  jednocześnie będzie wytyczać drogę dla całej szóstki. Mi przypada rola zamykania tej dwuczłonowej karawany i zbierania wszystkich przelotów, które założymy.

 

Fot 3. Rafał Raczyński | Trasa wiodła wyłącznie granią. Widoki były nieziemskie

 

Trasa na szczyt od tego momentu prowadzi wyłącznie granią. Po drodze mamy do pokonania słynnego Lodowego Konia, który u niejednego wspinacza wzbudził niemały lęk. Koń skalny to wąski fragment grani, który bardzo często pokonywany jest okrakiem. Jak to zwykle bywa w życiu, również i tutaj strach (a raczej koń) ma wielkie oczy. Po kilku bardziej lub mniej zgrabnych ruchach, cała ekipa znajduje się już po drugiej stronie Lodowego Konia. Jeszcze kilka kroków i podciągnięć, i wreszcie dostrzegamy charakterystyczny punkt triangulacyjny, znajdujący się na wierzchołku.

Nie ukrywam, że Lodowy Szczyt był dla mnie górą, o której marzyłem od dłuższego czasu. To co spotkało nas na szczycie, w pełni uzasadniło moje długie oczekiwanie i chęć spotkania się z tą górą. Centralnie pod nami widzimy Dolinę Pięciu Stawów Spiskich, Terinkę oraz Dolinę Małej Zimnej Wody, którą wczoraj pokonywaliśmy. Po drugiej stronie doliny, mniej więcej na naszym poziomie dumnie wznosi się tatrzańska królowa, czyli Łomnica (2634 m n.p.m.) i jej nieco niższy kolega Durny Szczyt (2621 m n.p.m.). Grań z lewej strony domyka masyw Baranich Rogów (2526 m n.p.m.) – inny niezdobyty jeszcze przeze mnie szczyt z tak zwanej Wielkiej Korony Tatr. Odwracając wzrok w drugą stronę, z jeszcze szerszą niż wcześniej panoramą, podziwiamy Tatry Bielskie.

 

Fot 4. Rafał Raczyński | Pogoda nam sprzyjała!

 

Tym razem jednak, tuż nad nimi daleko na horyzoncie rozpoznajemy Gorce, przechodzące za Krościenkiem nad Dunajcem w Beskid Sądecki. Pięknie odsłania nam się też pasmo Pienin i ich najbardziej charakterystyczny szczyt – Trzy Korony. Widok domyka pozostała część Tatr Wysokich. Jakby na wyciągnięcie ręki staje przed nami Król Gerlach (2655 m n.p.m.), Wysoka (2547 m n.p.m.) oraz Rysy (2503 m n.p.m.). Nieco z tyłu swoją jesienną, czerwoną naturę pokazują Tatry Zachodnie. Największe zaskoczenie przeżywam jednak, gdy po kilku wyostrzonych spojrzeniach w głąb Słowacji, rozpoznaję Kľak (1352 m n.p.m.)- bardzo charakterystyczny szczyt znajdujący się w paśmie Małej Fatry. Takiej widoczności zdecydowanie się dzisiaj nie spodziewałem.

W pełni usatysfakcjonowani widokami, najedzeni i napojeni, możemy rozpocząć zejście. Droga powrotna zakłada dalszą wędrówkę granią przez Lodową Kopę (2602 m n.p.m.) aż do Lodowej Przełęczy (2376 m n.p.m.). Jak się szybko okazuje, ten odcinek wycieczki jest znacznie trudniejszy, a zarazem bardziej ekscytujący niż jej pierwsza część. Teren pod względem topograficznym staje się istnym labiryntem skalnym, gdzie źle wybrana droga może doprowadzić do poważnych kłopotów. Jednocześnie uświadamiam sobie, jak duże to szczęście mieć przyjaciół, którym w takiej materii można całkowicie zaufać i nie martwić się, że pogubimy drogę.

 

Fot 5. Rafał Raczyński | Chcę jeszcze! 🙂

 

Po kilkudziesięciu minutach stawiania wysoko nóg, wspierania się rękoma o skały i odnajdywaniu najlepszych stopni, stajemy wreszcie na Lodowej Kopie. Ponieważ dzień jest jeszcze młody, a słońce przyjemnie świeci, wykorzystujemy to miejsce do trenowania zjazdów na linie. Ta umiejętność przyda się kolejnego dnia, kiedy to zamierzamy zdobyć patrzące na nas cały czas Łomnicę oraz Durny Szczyt. Gdy każdy zaliczył już treningowy zjazd, chowamy linę i kierujemy kroki do Lodowej Przełęczy. Stąd, już za szlakiem turystycznym podążamy do Chaty Teryego, po drodze zerkając na tłumy turystów zdobywających Czerwoną Ławkę (2352 m n.p.m.). Gdy wszyscy jesteśmy już przy Terince, wreszcie możemy sobie wzajemnie pogratulować i cieszyć się z kolejnej bardzo udanej tatrzańskiej przygody.

 

W trakcie wyprawy miałem okazję przetestować trochę sprzętu 🙂 

 

SPODNIE TREKKINGOWE TREK 900 MĘSKIE FORCLAZ

Spodnie od samego początku wyglądały bardzo obiecująco i miałem co do nich duże oczekiwania. Muszę przyznać, że w pełni je zaspokoiły.

Plusy:

– elastyczność, spodnie bardzo dobrze dopasowują się do ciała, dzięki czemu gwarantują swobodę ruchów. Co więcej, nawet po kilku dniach noszenia, materiał nie rozciąga się a spodnie nie wiszą na nogach jak worki,

– liczne kieszenie pozwalają na przechowywanie drobiazgów niezbędnych podczas wspinaczki górskiej,

– Materiał z jednej strony bardzo dobrze izoluje ciepło, co gwarantuje utrzymanie optymalnej temperatury nóg (wiosna/jesień), z drugiej strony jest na tyle cienki, że nawet w pełnym słońcu dolna część ciała nie przegrzewa się.

Minusy:

– kieszenie na udach mogłyby być nieco większe.

BUTY TREK 700 MĘSKIE FORCLAZ

Pamiętam, że jak pierwszy raz zobaczyłem te buty, to nie do końca byłem w stanie określić na jakie wycieczki i na jakie warunki są przeznaczone. Z jednej strony lekka konstrukcja buta, a z drugiej toporna i bardzo twarda podeszwa. Jednak po pewnej letniej wyprawie w Tatry Zachodnie, znalazłem chyba dla nich idealne zastosowanie – skały i grań, ale bez śniegu, czy też lodu.

Plusy:

– bardzo twarda podeszwa, która na grani nie łamie się, pozwalając na opieranie całego ciała nawet na małej przedniej części stóp,

– konstrukcja podeszwy plus zastosowany Vibram gwarantują bardzo dobrą przyczepność i idealne tarcie podczas kontaktu ze skałą,

– „lekka” budowa buta na zewnątrz nie doprowadza do przegrzania stopy w cieplejsze dni.

Minusy:

– wskazana w plusach twardość podeszwy jest również minusem, jeżeli chodzi o długie wędrówki dolinami. Na miękkim podłożu stopa się po prostu męczy,

– system wiązania – sznurówki, które lubią się rozluźniać. Sytuację ratuje rzep ale mam wrażenie, że można było to lepiej zaprojektować.

 

Do zobaczenia na szlakach! 🙂


Autor: Tomasz Habdas
Instagram: https://www.instagram.com/wszczytowejformie/

Oceń artykuł:
5 (100%) 2 votes