W 180 dni dookoła świata – na początek ZEA i Indie! - Wszystko dla sportu
top
5 grudnia 2018
10

No to z grubej rury – postanowiliśmy wyjechać w podróż dookoła świata! To marzenie chodziło za nami od nieco ponad dwóch lat, a ponieważ nadarzyły się okoliczności sprzyjające, złapaliśmy okazję i wyruszyliśmy. Plan jest zabójczo prosty – okrążyć glob w 6 miesięcy. Czy w tak krótkim czasie da się zobaczyć absolutnie wszystko?

 

Pewnie, że nie. Nie powinno to jednak powstrzymywać kogokolwiek od podjęcia decyzji o wyjeździe 🙂

Pierwszy miesiąc spędziliśmy z grubsza w Indiach, z wyjątkiem kilku dni poświęconych na przesiadkę w Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Oczywiście, poniższa relacja jest jedynie skrótowym zapisem większej całości. Po więcej wynurzeń, moc zdjęć i bieżące info zapraszamy na profil The Adamiec Adventure na Instagramie i Facebooku 🙂

 

Fot 1. Jan Adamiec | The Adamiec Adventure w całej swej okazałości!

Naj-kraj

 

      Sześć dni spędzonych w Dubaju okazało się w sam raz na poznanie i jednoczesne zmęczenie tym miastem. Zjednoczone Emiraty Arabskie składają się z siedmiu rejonów (emiratów), spośród których Dubaj jest tym najzamożniejszym. Kilkadziesiąt lat temu na terenie Półwyspu Arabskiego odkryto ropę, która hojnie obdarzyła tamtejsze kraje. Na terenie Kataru czy ZEA jeszcze w latach 50. żyło niewielu ludzi, i to na raczej niskim poziomie finansowym. Odkrycie ropy dość drastycznie odmieniło rzeczywistość.

 

Fot 2. Jan Adamiec | Tak prezentuje się (jeszcze) najwyższy budynek świata po zmierzchu

 

Choć złóż tego surowca jeszcze przez kilka ładnych lat wystarczyłoby do utrzymania wysokiego poziomu życia w emiratach, szejkowie zdecydowanie nie próżnują. Najlepszym przykładem jest emir Dubaju, którego miasto od ponad dekady samo na siebie zarabia, a czarne złoto stanowi mniej niż 20% PKB rejonu.

Brak obowiązku płacenia podatków ściągnął tu zarówno wielkie firmy, jak i indywidualnych obywateli. Zainwestowano także w turystykę – w Dubaju znajduje się największa sztuczna wyspa, największy budynek oraz najdroższy hotel świata. Dzięki temu nie brakuje tu zachodnich turystów, którzy na tydzień lub dwa w roku zanurzają się w lśniącym przepychu. Cóż, trzeba przyznać – miasto robi ogromne wrażenie, a inwestycje sprytnych szejków się zwracają.

 

Fot 3. Jan Adamiec | Na zewnątrz 38 stopni, w środku galerii handlowej… lodowisko 🙂

 

Ostatni akapit poświęcimy jednak kontrowersjom, jakie miasto w nas wzbudziło. Wśród luksusowych samochodów mknących 6-pasmowymi autostradami nie można nie zauważyć starych, podniszczonych białych autobusów. Ich obecność nasila się o świcie oraz około czwartej, piątej po południu. W środku siedzą mężczyźni w niebieskich lub białych kitlach, ściśnięci jak sardynki w puszce. Ten obrazek tak bardzo nie pasował do pełnego blichtru Dubaju, że postanowiliśmy poczytać i zasięgnąć języka. Okazuje się, że to robotnicy – emigranci z Pakistanu, Indii i Nepalu, stanowiący ponad 50% populacji ZEA – których rękami zbudowano miasto. Ich pensje są śmiesznie niskie, mieszkają po czterech lub pięciu w malutkich pokoikach, a gdy któryś z nich zastrajkuje – natychmiast jest odsyłany do swojego kraju.

Niezwykłe luksusy dla zachodnich gości zostały zbudowane w warunkach dalekich od cywilizowanych, nieraz z pogwałceniem praw człowieka. Według niektórych tak wygląda współczesne niewolnictwo. Sądzimy, że turysta stąpający po marmurowych kafelkach powinien być świadomy ich fundamentów.

 

Indie – do innego świata

 

      Po Dubaju przyszedł czas na jeden z gwoździ programu naszej wycieczki, Indie, w których spędziliśmy około trzech tygodni. Ostatecznie okazało się to nieco za mało na ten piękny, ogromny i różnorodny kraj, jednak jak chce się objechać świat w sześć miesięcy – cóż począć 🙂 Zaczęliśmy od Mumbaju (Bombaju), jednego z największych miast na świecie ze zdecydowanie największym slumsem. Daliśmy sobie 4 dni na wtopienie się w to kolorowe, pełne kontrastów miasto.

 

Fot 4. Jan Adamiec | Na ulicach Mumbaju można zobaczyć dosłownie wszystko (nawet ulicznych dentystów)

 

Chyba największe wrażenie w Indiach zrobili na nas sami ludzie. Bieda w Mumbaju jest naprawdę uderzająca – w każdym niezagospodarowanym zakątku miasta wyrastają sklecone z tektury lub blachy slumsy. Co prawda nawet ten los nie jest najgorszy; niektórzy ludzie mieszkają po prostu na ulicy. Co nas jednak zachwyca, to fakt, że ci ludzie są… szczęśliwi! Nie widać ponurych, gburowatych, smutnych twarzy, a prawie wszędzie towarzyszyło nam zaciekawione lub wręcz radosne kołysanie głową na nasz widok. Zdumiewające!

Po zapachach Mumbaju udaliśmy się na południe, do maleńkiego stanu Goa. Słynie on z rajskich plaż, które od kilkudziesięciu lat przyciągają turystów. Miejsce stało się bardzo popularne zwłaszcza wśród hipisów, spośród których niektórzy na stałe osiedlili się w Indiach. I rzeczywiście, warto było przyjechać. Indie są bardzo tanim krajem, więc pobyt na rajskich plażach w Goa jest zdecydowanie wart wzięcia pod uwagę przy planowaniu tygodniowych lub nieco dłuższych wakacji.

 

Fot 5. Jan Adamiec | Te reklamy to jednak prawdziwe!

 

Po kilku dniach wypoczynku w Goa udaliśmy się do malutkiej wioski Hampi w stanie Karnataka, która przyciąga swoją historią. Ponieważ w XVI wieku owa wioska była stolicą znaczącego imperium, w okolicach znajdują się dziesiątki ruin świątyń oraz innych zabudowań. O ile 3 dni spędzone w Hampi są z pewnością godne uwagi, o tyle sama podróż do tego miejsca to prawdziwy hit. Ze względu na niemożność podróżowania samolotem wybraliśmy 7-godzinną jazdę pociągiem, która okazała się niezłą egzotyką. Z wielu rzeczy, które zaskakują i zadziwiają w kulturze hinduskiej, najbardziej zszokowało nas jedzenie rękami. Panowie w średnim wieku, ubrani w koszule, jadący dokądś najpewniej w interesach, wcinają rękami… ryż z kurczakiem. Kosmos.

 

Fot 6. Jan Adamiec | Podróż pociągiem przez Indie to przygoda sama w sobie

 

Następnym przystankiem na naszej drodze była Kerala, stan na samym południu Indii. Z tego ogromnego i fascynującego kraju chyba stąd przywieziemy najlepsze wspomnienia. Wybrzeże Morza Arabskiego, egzotyczna sieć kanałów i lagun przy wybrzeżu oraz oddalone o kilkadziesiąt kilometrów góry usiane plantacjami herbaty. Stolica tego górzystego rejonu, kilkudziesięciotysięczne Munnar, uchodzi za najlepsze miejsce w Indiach na spędzenie miesiąca miodowego. I rzeczywiście – przez 5 dni tam spędzonych bez końca jeździliśmy skuterem po kamienistych dróżkach i asfaltowych drogach, podziwiając wielkie zapory rzeczne, ciągnące się kilometrami plantacje oraz spotykając… słonie, które zablokowały nam drogę – i to dwa razy!

 

Fot 7. Jan Adamiec | Plantacje herbaty w Munnar w Kerali ciągną się po horyzont

 

Wreszcie, jako ostatnie miejsce przed wylotem do Nepalu odwiedziliśmy Radżastan na północy, najbardziej turystyczny rejon Indii. W tym parnym, gorącym stanie znajduje się wiele pałaców maharadży z XVII i XVIII wieku, które przetrwały późniejsze lata okupacji brytyjskiej. O ile same budowle z pewnością zasługują na miano najciekawszych atrakcji w Indiach, o tyle zgiełk związany z turystyką – setki naganiaczy oferujących przewóz rikszą, oprowadzenie po okolicy czy nawet zrobienie zdjęcia z atrakcją w tle – to zdecydowanie nie nasz klimat. Zresztą, kto wybiera upierdliwego rikszarza, kiedy można zamówić ubera? 🙂

 

Fot 8. Jan Adamiec | Amer Fort to jedna z najgorętszych atrakcji turystycznych Jaipuru

 

Po 21 dniach spędzonych w tym pięknym i egzotycznym kraju przyszedł czas na wylot do Kathmandu, stolicy Nepalu, aby odbyć niezapomniany trekking do bazy pod Everestem. O tym w następnym odcinku 🙂

Chcesz być na bieżąco? Obserwuj:

Instagram i Facebook

Jan Adamiec
Na co dzień możesz mnie spotkać w sklepie Decathlon Targówek – chętnie podpowiem Ci jak przygotować się do wyjazdu w góry, co spakować do plecaka w długą podróż i podzielę się swoim doświadczeniem!. Możesz również skontaktować się ze mną mailowo: jan.adamiec@decathlon.com. Do zobaczenia!
Zadaj pytanie

Udostępnij:
Oceń artykuł:
5 (100%) 5 votes