Weekendowa przygoda w Tatrach – terenowy test czołówek! - Wszystko dla sportu
top
26 października 2018
15

Długo się zastanawiałam, jak zacząć mój pierwszy wpis na blogu z testem czołówek tak, żeby nikogo nie zanudzić szczegółami technicznymi…. Stwierdziłam więc, że zrobię to w trakcie wyjazdu w nasze ukochane Tatry!

 

Stwierdziłam więc, że przy najbliższym wyjeździe w góry zapakuję dwa modele latarek czołowych i będę w miarę możliwości testować w terenie. W ten sposób zdam Wam relację i polecę jeden z mniej obleganych, ciekawszych (pomijając slowacką stronę Grani Rohaczy i Otargańców gdzie jeszcze nie dotarłam) i technicznie prostych szlaków prowadzących na najwyższy szczyt Tatr Zachodnich – Bystrą.

W Tatry wybrałam się w piękny, ciepły październikowy weekend, a ponieważ zawsze mam ze sobą czołówkę, tym razem swoją „prywatną” zostawiłam w domu a zabrałam dwa modele – ekonomiczną Onnight100 oraz najbogatszą wersję – Onnight700.

Wiedziałam że dzień jest coraz krótszy, a „po zmroku robi się ciemno” jak mawia klasyczne już powiedzenie, sądziłam jednak że będę musiała mocno zamarudzić po drodze żeby spotkać się ze zmierzchem jeszcze w górach, a nie w busie do Zakopanego. Udało mi się to połowicznie, ale o tym za chwilę.

 

Komu w drogę, temu czas!

 

     Moim celem na piątek – tuż po wysiadce z busa, przepakowaniu plecaka i posileniu się przed trasą – była Bystra – piękny kawał góry  o wysokości 2248 m n.p.m!

Szczyt Bystrej leży 600 metrów od granicy polsko – słowackiej, którą biegnie grań główna Tatr Zachodnich. Jej zbocza opadają do trzech dolin: Bystrej, Kamienistej i Gaborowej. Jako ciekawostkę mogę podać, że ze zboczy Bystrej schodzą potężne lawiny, ponoć jedne z największych w całych Tatrach.

Na Bystrą miałam chrapkę już od dawna, zwłaszcza widząc jej monumentalność z odwiedzonego równo rok wcześniej Starorobociańskiego Wierchu – jednak odległość, a co za tym idzie, około 10 -godzinny czas przejścia (w obie strony 🙂 ) i niestety pogoda, nieraz modyfikowały moje plany, zwłaszcza, że nie lubię biec po górach na czas – lubię się nimi delektować.

W piątek 12 października pogoda była wymarzona na wędrówkę, a na szlaku dopiero po 4 godzinach spotkałam pierwszego człowieka. Może to kwestia tego, że wybrałam mało uczęszczaną trasę przez Dolinę Chochołowską, która po około godzinie marszu odbija w lewo przez bardzo zniszczoną zrywką drewna Dolinę Starorobociańską (Inna, dluższa opcja to droga przez Dolinę Kościeliską i Ornak).

Szlak jednak po krótkich niedogodnościach odbija wygodnie w las, a potem znów wyprowadza na otwarta przestrzeń. Moim zdaniem – jedna z ciekawszych tras, zwłaszcza że po niedługim czasie moim oczom ukazują się piękniejsze widoki niż zwalone martwe drzewa – Starorobociański i Jarząbczy Wierch lśnią w pełnym słońcu w oddali.

 

Fot 1. Małgorzata Tabaszewska | Tonąca w słońcu Dolina Starorobociańska i pierwsze bajkowe widoki

 

Pusto, słonecznie, w sercu radość z widoków, a w nogach coraz ciężej, dlatego pierwszy dłuższy postój sama sobie zarządziłam na Siwej Przełęczy (1812 m npm). Miałam czas na jedzonko, gorącego Earl Greya, ukochane Eluveitie na słuchawkach i kontemplację otaczającego mnie piękna w najczystszej postaci.

 

Fot 2. Małgorzata Tabaszewska | Majestatyczny król polskich Tatr Zachodnich – Starorobociański Wierch

 

Z tego rozleniwienia zaczęłam się trochę łamać, bo gdy patrzyłam na odległość do pokonania, myślałam – impossible. Ale stwierdziłam że od punktu do punktu i zobaczymy co dalej. Już i tak byłam bardzo zadowolona, to był jeden z tych dni kiedy człowiekowi więcej do szczęścia nie trzeba. Licząc czas na mapie, stwierdziłam że podejdę pod Bystry Karb i zobaczę, jak „wyglądam” czasowo no i … kondycyjnie.

 

Fot 3. Małgorzata Tabaszewska | Ostatnia prosta na Siwą Przełęcz

 

Ach, te góry… Dają w kość!

 

     Z Siwej Przełęczy szlak prowadzi na Siwy Zwornik – zajmuje to około 15 minut. Z tego miejsca możemy wybrać dwa cele – w prawo na Starorobociański, w lewo – na naszą Bystrą. Kierując się właśnie w stronę Bystrej, przechodzimy przez przepiękne Liliowe Turnie – jest to kilometrowy odcinek głównej grani Tatr, równocześnie graniczny między Polską a Słowacją.

 

Po stronie polskiej grzbiety są urwiste i postrzępione, po słowackiej – są to łagodne zbocza z wygodną kamienisto-piarżystą ścieżką, wyprowadzającą nas na Bystry Karb, czyli ostatni pitstop przed atakiem szczytowym 😉

 

Fot 4. Małgorzata Tabaszewska | Liliowe Turnie i cel wycieczki na wprost

 

Przez Liliowe Turnie przechodzi się spacerkiem, nogi mogą trochę odpocząć, mimo to nie widziałam siebie na zaplanowanym szczycie. Szlakowskaz słowacki pokazywał 40 minut, i było to realne, ale nie mając ołów w nogach.

 

Fot 5. Małgorzata Tabaszewska | Urwiska Liliowych Turni opadające na stronę polską

 

Prawda jest taka że można biegać, uprawiać fitness, jeździć konno, ale chodzenie po górach to zupełnie inna forma ruchu i to się czuje.

Druga prawda jest taka, że pierwszy raz w tym roku miałam tak piękną pogodę i szłam jakbym napiła się popularnego energy drinka – tego co ponoć dodaje skrzydeł, słońce i ciepło dodało pogody ducha, nogi jakby przestały boleć. Mimo wewnętrznego entuzjazmu miałam świadomośc że kawał drogi przede mną i świadomość, że „wejść wejdę”, ale sama przez dolinę pełną niedźwiedzi (tak, mam fobię na misie) to nie mam ochoty schodzić. Naprawdę zaskoczyły mnie pustki na szlaku. Kręciłam glową pt. „ni cholery tam nie wlezę”.

 

Fot 6. Małgorzata Tabaszewska | Bystry Karb – wejście na Bystrą stąd wydaje się miejskim spacerkiem

 

Nagły zastrzyk motywacji

 

     W tym miejscu następuje nagły, niezrozumiały skok motywacji w postaci dwóch wędrówców (pozdrawiam w tym miejscu Piotrka i Maćka z Warszawy) i krótkiej wymiany zdań.

– Hej.

– Hej.

– Idziesz na Bystrą?

– Nieeee…. Dojdę do Bystrego Karbu i posiedzę, noc by mnie zastała.

– Chodź z nami. Będziesz żałować jak nie wejdziesz.

 – Nie, serio nie mam już si….

– Chodź!

– No dobra, idę.

No i poszłam, cała oslupiała czemu idę. Przecież nie miałam siły! Chłopaków spotkałam na szczycie, gdzie wpełzłam z ogniem w nogach i bananem na dziobie jakieś 10 minut po nich. I faktycznie, panowie mieli rację – było warto! Widoki na Tatry Wysokie, ze Świnicą i Krywaniem, Zachodnie, no i sąsiad Bystrej – najwyższy w polskich Tatrach Zachodnich Starorobociański Wierch. Coś niesamowitego.

Odcinek od Bystrego Karbu na szczyt ma 900 metrów długości, więc względnie niedużo, ale odcinek wiedzie non stop do góry, dlatego jest męczący, zwłaszcza po 1100 metrach przewyższenia (licząc do Bystrego Karbu). No i po trzech godzinach snu 😉

 

Fot 7. Małgorzata Tabaszewska | Udało się! Za mną panorama Tatr Wysokich i pofałdowane grzbiety Tatr Zachodnich

 

Na szczycie odpoczęliśmy niecałą godzinę, i nadszedł czas na pożegnanie z Bystrą, czekała nas długa droga w dół. Tu musiałabym głos oddać zmęczonym kończynom dolnym, ale ten lament pomińmy. Panowie schodzili do schroniska na Polanie Chochołowskiej, ja wracałam do Siwej Polany, zatem u wylotu Doliny Starorobociańskiej podaliśmy sobie ręce, podziękowałam za miłe towarzystwo i ruszyłam nudnym chochołowskim asfaltem. I nastała ciemność.

Wyjęłam moje bohaterki wieczoru – Onnight 100 i 700, i zaczęłam testować. Nie muszę wspominać, że na szlaku byłam sama i każdy odgłos w krzakach powodował, że niemal biegłam. Ale cóż, zadanie to zadanie.

 

Testujemy czołówki!

 

Na pierwszy ogień poszła Onnight100 – czołówka prosta w budowie i obsłudze (jeden przycisk), o maksymalnej mocy 80 lumenów, posiada trzy tryby światła – jedno czerwone i dwa białe (tryb oszczędny i mocny).

Na moje potrzeby użyłam najpierw trybu oszczędnego, potem mocnego. Drogę przed sobą widziałam bardzo dobrze, jednak oświetlenia poboczy było już mocno ograniczone.

Na duży plus natomiast zasługuje bezproblemowa obsługa w rękawiczkach i lekkie skątowanie czołówki w dół. W mojej „prywatnej” czołówce, którą dostałam w prezencie, światło było ustawione „na wprost” bez możliwości regulacji co bardzo utrudniało chodzenie, więc wygodniejsze było… niesienie jej w ręku. A przecież nie o to chodzi w przypadku latarek – z nazwy – na czoło. Tutaj tego problemu nie było. Dodatkowo – czytanie mapy czy manipulowanie przy plecaku z tą czołówką nie sprawia problemu.

W trybie mocnym Onnight100 sprawdziła się bardzo dobrze, jednak w egipskich ciemnościach nie spełniła swojego zadania do końca jeśli chodzi o zakładane 25 metrów widoczności, ponieważ turystów idących z naprzeciwka do schroniska (bez żadnego światła!) zobaczyłam dopiero jakieś 10 metrów przed sobą.

Jako uzupełnienie dodam, że następnego dnia schodziłam z Onnight100 na głowie z Czarnego Stawu Gąsienicowego do Kuźnic i tam dałam jej drugą szansę. Na wąskich ścieżkach gdzie światło nie ma 6 -10 metrów na rozproszenie się (jak na przykład na Boczaniu), czołówka była rewelacyjna. Gdyby można było jeszcze regulować kąt padania światła tak jak w Onnight700, byłoby idealnie – jej moc w zupełności  wystarcza na tatrzańskie noce przy prostych szlakach.

 

Fot 8. Małgorzata Tabaszewska | Zmierzch w Dolinie Chochołowskiej

 

Co się zaś tyczy wspomnianej już, bogatszej wersji czołówek – Onnight700, naprawdę wiele sobie po niej obiecywałam.

Była godzina 19-ta, a ja miałam wrażenie, że jest środek nocy. A kto szedł Doliną Chochołowską, wie że ten szlak lubi się niemiłosiernie dłużyć. Tym bardziej jeśli ktoś idzie sam i w totalnych ciemnościach. Z 700-tką czułam się mimo to bardzo bezpiecznie. Na mocy 130 lumenów miałam oświetloną drogę przed sobą na kilkadziesiąt metrów i światło obejmowało też pobocza.

Regulacja wysokości padania światła jest superopcją –  dzięki temu nie musiałam zginać szyi ani oślepiać idących z naprzeciwka, gdy chciałam obniżyć punkt świecenia, a tryb boost o mocy 250 lm (włączany na podawany przez producenta czas 10 sekund) pozwalał mi podświetlić wszystkie misie w lesie. Wszystkie okazały się spróchniałymi pniami, ale dobrze, że mogłam to sprawdzić z odległości 😉

Warto zaznaczyć, że czołówka ta oferuje 6 trybów działania o różnych kątach i mocach, dzięki dwóm peryferyjnym LEDom, które umożliwiają oświetlenie poboczy a duży, centralny LED daje mocne i dalekie światło na wprost.

Dodatkowo na osobnym włączniku jest światło czerwone, mogące pełnić funkcję „dyskretnego oświetlenia biwaku”, lub, co ważniejsze – ostrzegawczą/alarmową. Przypomnijmy – pomoc wzywamy światłem czerwonym w następującej sekwencji: 6 sygnałów/minuta, 1 minuta przerwy, 6 sygnałów/minuta itd…

Wracając do mojej subiektywnej opinii – Onnight700 oferuje bardzo dużą moc i sporo kombinacji świecenia, a dodając do tego regulację wysokości kąta padania światła, co jest bardzo ważne na trudnych ścianach czy wysokogórskich szlakach – daje to nam czołówkę niemal idealną. Dlaczego niemal? Bo po cichu liczę, że producent jeszcze udoskonali 700-tkę lub jej nowszą generację, bo jest to naprawdę bardzo mocna czołówka za nieduże – w stosunku do jakości – pieniądze.

Jeszcze jedna uwaga odnośnie obu czołówek – obie miały sposobność kilkukrotną wypaść mi – oczywiście przypadkiem – z kieszeni na kamienie i przetrwały bez uszczerbku.

Udało mi się zejść do Siwej Polany z czołówką Onnight700, baterie wytrzymały bez problemu, światło nie traciło na mocy i zasięgu, więc wiem już, że to ona będzie moją stałą towarzyszką krótkich wojaży.

Tytułem podsumowania – osobiście uważam, że obie testowane czołówki sprawdzą się bardzo dobrze w górach, a zawsze trzeba mieć zapasowe światło w kieszeni. To, jaką kupimy czołówkę, to kwestia naszych potrzeb i zasobności portfela. Onnight100 jest opcją tańszą – nie ma co tego ukrywać. Jeśli jeździmy w góry sporadycznie, chodzimy po prostych trasach, potrzebujemy również czołówki do miasta, do biegania, na biwak – spełni się bardzo dobrze.

Jednak jeśli do powyższych potrzeb dopiszemy wychodzenie na szlak przed świtem, albo po zmroku, jeśli wiemy że noc może nas zastać na Orlej Perci czy innym niebezpiecznym szlaku, a w górach jesteśmy częstymi gośćmi PLUS uprawiamy inne sporty (żeglarstwo, wędkowanie, biegi nocne etc) – zainwestujmy w Onnight700.

A przede wszystkim – zawsze liczmy się z tym że noc nas może złapać w górach (dłuższy popas, kontuzja, zwykłe zmęczenie) i planujmy czas wędrówek, tak byśmy po zmroku znaleźli się w bezpiecznym otoczeniu.

Małgorzata Tabaszewska
Na co dzień możesz mnie spotkać w sklepie Decathlon Reduta – chętnie podpowiem nie tylko na temat górskich wędrówek, ale również doradzę nieco w kwestii sprzętu turystycznego. Uwielbiam góry, ale jestem też wielbicielką koni! Jeżdżę w stylu western. Możesz również skontaktować się ze mną mailowo: malgorzata.tabaszewska@decathlon.com. Do zobaczenia na górskich szlakach!
Zadaj pytanie

Udostępnij:
Oceń artykuł:
4.7 (93.33%) 15 votes