Z kortu... W błoto! - Wszystko dla sportu
top
9 lutego 2017
0

Każdy, kto mnie zna, wie o tym, jak nie lubię biegać. Oczywiście mówię tu o samym bieganiu dla biegania. Natomiast jeśli bieg służy przemieszczaniu się w celu wykonania innej czynności, np. odbicia piłki, to wszystko jest OK i nawet mi to wychodzi 😀
Tym razem chciałbym opowiedzieć kilka słów na temat moich doświadczeń z biegami terenowymi z przeszkodami.

Dwa, trzy lata temu (lata 2014-2015) w Polsce zaczęło być coraz głośniej na temat biegów z przeszkodami. Liczne plakaty i reklamy przyciągały wzrok, a ambicja tylko podjudzała – „ty nie dasz rady?!”. Dzielnie się trzymałem, ale już w połowie 2015 musiałem ustąpić i spróbować.

Zacząłem oczywiście od możliwie najkrótszego dystansu w tamtym okresie, czyli 6 km. Założenie było proste – nie przejmować się czasem, jaki zdobędę, a jedynie zobaczyć, jak taka impreza wygląda, oraz czy jest to dla mnie. Mimo iż w tamtym okresie byłem zupełnie bez formy, czas był fatalny, to moje odczucia co do tego biegu, emocje, które przeżywałem, atmosfera, która panowała w trakcie biegu, były na tyle silne i pozytywne, że do dnia dzisiejszego biorę udział w takich biegach. Filmik z tego wydarzenia możecie zobaczyć pod tym linkiem.

W roku 2016 przeszedłem chyba sam siebie. Przebiegłem łącznie 4 biegi terenowe o różnych długościach i poziomach trudności oraz jeden bieg miejski. Rozpocząłem od zimowego na 6 km. Sam bieg nie był zbytnio cięższy od poprzedniego, poza ujemną temperaturą oraz lodową kąpielą na końcu trasy (a dokładniej brakiem możliwości natychmiastowego zagrzania się po niej 😛 ). Link do filmiku tutaj.
Kolejnym moim biegiem był bieg na 12 km po śląskich hałdach na terenie kopalni Guido w Zabrzu. Był to kwiecień, któremu towarzyszyło załamanie pogody. Na tym biegu poczułem, że zbliżam się do granic swoich możliwości. Deszcz, temperatura około 4 stopni, bardzo długie odcinki do przejścia w zanurzeniu sięgającym nawet do 1,5 metra w lodowatej wodzie (a raczej bagnie). Wtedy właśnie pojawiały się myśli „Odpuść sobie! Nie dasz rady!”. Ale ignorując je, ukończyłem bieg i do dnia dzisiejszego jestem dumny, że pokonałem sam siebie. Również i ten bieg nagrywałem. Link znajduje się tutaj.
Niespełna 2 miesiące później przebiegłem podobny dystans. Tym razem był to podwarszawski Modlin. Pogoda była cudowna, biegłem po raz pierwszy zupełnie sam i postanowiłem, że spróbuję pobiec jak najszybciej. Rezultat był bardzo zadowalający. Udało mi się zdobyć 218. miejsce na 1454 osoby, które ukończyły bieg. Biegło się bardzo przyjemnie, a kilkaset metrów trasy w Wiśle było bardzo przyjemną i chłodzącą kąpielą. 🙂


Dwa tygodnie później miałem okazję po raz pierwszy wziąć udział w konkurencyjnym biegu, ale tym razem miejskim. Dystans, na jakim startowałem, to 6 km. Wraz ze mną biegło kilkanaścioro innych pracowników Decathlon Piaseczno. W porównaniu do dotychczasowych doświadczeń, ten bieg nie był dla mnie żadnym wyzwaniem. Za to było mi bardzo przyjemnie, że mogę dzielić swoje hobby z koleżankami i kolegami z pracy, których większość brała udział w takim biegu po raz pierwszy. Film z naszego biegu znajduje się tutaj.

W międzyczasie kolega zaproponował mi, abyśmy wzięli udział w kolejnym biegu terenowym tej samej serii, ale na zwiększonym dystansie. Miał to być półmaraton. Ukończenie go miało skutkować zdobyciem tytułu WETERANA, co oznacza ukończenie trzech biegów o różnym dystansie (6, 12 i 21 km) w trakcie jednego sezonu. Tym razem miałem nie lada dylemat. Ukończyć coś takiego to jest już wyczyn… Ale ambicja znowu podziałała i uległem 🙂
I tak oto w październiku pojawiliśmy się na starcie biegu na Pustyni Błędowskiej. Aura była dosyć przeciętna. Lekki deszcz, kilka stopni na plusie, hektary piachu i kilkuset uczestników.
Bieg rzeczywiście nie był łatwy. Już na samym początku trzeba było biec około kilometr przez strumyk po kolana w lodowatej wodzie. Później był już głównie piach i wiatr, który mocno utrudniał bieg i wychładzał organizm. Nie powiem, że było łatwo. Podobnie jak w trakcie zabrzańskiego biegu, moim największym wrogiem było wychłodzenie organizmu. Jednak cel jaki mieliśmy osiągnąć oraz wsparcie kolegi spowodowały, że udało mi się ukończyć bieg.

No i zostaliśmy Weteranami Runmageddon! 😀

Z tego miejsca chciałbym Was szczerze zachęcić do przeżycia przygody, jaką jest bieg z przeszkodami. Wiele osób reaguje na liczby, np. „6 km?! W życiu tyle nie przebiegnę!”, ale uwierzcie mi, że to tylko blokada w Waszej głowie. Po sześciu kilometrach miejskiego biegu koleżanki, które najbardziej obawiały się tego dystansu były wręcz zdziwione, że to już koniec. Trzeba też pamiętać, że to nie jest bieg ciągły. Przeszkody zmuszają do zwolnienia lub nawet zatrzymania, w trakcie którego organizm ma chwilę odpoczynku. Tak że z pełną odpowiedzialnością mogę polecić każdemu wypróbowanie się na dystansie 6 km, aby zobaczyć, jak wygląda taki bieg i jakie towarzyszą mu emocje.

Dajcie znać jeśli chcielibyście więcej wpisów na temat biegów terenowych! 🙂


Udostępnij:
Oceń artykuł:
5 (100%) 1 vote