WYBIERZ DYSCYPLINĘ SPORTU

Jambo i Hakuna Matata! Czy zdobycie Kilimandżaro to tylko i wyłącznie kwestia pieniędzy?

25 listopad 2019
#PORADY
#SPRZĘT

O Kilimandżaro (5895 m n.p.m.) marzyłem już od dłuższego czasu. Po Mont Blanc (4810 m n.p.m.) i Elbrusie (5642 m n.p.m.), właśnie Kilimadżaro miało być moim trzecim szczytem z tak zwanej rozszerzonej Korony Ziemi. Tym bardziej z niecierpliwością oczekiwałem wyjazdu na Dach Afryki. Na temat tej góry mówi się dużo dobrego, ale i złego. Z tej drugiej strony, określana jest ona jako  komercyjna, wiecznie zatłoczona, prosta do zdobycia i jednocześnie bardzo droga. Nie zważając na te opinie, ja osobiście nastawiłem się na wielką, afrykańską przygodę i realizację kolejnego marzenia.


Żeby zwiększyć prawdopodobieństwo wejścia na szczyt, zdecydowałem się na sześciodniowy wariant zdobycia góry, w którym po czterech dniach podchodzenia i aklimatyzowania się, piątego dnia następuje atak szczytowy, a szóstego powrót. Według statystyk parku, wydłużenie podejścia z pięciu na sześć dni, podnosi odsetek liczby zdobywców z 50% na 75% co mocno do mnie przemawiało. Pozostało już tylko zweryfikować te dane na własnej skórze.

Dzień 1

Kilimandżaro zdobywać będziemy drogą Marangu (inaczej zwaną Coca Colą), więc przygoda zaczyna się na wysokości ok 1980 m n.p.m. przy Marangu Gate. Cała nasza polska grupa liczy 26 osób. Jak się dowiadujemy na starcie, do obsługi tak licznego grona, agencja afrykańska która zaopiekuje się nami w trakcie trekkingu, wydeleguje 51 osób. Wśród nich jest Geofrey- główny przewodnik, 10 przewodników asystentów, 3 kucharzy, 3 kelnerów i 34 porterów- tragarzy. Tak to właśnie wygląda na Kilimandżaro. Inaczej góry tej nie da się zdobyć. Możliwe jest to wyłącznie z afrykańską agencją, która gwarantuje pełny serwis.

Fot 1. Tomasz Habdas | Dzień 1 – droga przez las deszczowy

W trakcie gdy nasze duże bagaże są rozdzielane porterom, a następnie ważone przed bramą, my dopełniamy ostatnich formalności i wpisujemy się do księgi wejść do parku. Następnie przekraczamy słynną Marangu Gate i rozpoczynamy tą afrykańską przygodę. Dzisiejsza trasa to krótki spacer mierzący zaledwie 12 km w trakcie których pokonamy ok. 700 metrów wzwyż. W trakcie marszu dowiadujemy się, że trzy najważniejsze zasady w trakcie zdobywania Kilimandżaro to: pić bardzo dużo, jeść ile tylko się da, oraz „pole pole”. Pole w języku suahili oznacza „powoli” i właśnie to ma zagwarantować nam wejście na szczyt. Szybko przekonujemy się, jak w praktyce wygląda zasada pole pole, bo odcinek 12 kilometrów pokonujemy w prawie 5 godzin, a nasi przewodnicy co chwilę nas spowalniają wspominając, że nie ma po co się spieszyć. Trasa wiedzie cały czas przez las deszczowy, więc na górskie widoki nie mamy co liczyć. Możemy jednak podziwiać ciekawe rośliny i drzewa, znacznie różniące się od tych występujących w Polsce.

Pogoda na całe szczęście dopisuje. W powietrzu czuć wilgoć ale jest bardzo ciepło. Co chwilę mijają nas porterzy z plecakami i worami na głowach, którzy szybszym krokiem podchodzą do kolejnych obozów. Wkrótce i my osiągamy pierwszy obóz – Mandara Hut (2700 m n.p.m.), gdzie spędzimy dzisiejszą noc. Dostajemy duży, dwudziestoosobowy pokój mieszczący się tuż nad jadalnią. Reszta zakwateruje się w małych domkach z czteroosobowymi izbami. W obozie nie brakuje oczywiście toalety, więc warunki i standard jak na 2700 m są tutaj bardzo przyzwoite. Jeszcze przed kolacją otrzymujemy miskę gorącej wody, dzięki której możemy przynajmniej w jakimś stopniu umyć się po tym pierwszym dniu trekkingu.

Już przy pierwszej kolacji przekonujemy się, że głodni na Kilimandżaro nie będziemy i że zasada jeść dużo, jest tutaj bardzo poważnie traktowana. Po posiłku Geofrey – główny dowodzący, opowiada nam, co czeka nas kolejnego dnia i czego możemy się spodziewać. Resztę wieczoru spędzamy na rozmowach przy herbacie, ale mając na uwadze, że sen jest również dla nas bardzo ważny, wcześnie kładziemy się w śpiworach i kończymy ten pierwszy dzień na Kilimandżaro.

Dzień 2

Dzisiaj czeka nas trasa około 15 km drogi oraz nieco ponad 1000 metrów przewyższenia. Celem jest Horombo Hut, czyli drugi obóz znajdujący się na wysokości 3720 m n.p.m.. Kończymy śniadanie, uzupełniamy wodę do bukłaków, oddajemy duże plecaki porterom i opuszczamy Mandaru Hut. Pierwsze kilometry prowadzą nadal przez las deszczowy, ale drogę umilają nam małpy, które wysoko pomiędzy gałęziami spoglądają z ciekawością na nas. Na wysokości około 3100 metrów wychodzimy w końcu z lasu. Nie oznacza to jednak, że zieleń znika z naszego otoczenia. Dookoła rośnie bardzo dużo niskich krzewów, traw oraz pojedynczych drzewek, które swoim kształtem przypominają niskie palmy. W tak egzotycznych okolicznościach organizujemy sobie przerwę na lunch, w miejscu do tego w pełni przystosowanym (wiaty z ławeczkami i toalety). Po raz kolejny uświadamiam sobie jak bardzo droga na Kilimandżaro jest zaplanowana, przemyślana i dobrze zorganizowana przez tutejsze władze parku.

Fot 2. Tomasz Habdas | Dzień 2 – wychodzimy z lasu

Ostatnie kilometry dzisiejszej trasy pokonujemy w lekkim deszczu. Póki co nie mieliśmy okazji podziwiać widoków z góry oraz panoram, bo wszystko pod nami jest w chmurze. Co jak co, ale październik w tej części Afryki to pora deszczowa, więc na takie warunki jesteśmy przygotowani. Późnym popołudniem dochodzimy do obozu, do Horombo Hut i podobnie jak dzień wcześniej, po wpisaniu wszystkich do księgi, kwaterujemy się w pokojach. Toaleta, kolacja, odprawa, krótki odpoczynek i wreszcie sen- tak wyglądać będą wszystkie wieczory na Kilimandżaro.

Fot 3. Tomasz Habdas | Dzień 2 – bujna roślinność na wysokości ponad 3000 m n.p.m

Dzień 3

Ten dzień poświęcimy głównie na aklimatyzację. Bez pośpiechu, godzinę po śniadaniu ruszamy na krótki spacer na wysokość około 4100 metrów do tak zwanych Zebra Rocks, czyli formacji skalnych, które swoim kolorem faktycznie przypominają zebrę. W wyśmienitych nastrojach, z muzyką w tle puszczaną na głos przez naszych przewodników, kierujemy się w stronę przełęczy pomiędzy Kibo oraz Mawenzi. Cały masyw Kilimandżaro składa się z trzech wierzchołków, trzech wygasłych wulkanów: Shira (3940 m n.p.m.), Mawenzi (5150 m n.p.m.) i wreszcie Kibo z najwyższym punktem Uhuru Peak (5895 m n.p.m.). Te dwa ostatnie wzniesienia towarzyszą nam od samego poranka, a ja zaczynam myśleć o tym, jak ciekawą przygodą musi być również zdobycie Mawenzi.

Fot 4. Tomasz Habdas | Dzień 3 – wschód słońca w Horombo Hut

Podpytuję Geofreya o ten masyw, na co on odpowiada że technicznie jest to znacznie trudniejsza droga niż Uhuru Peak, ale oczywiście jak najbardziej możliwa do przebycia. Teraz jednak pora by skupić się na Kibo. Koniec naszej dzisiejszej wycieczki to punkt widokowy, z którego podziwiamy całą jutrzejszą trasę oraz najwyższy masyw Kilimandżaro w pełnej okazałości. Nasz ostateczny cel sprawia ogromne wrażenie.

Fot 5. Tomasz Habdas | Dzień 3 – Horombo Hut i wierzchołek Kibo w tle

Czujemy już mocno jego bliskość, ale i lekką obawę czy w tych kluczowych momentach wszyscy damy radę. Trzy pierwsze dni to tak naprawdę przyjemne spacerki, jednak dwa kolejne przyniosą zapewne większe zmęczenie ale i to czego najbardziej się obawiamy- chorobę wysokościową. Każdy z nas liczy na to, że powolne zdobywanie góry oraz stosowanie się do wskazówek naszych przewodników, pomoże nam w osiągnięciu szczytu. I z takim nastawieniem wracamy do obozu, by przygotować się do kolejnego dnia.

Dzień 4

Wczesnym rankiem, tuż po śniadaniu opuszczamy Horombu Hut i rozpoczynam wymarsz do ostatniego obozu – Kibo Hut (4700 m n.p.m.). Tego dnia zapewne odczujemy już skutki przebywania na dużej wysokości, być może nawet pojawią się pierwsze objawy choroby wysokościowej.

Fot 6. Tomasz Habdas | Dzień 3 – panorama na Tanzanię

Droga do Kibo Hut to kolejna, zupełnie nowa odsłona Kilimandżaro. Po deszczowym lesie i zielonej sawannie, teraz przyszła pora na nieco pustynny i trochę marsjański klimat panujący na wysokości powyżej 4000 m. Po naszej lewej stronie towarzyszy nam cały czas Kibo, a po prawej Mawenzi. Gdzieś w oddali widać już domki w obozie, ale te jak na złość, bardzo powoli zbliżają się do nas. Za to z każdym kolejnym metrem wzwyż widzę po sobie oraz po kolegach i koleżankach, ze wysokość zaczyna nam doskwierać.

Fot 7. Tomasz Habdas | Dzień 4 – „Las” palm powyżej 4000 m n.p.m

Co niektórzy znacznie zwolnili kroku, grupa mocno nam się rozprasza, a ja czuję jak mój oddech staje się co raz głębszy. Również krótkie dialogi z innymi połączone z marszem pod górę, powodują lekką zadyszkę. Około godziny 15:00 docieramy do Kibo Hut. Trzeci obóz nie różni się zbyt wiele od poprzednich. Noc spędzimy w murowanym budynku, w wieloosobowych pokojach. Dwie istotne różnice to oczywiście dużo niższa temperatura wynikająca przede wszystkim z wysokości oraz fakt, że w tym obozie nie ma wody, więc cały jej zapas został tutaj wniesiony przez porterów.

Fot 8. Tomasz Habdas | Dzień 4 – trasa do Kibo Hut z widokiem na główny cel

Popołudnie i wieczór w Kibo Hut jest bardzo krótkie. Wyjątkowo wcześnie jemy kolację, by zaraz po niej odbyć ostatnią, najważniejszą odprawę. Geofrey tłumaczy nam, jak będzie wyglądał atak szczytowy i jak mamy się na ten dzień przygotować. Chwilę rozmawiamy, tak aby każdy był gotowy na zdobycie szczytu. Gdy wreszcie wszystko zostaje wyjaśnione, nasi przyjaciele z afrykańskiej agencji na koniec spotkania przypominają, że wszystko będzie ok, że jesteśmy w pełni gotowi, że mamy ich wsparcie w trakcie całej trasy i że jutro zdobędziemy nasz upragniony cel. Tak podbudowani próbujemy zasnąć jeszcze przed godziną 19, bo ta noc do najdłuższych nie będzie należeć.

Fot 9. Tomasz Habdas | Dzień 4 – Porterzy z bagażami

Dzień 5

Jeszcze zanim budzik zdążył zadzwonić o godzinie 23:00, do pokoju zagląda jeden z kelnerów i delikatnie daje nam do zrozumienia, że pora wstać. Cieszę się, że udało mi się zasnąć na te 3-4 godziny  dzięki czemu oddzieliłem poprzedni dzień od obecnego (choć teoretycznie nadal mamy ten sam dzień). Szybkie „śniadanie” w postaci herbaty i popcornu, toaleta, dopakowanie plecaków i równo o 24 zgodnie z planem, wszyscy stawiamy się przed budynkiem. Zapalamy czołówki i możemy zaczynać atak szczytowy. Niebo rozświetla miliony gwiazd, ale trochę niepokoi mnie fakt, że Kibo póki co pokryte jest chmurą. Bardzo możliwe zatem, że na górze czekają nas trudne warunki.

Już poprzedniego dnia widzieliśmy, że droga na szczyt różnić będzie się od tego, co spotykało nas do tej pory. Nachylenie stoku po którym się wspinamy jest znacznie większe niż to poniżej 4800 m. Wydeptana ścieżka prowadzi zygzakami, dzięki czemu nie odczuwamy aż tak bardzo stromizny zbocza. Jeszcze przed wysokością 5000 m n.p.m. grupa mocno się rozprasza i widać, jak bardzo ta wysokość wpływa na niektórych z nas. Na szczęście razem z nami podąża na szczyt 16 osób z agencji, więc nie ma mowy o tym, żeby ktoś pozostał bez opieki. Nasi przewodnicy i porterzy zabierają plecaki od najbardziej zmęczonych, motywują do dalszej drogi i są niewątpliwie największym wsparciem w tych coraz trudniejszych momentach. Sam przesuwam się powoli na przód naszej grupy, bo czuję że wolne tempo bardzo źle na mnie wpływa. Idąc powoli robię się senny, oczy mi się zamykają, a głowa podpowiada by położyć się na kilka minut.

Fot 10. Tomasz Habdas | Dzień 5 – Ludzie lodu na szczycie

Na szczęście delikatne przyspieszenie rozbudza mnie, ale po 10 minutach takiego marszu, zaczyna mnie mdlić. Potrzebuję odpoczynku. Zresztą wszyscy co kilkadziesiąt metrów potrzebujemy chwili przerwy. Kilimandżaro pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Zaczynam rozumieć skąd biorą się statystyki dotyczące wejścia na szczyt. Póki co myśl o odwrocie nie pojawia się ani na sekundę w mojej głowie, ale jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, zastanawiam się po co mi to wszystko. Po co góry wysokie, które powodują wielkie zmęczenie, mdłości, bóle głowy, senność. Przecież w Europie i na świecie jest tyle pięknych szczytów poniżej 4000. Z tymi myślami w głowie dochodzę do Gilmans Point (5681 m n.p.m.), czyli miejsca które kończy strome podejście po zboczu, a rozpoczyna ścieżkę wzdłuż krateru najwyższego wierzchołka Kilimandżaro. Jeden z przewodników – Edwin informuje nas, że zostało nam około godziny drogi, ale podejście będzie teraz bardzo delikatne, prawie jak po płaskim.

 Myślałem że najgorsze już za mną, jednak dopiero teraz choroba wysokościowa postanowiła zaatakować najbardziej. Nigdy wcześniej w górach aż tak nie chciało mi się spać, jak w tym momencie. Nogi stawiają kolejne kroki, a głowa ma ochotę odpłynąć. Powieki są bardzo ciężkie, oczy mi się zamykają a ciało ma ochotę położyć się na śniegu, którego dookoła jest co raz więcej, i choć przez 10 minut poleżeć. Oczywiście wiem, że to najgłupsza rzecz jaką mógłbym zrobić w tym momencie, więc walczę z sennością wypatrując z niecierpliwością upragnionego szczytu.

Warunki atmosferyczne wokół nas zmieniły się diametralnie. Jesteśmy w chmurze, o widokach możemy zatem zapomnieć. W zamian za to szczyt zagwarantował nam niską temperaturę i delikatny opad mokrego, zmarzniętego śniegu, który powoduje że wyglądamy jak ludzie z lodu. Jest ciężko i widzę to nie tylko po sobie, ale i po każdym uczestniku grupy. Tylko nasi przyjaciele z agencji wyglądają na takich, którym te warunki i wysokość nie są straszne. Z tego co rozmawiałem z niektórymi z nich, to potrafią oni w ciągu miesiąca zdobywać Kilimandżaro 2, a nawet 3 razy. O aklimatyzację nie muszą się zatem martwić.

Wreszcie, ku radości chyba każdego z nas, docieramy do trzeciej, ostatniej tablicy (druga to Stella Point na wysokości 5739 m n.p.m.) informującej że jesteśmy na Uhuru Peak (5895 m n.p.m.) czyli najwyższym punkcie Afryki. Czuję się jakby dosłownie w tym momencie zadzwonił budzik i wyrwał mnie ze snu. Odżywam, nabieram energii i rozglądam się za pozostałymi. Nadal wokół nas panują dosyć trudne i nieprzyjemne warunki, więc czekamy chwilę na resztę grupy, robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i zgodnie z poleceniem naszych przewodników, rozpoczynamy zejście. Jeszcze na kraterze mijamy się z pozostałymi członkami naszej paczki i dopingując ich, wspominamy że są bardzo blisko i że za chwilę będą na szczycie.

Zgodnie z książkową teorią na temat choroby wysokościowej, z każdym kolejnym metrem niżej, czujemy się znacznie lepiej. Zmęczenie jednak jest tak duże, że część osób korzysta z pomocy afrykańskich przyjaciół, którzy dosłownie sprowadzają ich na dół. Sam osobiście czuję się dobrze i choć jestem mocno zmęczony, to żwawo krok za krokiem podążam w stronę Kibo Hut. W połowie zejścia dociera do mnie co właśnie się wydarzyło. Zdobyłem Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki, mój trzeci z Korony Ziemi. Spełniło się moje kolejne marzenie. Pokonałem dotychczasową granicę wysokości i doznałem czegoś zupełnie nowego dla mojego organizmu. Takiej wersji choroby wysokościowej jeszcze nigdy nie miałem. Uśmiech nie schodzi mi z ust. Jestem bardzo zadowolony i w cudownym nastroju dochodzę do obozu trzeciego. W Kibo chwilę odpoczywamy, co dla większości oznacza nadrabianie snu. Ja natomiast wypatruje kolejne osoby z naszej grupy i wkrótce przekonuję się o tym, że cała grupa, czyli 26 osób zdobyła tego dnia szczyt. Czuję jeszcze większą radość i dumę z naszej paczki. Co więcej sam Geofreya zauważa, że taka frekwencja na szczycie rzadko się zdarza. Późnym popołudniem schodzimy do Horombo Hut i bardzo zmęczeni ale ogromnie szczęśliwi kończymy ten długi dzień w ciepłych śpiworach.

Dzień 6

Mam wrażenie, że Kilimandżaro zostawiło dla nas na koniec jeszcze inne, dotąd nieznane oblicze tej góry. W solidnym deszczu, cali przemoczeni pokonujemy drogę aż do Marangu Gate. Tam, wypisujemy się z księgi wejść i wyjść i na koniec tej przygody, żegnamy się i dziękujemy całej ekipie z afrykańskiej agencji, która niewątpliwie bardzo przyczyniła się do naszego sukcesu. Chłopaki spisali się na medal i gdyby nie ich pomoc, to część z nas z pewnością nie zdobyłaby szczytu. Poza słowami uznania i podziękowaniami, swoją wdzięczność wyrażamy również poprzez napiwki oraz prezenty w postaci odzieży górskiej, czapek, rękawiczek czy też kijków trekkingowych.  Cieszymy się, że przynajmniej w taki sposób możemy się odwdzięczyć za to, co te ponad 50 osób robiło dla nas przez minione 6 dni.

W drodze na szczyt zastanawiałem się po co mi to wszystko. Dlaczego pcham się w wysokie góry, gdy można spokojnie chodzić sobie po tych niższych. Tymczasem już na drugi dzień po zejściu ze szczytu, uznałem, że chętnie wrócę na Kilimandżaro i gdy tylko nadarzy się taka okazja, to jej nie odrzucę. Wyprawa na Dach Afryki, zgodnie z tym co wcześniej sobie zakładałem, okazała się niesamowitą przygodą. Było egzotycznie, było inaczej, było przygodowo ale i momentami trudno. Uhuru Peak może sprawić duże trudności osobom, które zlekceważą proces aklimatyzacji i zasady, które wpajane są tutaj od pierwszego dnia. Jeżeli jednak od samego początku stosować będziemy się do tego, co mówią nam nasi przewodnicy, to przy naszej pracy, włożonym wysiłku oraz przy odrobinie szczęścia, marzenie się spełni. Dodatkowo mamy szansę na zawarcie wspaniałych znajomości i nowych przyjaciół z centralnej części Afryki. Tą górę zdecydowanie warto odwiedzić.

Wykorzystany w trakcie wyprawy sprzęt

KURTKA TREKKINGOWA TREK 500 MĘSKA FORCLAZ

Po ponad rocznym użytkowaniu tej kurtki, mogę śmiało stwierdzić, że jest to kurtka do zadań specjalnych.

Plusy:

  • Materiał i membrana, która przy nawet solidnej ulewie, jak do tej pory pozwalała mi pozostać suchym pod kurtką.
  • Wygodny, obszerny krój, który sprawia, że kurtka jest idealna jako warstwa najbardziej wierzchnia. Sprawę mocno ułatwiają też ściągacze na rękawach oraz u dołu kurtki. Duży kaptur z kolei pomieści głowę z kaskiem w trakcie wspinaczki.
  • Długie wywietrzniki pod pachami pozwalają na nieco ochłody przy wyższej temperaturze.

Minusy:

  • Dostępna tylko w dwóch kolorach, w dodatku nieco nudnych ?

SPODNIE TREKKINGOWE 2 W 1 TREK 500 MĘSKIE FORCLAZ

Plusy:

  • Elastyczność, spodnie bardzo dobrze dopasowują się do ciała, dzięki czemu gwarantują swobodę ruchów. Co więcej, nawet po kilku dniach noszenia, materiał nie rozciąga się a spodnie nie wiszą na nogach jak worki.
  • Liczne kieszenie pozwalają na przechowywanie drobiazgów niezbędnych podczas wspinaczki górskiej,
  • Materiał z jednej strony bardzo dobrze izoluje ciepło, co gwarantuje utrzymanie optymalnej temperatury nóg (wiosna/jesień), z drugiej strony jest na tyle cienki, że nawet w pełnym słońcu dolna część ciała nie przegrzewa się.
  • Odpinana nogawka, która posiada dodatkowy zamek wzdłuż łydki, powoduje że nie musimy ściągać butów, gdy chcemy odpiąć nogawki.

Autor: Tomasz Habdas
Instagram: W szczytowej formie
Blog: W szczytowej formie

Wyjazd został zorganizowany przez Klub Podróżników Soliści. Więcej o klubie znajdziesz tutaj 🙂

Polub artykuł
Komentarze Chmurka komentarza
Udostępnij
NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

TURYSTYKA / TREKKING

[MATERIAŁ WIDEO] Jak przygotować się do wyjścia w góry?

[MATERIAŁ WIDEO] Jak przygotować się do wyjścia w góry?
TURYSTYKA / TREKKING

Zobacz jakie buty trekkingowe będą najlepsze dla Ciebie!

Zobacz jakie buty trekkingowe będą najlepsze dla Ciebie!
TURYSTYKA / TREKKING

Wyprawa na Główny Szlak Beskidzki. Relacja, trasa i etapy przejścia!

Wyprawa na Główny Szlak Beskidzki. Relacja, trasa i etapy przejścia!

ŚLEDŹ
DECATHLONPOLSKA
NA INSTAGRAM

#SprawdzaSiewSporcie #SportzDecathlon #PasjaDoSportu