WYBIERZ DYSCYPLINĘ SPORTU

Zdobyć poddasze Austrii - Relacja z wejścia na Wildspitze

28 czerwiec 2019

Skoro powiedziało się w Tyrolu A, a nawet B, to wypadałoby ciągnąć dalej ten górski alfabet i penetrować kolejne austriackie szczyty. Zachęcony widokami, jakie podziwiałem z Groβvenedigera (3657 m n.p.m.) i najwyższego w Austrii Groβglocknera (3798 m n.p.m.) opisanego w relacji na Decablogu, bez wahania przyjąłem spontaniczną propozycję znajomych, by wybrać się na drugi co wysokości szczyt w Austrii, czyli Wildspitze.

Relację z wejścia na Groβglockner opisałem w tym materiale.

Przygoda rozpoczyna się w środę popołudniu w Krakowie, skąd cała nasza czwórka rusza w stronę Alp. Zbliża się długi weekend, zakładając zatem, że w polskich górach nastąpi oblężenie, cieszę się, że my uciekamy kilkaset kilometrów dalej na zachód. Szybko przedostajemy się do Czech a nawet dalej do Austrii, ale tu droga zaczyna nam się dłużyć. Nasz cel bowiem znajduje się po drugiej stronie tego kraju, blisko granicy z Włochami i Szwajcarią. Finalnie, nad ranem około godziny 7 meldujemy się w Vent – miasteczku, z którego będziemy ruszać na szczyt.

Fot 1. Tomasz Habdas | Miasteczko Vent posiada typowy dla Tyrolu klimat

Zanim jednak postawimy pierwsze kroki na szlaku, rozglądamy się za miejscem, gdzie możemy zjeść śniadanie. Z pomocą przychodzi pobliska piekarnia, oferująca poza świeżym pieczywem, zestawy śniadaniowe do spożycia na miejscu. Moim łupem pada kawa i dwie bułki z dodatkami, które muszą zaspokoić mój niemały apetyt. Przyjemność ta kosztuje około 5 euro, ale dzięki temu czuję, że odzyskałem trochę siły przed podejściem do schroniska.

Fot 2. Tomasz Habdas | Już kilkadziesiąt metrów nad Vent można podziwiać piękne panoramy

Stojąc na parkingu i przepakowując po raz ostatni plecaki, patrzymy z lekkim zawahaniem na kolejkę, która może nas zabrać na wysokość około 2500 m n.p.m. Pokusa jest dosyć duża, przede wszystkim dlatego, że całą noc spędziliśmy w samochodzie i żaden z nas nie wyspał się wystarczająco. Ostatecznie tylko kolega, który prowadził najdłużej samochód decyduje się wjechać kolejką do pierwszej stacji, a więc na wysokość około 2300 m n.pm. Po krótkich negocjacjach z panem obsługującym krzesełka, udaje nam się przemycić dodatkowo plecaki na wyciągu, co pozostałej trójce znacznie ułatwia pierwsze podejście do góry.

Fot 3. Tomasz Habdas | Póki co pogoda pozwala nam na luźniejszy i lekki ubiór

Znaki u podnóża doliny pokazują, że do dzisiejszego celu, czyli schroniska Breslauer Hütte (2844 m n.p.m.) mamy około 2,5 godziny. Oznacza to, że po pierwsze nie musimy się nigdzie spieszyć. Po drugie, będziemy mieć sporo czasu na regenerację i odsypianie w schronisku. Pierwsze kroki i pierwsze metry wzwyż przychodzą nam z dużą łatwością. Śmiejemy się, że bez plecaków to można chodzić, nawet po nieprzespanej nocy. Droga cały czas trawersuje zbocze pod kolejką, rozglądamy się zatem, czy przypadkiem któryś z naszych bagaży nie wypadł w trakcie tej jazdy. Naszą uwagę szybko odciąga stadko baranów, które pasie się na naszej trasie i nie bacząc na nas, skubie kolejne źdźbła trawy. Postanawiamy wykorzystać ten fakt i spędzamy około 30 minut na sesji zdjęciowej z alpejskimi barankami. Efekty są zachwycające, a my zadowoleni podążamy dalej, do stacji kolejki, gdzie czeka już na nas kolega Rafał.

Fot 4. Tomasz Habdas | Austriackie barany chętnie pozują do wspólnych zdjęć.

Zanim zarzucimy na siebie ciężkie plecaki i już z balastem skierujemy się do schroniska, robimy sobie krótką przerwę na drugie śniadanie i pogaduchy. Analizujemy ruch na szlaku i ilość napotkanych osób. Austriacy również obchodzą dzisiaj święto ale nie widać tego zbyt szczególnie tutaj w Alpach. Kilka dni wcześniej, gdy dzwoniliśmy do schroniska, usłyszeliśmy, że wszystkie pokoje są zajęte i pozostały jedynie duże izby wieloosobowe. Być może dopiero wyżej i później spotkamy większą ilość wspinaczy. Póki co, możemy cieszyć się Alpami w ciszy, i spokoju. Ruszamy dalej, ponieważ nad nami pojawiają się pierwsze chmury, które popołudniu mogą przynieść opady deszczu. A wyżej śniegu.

Fot 5. Tomasz Habdas | Można złapać na fotkę nawet małą rodzinkę

Druga część wędrówki, pomimo dodatkowego bagażu na plecach, nadal pozostaje przyjemnym spacerem. Dosyć szybko naszym oczom ukazuje się Breslauer Hütte, czyli miejsce, gdzie dzisiaj zakończymy trekking. Po drodze podziwiamy Vent z wysoka oraz majestatyczną dolinę oddzielającą nas od naprzeciwległych szczytów. Pojawia się również pierwszy śnieg, a konkretnie małe płaty, które nie stanowią żadnego zagrożenia czy też problemu. Pokonujemy je i po niespełna 3 godzinach od wyjścia z parkingu meldujemy się pod schroniskiem.

Fot 6. Tomasz Habdas | Doliny w Alpach robią ogromne wrażenie

Krótka rozmowa z obsługą w bufecie przynosi nam nowe możliwości w postaci noclegu w pokojach dwuosobowych. Uznajemy, że po nocnej podróży, odrobina górskiego luksusu dobrze nam zrobi. Dorzucając do tego obiadokolację, śniadania następnego dnia i uwzględniając zniżkę dla członków Alpenverein, ten luksus kosztuje nas po 49 euro na głowę. Samo schronisko jest bardzo dużym obiektem z dobrą infrastrukturą. Jest tu możliwość wzięcia prysznica za dodatkową opłatą oraz ciekawa oferta posiłków i napojów we wspomnianym wcześniej bufecie. Jest wczesna godzina a nasza kolacja serwowana będzie dopiero po 17, toteż decydujemy się na krótką drzemkę i odpoczynek.

Fot 7. Tomasz Habdas | Również i tutaj widać zmiany klimatyczne i śniegu w wysokich partiach jest co raz mniej

Chwilę przed 17 wyrywa nas ze snu odgłos budzika. Asekuracyjnie ustawiłem alarm w telefonie bo szkoda byłoby przespać kolację, na którą wydało się tyle euro. Pani w bufecie podaje nam krótkie menu i informuje, co możemy wybrać sobie do jedzenia. Poza zupą pomidorową i deserem (czekoladowy budyń) przysługuje nam jedno z trzech dań: gulasz, spaghetti bolognese oraz danie jarskie, którego nazwy nie zapamiętałem bo od razu je odrzuciłem. Dopełnieniem tego zestawu jest pyszne piwo z gatunku weizenbier (czyli piwo pszeniczne), które za każdym razem w austriackich Alpach smakuje mi wyjątkowo.

Po kolacji spędzamy jeszcze chwilę w sali z pozostałymi wspinaczami. Trochę osób zeszło się do schroniska w drugiej połowie dnia, ale nadal nie jest ich bardzo dużo. Zastanawiamy się czy wszyscy zamierzają atakować jutro szczyt, tym bardziej, że zgodnie z prognozami, warunki mocno się pogorszyły i od kilku godzin solidnie pada na zewnątrz. Strony internetowe wskazują, że możemy liczyć na krótkie przejaśnienie jutro do południa, musimy zatem wykorzystać w pełni tę okazję. Umawiamy się na śniadanie o 5:30 i ruszamy w stronę pokojów żeby odespać w pełni ostatnią noc.

Fot 8. Tomasz Habdas | Alpy budzą się do życia w nowym dniu

Śniadanie zaserwowane w Breslauer Hütte miało w sobie wszystko, co powinno mieć śniadanie wysoko w górach. Było treściwe, nieograniczone i w wariancie na słodko oraz wytrawnie. Dodatkowo dwa ogromne gary herbaty napełniły nasze termosy, które z pewnością przydadzą się na lodowcu. Zgodnie z planem o szóstej rano opuszczamy schronisko i z lekko odchudzonymi plecakami (zbędne rzeczy pozostały w depozycie) ruszamy w stronę szczytu. Do pokonania mamy dzisiaj niecałe 1000 metrów w pionie. Czasowo nie powinno nam to zająć dużo, ale już teraz na niebie widoczne są liczne chmury, które w drugiej połowie dnia przyniosą opady. Obchodzimy schronisko z lewej strony i szybko wchodzimy do głębokiego kotła tuż pod główną granią Wildspitze.

Już tutaj wkraczamy na pierwszy lodowiec (Rofenkarferner), a daleko przed nami dostrzegamy trzy grupy, które zmierzają w tym samym kierunku co i my. Pamiętając o bezpieczeństwie na lodowcu, ubieramy się w uprząż, kask,  raki i związujemy się liną. Na końcu kotła wyrasta przed nami stroma i wysoka ściana, która zaprowadzić ma nas na przełęcz Mitterkarjoch (3470 m n.p.m.), skąd według mapy i przewodnika, czeka nas już tylko lekki spacer na szczyt. Jeszcze z dołu widzimy, że śnieżna ściana skutecznie spowolniła zespoły przed nami, toteż pełni ekscytacji sami wkraczamy w ten odcinek trasy.

Fot 9. Tomasz Habdas | Podejście przez pierwszy lodowiec

Jak się szybko okazuje nie taki straszny diabeł jak go malują i po kilku trawersach i podejściach, jesteśmy już z lewej strony żlebu, gdzie musimy dokonać wyboru co do dalszej drogi. Możemy iść dalej drogę po skałach z metalowymi poręczówkami lub obejść je z boku po płytkiej warstwie śniegu, ale przy większym nachyleniu niż pierwszy wariant. Ostatecznie wybieramy śnieg, który z pewnością lepiej będzie trzymał raki i dzięki temu sprawnie przedostajemy się na wieńczącą tą część trasy przełęcz. Pierwsze co rzuca nam się w oczy, to piękna panorama na drugą stronę, a zatem na kierunek północno - zachodni. Na szczęście chmury wiszą na niebie dosyć wysoko, dzięki czemu w trakcie tej krótkiej przerwy możemy nacieszyć się widokiem na niekończące się szczyty Alp. Nie tylko my odpoczywamy w tym miejscu, bo dokładnie to samo robią wszystkie pozostałe zespoły, które widzieliśmy przed sobą. Postanawiamy wykorzystać chwilę i wyprzedzić wszystkich, tak żeby przynajmniej przez chwilę delektować się samotnością na szczycie. Pozostało nam już tylko do pokonania duże pole lodowcowe (Taschachferner), podejście do kolejnego kotła i wspinaczka granią do szczytu.

Fot 10. Tomasz Habdas | Chwilowe przejaśnienia pozwalają podziwiać nam Alpy z najlepszej strony

Już po przekroczeniu progu wyższego kotła dostrzegamy krzyż na grani z prawej strony który zwiastuje nasz cel. Szybko docieramy do grani, gdzie czeka nas na zakończenie trochę wspinaczki mikstowej. Wreszcie, po niecałych czterech godzinach stajemy pod krzyżem, na szczycie drugiego najwyższego szczytu Austrii - Wildspitze. Pogoda jest dla nas w połowie łaskawa. Nie mamy przysłowiowej lampy ani perfekcyjnego widoku, ale wiejący wiatr co chwilę rozgania chmury wokół nas ukazując to, co Alpy mają nam do zaoferowania. A mają dużo atutów, co tylko potwierdza panorama widoczna ze szczytu. Patrząc w dół widzimy pozostałe zespoły podchodzące na grani w naszym kierunku, mamy zatem jeszcze kilka minut samotności przy krzyżu. Pora na pamiątkowe zdjęcia, szybkie jedzenie i przygotowanie się do zejścia.

Fot 11. Tomasz Habdas | Gorąca herbata na lodowcu zawsze dodaje energii

Droga w dół, pomimo narastającego zmęczenia, zajmuje nam dużo mniej czasu. Zatrzymujemy się na chwilę w schronisku, żeby zabrać pozostawione rzeczy, zjeść szybko lunch i rozpocząć zejście do Vent. Na parkingu meldujemy się wczesnym popołudniem i postanawiamy spędzić tą noc również w Tyrolu, bo aż żal stąd wyjeżdżać. Po tej podróży zdecydowanie mogę powiedzieć, że Austria zachwyciła mnie po raz kolejny, i z każdą kolejną wizytą w tym kraju, zakochuje się w nim co raz bardziej. Do zobaczenia zatem za rok J

Wykorzystany sprzęt

KURTKA SOFTSHELL ALPINISM LIGHT MĘSKA SIMOND

  • Kurtka idealnie nadaje się jako warstwa wierzchnia na wiatr i lekki deszcze.
  • Dopasowany krój wpływa mocno na komfort w trakcie podchodzenia, a obszerny kaptur pomieści głowę wraz z kaskiem.
  • Podwójny suwak pozwala na zachowanie ciepła przy zapiętej kurtce oraz dostanie się do uprzęży od dołu, gdy jest taka potrzeba.

Fot 12. Tomasz Habdas | Im wyżej, tym lepsze widoki

BUTY ALPINISM SIMOND

  • Buty zdecydowanie nadają się do turystyki letniej w Alpach na lodowcu
  • Idealnie współpracują z rakami paskowymi, a ich twardość gwarantuje że stopa nie będzie się zginać i nie wpłynie to na obniżenie bezpieczeństwa na szlaku.
  • Jednocześnie buty mają optymalną wagę i gabaryty co nie męczy stopy podczas podejścia dolinami i zejścia gdy raki nie są potrzebne.
  • Do butów koniecznie należy założyć stuptuty, szczególnie przy wysokim lub topniejącym śniegu.

Fot 13. Tomasz Habdas | Po drugiej stronie przełęczy dostrzegamy to co wcześniej zasłaniała nam grań

RAKI MAKALU PASKOWE SIMOND

·       Raki idealnie współpracują z wyżej opisanymi butami Alpinism Simond, ale ich szerokie koszyki pozwalają na dopasowanie do większości trekkingowych butów zimowych.

·       Wysokie zęby gwarantują lepszą przyczepność do podłoża, szczególnie w terenie bardziej stromym. Jednocześnie wymaga to większego skupienia w trakcie stawiania kroków w warunkach mikstowych.

·       Raki wyposażone w antiboty przeciwdziałające gromadzeniu się śniegu co zwiększa bezpieczeństwo i komfort podchodzenia na lodowcu.

Fot 14. Tomasz Habdas | Mamy szczyt!

Autor: Tomasz Habdas
Instagram: W szczytowej formie

Polub artykuł
Komentarze Chmurka komentarza
Udostępnij
NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE ARTYKUŁY

TURYSTYKA / TREKKING

Jak dbać o kurtkę puchową?

Jak dbać o kurtkę puchową?
TURYSTYKA / TREKKING

[MATERIAŁ WIDEO] Jak przygotować się do wyjścia w góry?

[MATERIAŁ WIDEO] Jak przygotować się do wyjścia w góry?
TURYSTYKA / TREKKING

A może by tak Tatry Słowackie?

A może by tak Tatry Słowackie?

ŚLEDŹ
DECATHLONPOLSKA
NA INSTAGRAM

#SprawdzaSiewSporcie #SportzDecathlon #PasjaDoSportu