Pik Korżeniewskiej i Pik Komunizma - relacja z wyprawy! - Wszystko dla sportu
top
9 lutego 2019
41

Do uzyskania rosyjskiego wyróżnienia alpinistycznego – Śnieżnej Pantery, wymagane jest zdobycie 5 siedmiotysiętyczników, któe kiedyś znajdowały się w granicach byłego ZSRR. Mowa o Piku Pobiedy, Chan Tengri, Piku Lenina, Piku Komunizma i Piku Korżeniewskiej. Przeczytajcie relację z wyprawy na dwa ostatnie spośród wymienionych szczytów!

 

W wyprawie uczestniczyły 3 osoby: Radosław Woźniak, Paweł Mazur i Piotr Dąbrowa. Paweł i Radek wcześniej zdobyli wspólnie Pik Lenina. Po wyprawie na Pik Komunizma i Korżeniewskiej, Radosław zdobył również Chan Tengri. W tym roku prawdopodobnie spróbuje podbić ostatni szczyt Śnieżnej Pantery – Pobiedę! 🙂

Przedstawiamy relację Radka Woźniaka z całej wyprawy. Poniżej znajdziecie kilka słów komentarza i krótkie podsumowania ze strony Piotra – pasjonata alpinizmu, na co dzień pracującego w Decathlon Radom.

Sobota, 16 lipca

Wylądowaliśmy na lotnisku w Dushanbe. Pierwsza informacja jaka do nas dotarła dotyczyła zamknięcia lotniska w Istambule 3 godziny po naszym odlocie z niego – mieliśmy więc sporo szczęścia. Z lotniska odebrał nas znajomy Piotrka, Afzal mieszkający w Dushanbe, a niegdyś studiujący w Berlinie.

Jego pomoc pozwoliła nam dość szybko pozałatwiać niezbędne sprawy w stolicy Tadżykistanu, takie jak zakupy i transport. Po kilku godzinach już siedzieliśmy w samochodzie (Opel Astra 2, wypchana po brzegi) i jechaliśmy w kierunku Jirgital. Po drodze nasz kierowca zabrał nas na tradycyjny obiad, który był wydawany z okazji zaręczyn w jego rodzinie.

Po południu tego samego dnia dotarliśmy do Jirgital, gdzie na kilka dni zamieszkaliśmy w opuszczonym budynku starego lotniska z którego miał nas zabrać helikopter.

Niedziela-wtorek, 17-19 lipca

Trzy dni spędzone na zwiedzaniu Jirgital, jedzeniu i dużej ilości snu. Każdego poranka mieliśmy nadzieję, że pogoda pozwoli na loty śmigłowca do bazy. Codzienne rozczarowanie związane z wpatrywaniem się w stojący przed nami helikopter, który nie odlatywał. Podczas tego dnia do Jirgital dotarło 80 osób, które też chciały dostać się do bazy na Polanie Moskvina. Mnóstwo dzieci bawiących się na lotnisku i traktujących nas jak atrakcję turystyczną, nie odstępowało nas na krok. Te dni nauczyły nas cierpliwości.

Środa, 20 lipca

Pogoda idealna. Od godziny 5 rano ruch na lotnisku. Pakowanie, ważenie i o 6 rano odleciała pierwsza tura. Nasza nadzieja na dostanie się do bazy tego dnia szybko została rozwiana, gdy szef agencji oznajmił nam, że dzisiaj nie lecimy.

Byliśmy na końcu jego długiej listy. Pierwszeństwo mieli wspinacze z wykupionymi pakietami. Oglądaliśmy więc jak kolejne osoby odlatują do bazy, mimo że byliśmy tu pierwsi. Zrezygnowani siedzieliśmy na lotnisku. Wtedy Piotrek postanowił po raz ostatni zapytać czy może jednak znajdzie się dla nas miejsce.

Ku naszej uciesze pracownik agencji stwierdził że nasza skromna 3-osobowa ekipa zmieści się w następnym locie za 5 minut. Ekspresowe pakowanie i po chwili siedzieliśmy w helikopterze lecąc do bazy. Po 20 minutach byliśmy na miejscu. Po szybkiej rejestracji, znaleźliśmy idealne miejsce dla nas na rozbicie obozowiska. Trochę pracy nad platformą pod namiot i już po chwili w spokoju podziwialiśmy piękne widoki, w tym fantastycznie prezentujący się Pik Komunizma. Ten zwariowany dzień minął nam naprawdę szybko.

 

Fot 1. Piotr Dąbrowa | Lot do bazy Moskvina

 

Czwartek, 21 lipca

Dzień spędzony na rozbudowywaniu infrastruktury naszego małego obozu w bazie. Poznajemy uroki otoczenia. Kilka rozmów z innymi ekipami. Ogólnie dzień „restowy”.

 

 

Organizm musi się przystosować do tak szybko zdobytej wysokości.

 

Fot 2. Piotr Dąbrowa | Nasz Base Camp z Pikiem Korżeniewskiej (7105m n.p.m.) w tle

 

Piątek, 22 lipca

Pierwsze nasze wyjście do góry. Plecaki wypchane po brzegi. Każdy z nas ma po 22 kg. To wszystko dlatego, że chcemy wynieść jak najwięcej sprzętu. Droga do obozu pierwszego zwanego C1 okazuje się być męcząca z dwóch powodów. Po pierwsze: często prowadzi sypkimi piargami, które są bardzo niebezpieczne. Co chwilę koło nas przelatują kamienie zrzucone przez kogoś idącego przed nami. Po drugie: oprócz podejścia zdarzają się też zejścia, przez co wytracamy wcześniej osiągniętą wysokość.

 

Fot 3. Piotr Dąbrowa | Pik Komunizma (7495m n.p.m.)

 

Mimo że baza jest na wysokości 4 200 m n.p.m., a C1 na 5 100 m n.p.m., to tego dnia robimy na pewno więcej niż 1000 m wzniosu. W obozie pierwszym znajdujemy już praktycznie ostatnie miejsce pod namiot wśród skał. Reszta ekip, które przychodzą po nas musi się rozbijać na lodowcu. W C1 mamy dostęp do rzeki lodowcowej skąd pobieramy wodę na herbatę, a tej pijemy sporo. Robimy też coś do jedzenia i kładziemy się spać, Podejście z bazy na tę wysokość zajęło nam 7 godzin. Jak na pierwszy raz i z pełnym bagażem, całkiem nieźle.

 

Fot 4. Piotr Dąbrowa | Krótki trudniejszy fragment na drodze do C1

 

Sobota, 23 lipca

Po szybkim śniadaniu w C1 schodzimy w 2,5 godziny do bazy. Popołudnie wykorzystujemy na odpoczynek i uzupełnienie wody w organizmie. Pić trzeba dużo i często bo w tych warunkach łatwo się odwodnić. Po nocy na 5 100 m n.p.m. wszyscy czujemy się bardzo dobrze. Zasypiamy o 21.

 

Fot 5. Piotr Dąbrowa | Obóz I (5100m n.p.m.)

 

Niedziela, 24 lipca

Dzień  „restowy”. Odpoczywamy, każdy na swój sposób. Czy to czytając książkę, słuchając muzyki czy spacerując i obmyślając plan działania na kolejne dni. Dzień spędzamy na leniuchowaniu, oczywiście poza chodzeniem po wodę i gotowaniem.

Poniedziałek, 25 lipca

Z samego rana wyruszamy do góry. W naszym planie jest założenie obozu drugiego (C2), a może nawet obozu trzeciego (C3). Plecaki mamy ciężkie, bo każdy po 18 kg. Mimo tego do C1 docieramy bardzo szybko, bo po około trzech godzinach. Wyruszyliśmy wcześnie i idziemy szybkim tempem, bo tego dnia chcemy przenieść namiot z C1 do C1 wyższego, które znajduje się na wysokości 5300 m n.p.m. Do pokonania jest jeszcze poszarpany i słabo oznaczony lodowiec.

 

Fot 6. Piotr Dąbrowa | Raki Vampire Simond by Decathlon

 

Chwilę po południu meldujemy się w C1 wyższym i rozbijamy namiot. Wieczorem mierzymy sobie saturację. U Piotrka pulsoksymetr wskazuje dużo niższe wartości niż u mnie i Pawła, co może oznaczać wolniejszą aklimatyzację w jego przypadku. Czekamy do rana na decyzję czy idzie do góry z nami czy schodzi.

 

Fot 7. Piotr Dąbrowa | Podejście lodowcem z C1(5100m n.p.m.) do C1 wyższego (5300m n.p.m.)

 

Wtorek, 26 lipca

Dzień zaczyna się od złej informacji. Wskazania pulsoksymetru nie kłamały. Piotrek czuje się źle i zmuszony jest schodzić do bazy. Już we dwójkę razem z Pawłem ruszamy do góry. W planie zakładamy dojście na wysokość 6 100 m n.p.m. i założenie C3, z pominięciem C2, które zwykle stoi na wysokości 5 600 m n.p.m.

 

Fot 8. Piotr DąbrowaSoftshell Alpinism Light Simond by Decathlon i Raki Vampire Simond by Decathlon

 

Tempo niestety mamy słabe, idziemy na ciężko, a dodatkowo Pawłowi coraz gorzej się oddycha.

 

 

Nie udaje nam się dotrzeć powyżej 6 tysięcy metrów, natomiast na wysokości 5 800 m n.p.m. na półce pod skałami znajdujemy miejsce na namiot i tam postanawiamy się rozbić, planując dojście do C3 następnego dnia.

 

Fot 9. Piotr Dąbrowa | Softshell Alpinism Light Simond by Decathlon

 

Miejsce, w jakim się rozbijamy jest urokliwe i bardzo ciekawe. Wiszące skały nad głowami sprawiają wrażenie jakby miały za chwilę odpaść. Zasypiamy w dobrych nastrojach i z dobrym samopoczuciem.

 

Fot 10. Piotr Dąbrowa | Paweł i Radek przygotowują się do wyjścia z C1 wyższego (5300m n.p.m.)

 

Środa, 27 lipca

Budzimy się rano i jemy szybkie śniadanie. Paweł od rana nie czuje się najlepiej. Podejmujemy więc decyzję, że zacznie schodzić na dół, a ja wniosę namiot i depozyt do C3, gdyż czuję się całkiem dobrze. Mamy ze sobą oraz Piotrkiem, który zszedł już do bazy, cały czas kontakt poprzez radiotelefony. Paweł powoli schodzi w dół, a ja w międzyczasie docieram na przełęcz na 6 100 m n.p.m., gdzie rozbijam i okopuję namiot. Mało miejsca i zlodowaciały śnieg sprawiają że męczę się przy tym strasznie. Przez chwilę planuję nawet zostać tu na noc. Niestety informacja z dołu od Piotrka o mającej się pogorszyć pogodzie zmusza mnie do rozpoczęcia schodzenia w dół. Droga mija mi bardzo szybko, idzie mi się dobrze, więc w C1 doganiam Pawła. Razem schodzimy do bazy, w której Piotrek informuje nas, że czuje się już bardzo dobrze. Na najbliższe dni planujemy odpoczynek.

Czwartek-piątek 28-29 lipca

Odpoczywamy. Ładujemy baterie, te w naszych organizmach jak również w sprzęcie elektronicznym. Obserwujemy też prognozy pogody. Wyjście planujemy wstępnie na sobotę lub niedzielę. Siedząc w bazie nawiązujemy bliższy kontakt z kilkoma ekipami, ale przede wszystkim z sympatycznym Polakiem Skibą, który w tym sezonie zdobył już Pik Lenina. Rozmawiamy też z Andrzejem Bargielem i jego ekipą, który wraz z Canal + Discovery realizuje swój plan pobicia rekordu w zdobyciu Śnieżnej Pantery. Na ten moment wydaje nam się to jak najbardziej realne. Czas jaki wykręcił wchodząc i zjeżdżając z Pik Korżeniewskiej wyglądają jak z kosmosu, w stosunku do nas. Jest do czego dążyć i na kim się wzorować. Życie bazowe mija nam bardzo przyjemnie. Robimy sobie wspólne obiady z Pawłem i Piotrkiem, głównie makaron lub kaszę z sosami i kabanosami lub jakimś innym mięsem. Odpowiednio doprawione smakuje naprawdę dobrze.

Sobota, 30 lipca

Z rana docierają do nas bardzo dobre informacje na temat pogody na najbliższe dni. Planujemy więc jeszcze tego samego dnia wyjście do C1. Pakujemy się więc i jemy syty obiad. O 16 ruszamy do góry. Po raz kolejny w miarę szybko pokonujemy drogę do obozu pierwszego. Meldujemy się tam ok. 19-20. My z Piotrkiem śpimy w naszym namiocie. Paweł zajmuje natomiast wolny namiot stojący obok. Ten manewr jest często stosowany w górach wysokich. Dzięki temu jest lepszy komfort spania. Nigdy nikt ze wspinaczy nie ma z tym problemu. My również często użyczamy nasz namiot.

Niedziela, 31 lipca

Rano z ciężkimi już plecakami ruszamy do góry w celu dotarcia na 5 600 m n.p.m. i rozbiciu tam namiotu. Każdy idzie swoim tempem. Kiedy jestem na wysokości 5300 m n.p.m. dociera do mnie informacja, że Paweł zawraca z powrotem do C1, źle się czuje, ale jest w stanie samotnie zejść w dół. Mimo tych informacji docieram do C2, gdzie rozbijam i okopuję namiot. Godzinę później dociera do mnie Piotrek. Paweł w tym czasie podejmuje decyzję o zejściu do bazy. Przed zaśnięciem wraz z Piotrkiem obserwujemy akcję sprowadzania jednego z Irańczyków, który ma problemy z zejściem z powodu choroby wysokościowej. Na szczęście towarzyszą mu koledzy oraz przewodnicy którzy akurat byli w pobliżu.

Poniedziałek, 1 sierpnia

Na ten dzień z Piotrkiem zaplanowaliśmy dojście do wyższego obozu trzeciego na 6 300 m n.p.m., po drodze zabierając namiot z 6 100 m n.p.m., który rozbiłem kilka dni wcześniej. Jako że planowałem kolejnego dnia atakować szczyt, wyruszyłem dość wcześnie, aby zdążyć wypocząć w C3 wyższym. Piotrek nie miał odpowiedniej aklimatyzacji i nie czuł się na siłach, aby atakować szczyt, mógł więc wyruszyć dopiero kiedy promienie słońca ogrzewały już stok. Odcinek ten był dobrze zabezpieczony przez liny poręczowe. Za ich pomocą szybciej mi się poruszało. Sprawnie dotarłem do C3, gdzie odkopałem namiot i ruszyłem do C3 wyższego. Tam też udało mi się dotrzeć w miarę szybko. Dzięki temu znalazłem jeszcze bardzo dobre miejsce pod namiot, który rozstawiłem i okopałem. W tym momencie stały tylko dwa namioty. Z godziny na godzinę namiotów zaczęło przybywać co oznaczało, że więcej ekip na następny dzień planowało atak szczytowy. Dotarł również Piotrek. Zjedliśmy kolację, gotowaliśmy i odpoczywając podziwialiśmy piękne widoki, jakie z tej wysokości się prezentowały. Widać było też szczyt Piku Korżeniewskiej oraz drogę na niego, co szczególnie przykuwało moją uwagę w kontekście wyjścia na drugi dzień. Około 21 zasnęliśmy.

 

Fot 11. Piotr Dąbrowa | Grań Piku Korżeniewskiej poniżej C3 (w dole widać obóz C3 niższy na 6100m n.p.m.). W tle Pik Komunizma

 

Wtorek, 2 sierpnia

Obudziłem się o 5:30 i rozpocząłem przygotowania do wyjścia, czyli gotowanie wody na śniadanie i na drogę. Szybko wskoczyłem w ubrania puchowe, dzięki czemu mogłem znieść panujący mróz, a ten oscylował wokół -20 stopni. Szybko się zebrałem i jeszcze w lekkim mroku wyruszyłem do góry. Okazało się, że reszta ekip woli pospać do wschodu słońca. Przede mną szło tylko dwóch Duńczyków. Mieli oni trochę pracy do wykonania bo z powodu mocniejszego wiatru i lekkiego opadu ślady były zasypane lub zawiane. Niestety mnie też nie ominęła przyjemność torowania momentami, gdyż ślady szybko zawiewało. Z szybkim oddechem, jakbym biegł przez kilka godzin sprintem, pokonywałem kolejne metry. Gdzieś w połowie drogi dogoniła mnie mocna ekipa 3 rosyjskich wspinaczy i już praktycznie z nimi podążałem na szczyt. Po drodze uzupełniałem braki energetyczne tylko żelami gdyż nic innego mi już nie „wchodziło”. Na szczycie stanąłem o godzinie 13:00, a więc po 6,5 godzinach ciężkiej walki z wiatrem, śniegiem, ale przede wszystkim z samym sobą. Po raz kolejny udało mi się przesunąć jakieś granice w sobie i zmusić organizm do takiego wysiłku, przyznaję dawno albo nawet nigdy się tak nie zmęczyłem. Na szczycie chwila euforii w samotności, gdyż Rosjanie byli tu chwilę wcześniej. Podziwianie widoków i masa zdjęć oraz filmów. Czułem wtedy, że warto trenować i poświęcać swój czas na przygotowania, aby później cieszyć się takimi chwilami jak ta. Tak się złożyło, że na szczycie Pik Korżeniewskiej stanąłem równo dwa lata po zdobyciu mojego pierwszego szczytu ze „Śnieżnej Pantery”, a więc Piku Lenina. Dokładnie 2 sierpnia 2014 r. rozpocząłem realizację mojego marzenia o zdobyciu prestiżowego tytułu przyznawanego za zdobycie 5 siedmiotysięczników byłego ZSRR. Dwa z nich w tym momencie miałem już za sobą. Moje oczy i myśli od razu skierowały się w stronę Piku Komunizma. Odtąd myślałem już tylko o nim. Obydwa szczyty leżą blisko siebie i mój przyszły cel stąd prezentował się fantastycznie. Schodząc już do C3 myślałem o tym co mnie będzie czekać za kilka dni, a więc próba wejścia w stylu alpejskim na najwyższy szczyt Pamiru. Prawdziwe wyzwanie było dopiero przede mną. Pik Korżeniewskiej z całym szacunkiem dla niego jest łatwiejszą technicznie górą od Piku Komunizma.

 

Fot 12. Radosław Woźniak | Szczyt Piku Korżeniewskiej (7105m n.p.m.)

 

Dotarłem do namiotu tak zmęczony, że zdecydowałem tego dnia już nie schodzić niżej. Ponadto kolejny nocleg na wysokości 6 300 m n.p.m. to kolejny punkt do mojej aklimatyzacji. W międzyczasie, kiedy ja atakowałem szczyt, Piotrek zszedł do bazy. Dzięki temu noclegowi po odpoczynku mógł przy kolejnym wyjściu bezproblemowo atakować szczyt. Wniosłem tu sobie odtwarzacz MP3, dzięki czemu przy dźwiękach ulubionej muzyki położyłem się spać.

Środa, 3 sierpnia

Wcześnie rano ruszam w dół. Chcę jak najszybciej dotrzeć do bazy, aby rozpocząć regenerację przed wyjściem na Pik Komunizma. W miarę szybko, bo w 6 godzin, zszedłem do bazy, gdzie gratulacjami przywitali mnie koledzy z ekipy. Paweł trochę odpoczął i na następny dzień planował wyjście do góry. Razem zjedliśmy „wypasiony” obiad. Tego wieczoru razem siedzimy w mesie z innymi ekipami i planujemy kolejne dni obserwując prognozy pogody.

Czwartek, 4 sierpnia

Pospaliśmy bardzo długo, zjedliśmy śniadanie, a zaraz po tym obiad, ponieważ na 14:00 Paweł zaplanował wyjście w górę. Piotrek w planie ma ruszyć następnego dnia bezpośrednio do C2, gdzie mają się spotkać razem z Pawłem. Ja głównie odpoczywam i planuję atak na drugi z siedmiotysięczników. Paweł wyruszył z lekkim opóźnieniem. Kontakt zaplanowaliśmy na godzinę 19:00. Popołudnie z Piotrkiem spędzamy leniwie. O 19:00 nawiązujemy kontakt z Pawłem. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu poinformował nas, że za 15 minut będzie w bazie. Po chwili, gdy doszedł do bazy wyjaśnił, że powróciły problemy zdrowotne i nie był w stanie iść do góry. Zjedliśmy kolację i z masą pytań w głowie położyliśmy się spać. Nasza sytuacja nieco się skomplikowała. Piotrek miał sam atakować szczyt Korżeniewskiej, ja sam miałem atakować Pik Komunizma, a zdrowie Pawła to była wielka niewiadoma.

 

Fot 13. Radosław Woźniak | Plateau pod Pikiem Komunizma

 

Piątek, 5 sierpnia

Budzimy się około 7 rano. Piotrek dopakowuje ostatnie rzeczy i rusza do góry w celu zdobycia szczytu. Jesteśmy pewni, że mu się powiedzie, ponieważ prezentuje się bardzo dobrze fizycznie. Ten dzień z Pawłem spędzamy na obmyślaniu taktyki na kolejne dni, między innymi kiedy mam wyruszyć do góry.

Sobota, 6 sierpnia

Kolejny dzień restowy. Podczas tego kilkudniowego pobytu w bazie dużo rozmawiamy z innymi ekipami w celu dowiedzenia się kto ma w planie w najbliższym czasie ruszyć na Pik Komunizma. Okazuje się, że duża część wspinaczy odpuszcza go, satysfakcjonując się zdobyciem tylko Piku Korżeniewskiej i uznając za zbyt ryzykowną próbę ataku. Dziwi mnie ta informacja, być tak blisko i nawet nie spróbować, nie mieści się to w moich kategoriach działania. Udaje mi się w końcu wstępnie umówić na wyjście z dwoma Turkami, które planujemy na niedzielny wieczór. Pogoda na najbliższe dni ma być dobra, choć nie idealna.

Niedziela, 7 sierpnia

Po dobrze przespanej nocy, rozpoczynam przygotowania do wyjścia. Skrupulatnie wybieram co zabrać. Niczego nie może mi zabraknąć, ale też nie mogę mieć zbyt dużo rzeczy. Planuję w 3-4 dni w stylu alpejskim, wszystko nosząc ze sobą na plecach zdobyć najwyższy szczyt Pamiru. Warto podkreślić pomoc zaprzyjaźnionego w bazie Polaka Skiby, który użycza mi swojego namiotu. Nasze szturmowe wszystkie zostały na zboczach Piku Korżeniewskiej. Po zjedzeniu dużego obiadu wyruszam wraz z dwoma Turkami około 18-stej do bazy wysuniętej pod Pikiem Komunizma, która znajduje się godzinę drogi od bazy właściwej. To z niej jutro wyruszymy do góry.

Poniedziałek, 8 sierpnia

Wstaję o 4:30 i o umówionej z Turkami godzinie 5:00 jestem gotowy do wyjścia. Zauważam, że nie są oni jeszcze gotowi, a co najgorsze jeszcze śpią. Stwierdzam więc, że nie mam na co czekać, skoro są tak niezorganizowani i podejmuję decyzję o samotnym tego dnia dojściu do C2, które znajduje się na wysokości 6 100 m n.p.m. Plan ambitny, bo zakładający w jeden dzień pokonanie 1700 metrów przewyższenia i osiągnięcie wierzchołka Piku Borodkina, który jest po drodze na Pik Komunizma. Jestem gotowy w 100% na takie przyśpieszone działanie, duża ilość treningów oraz dobra aklimatyzacja sprawiają, że podnoszę sobie nieco poprzeczkę.  Tego dnia przede mną wyruszyło dwóch Duńczyków, których poznałem wcześniej. Doganiam ich jednak w miarę szybko. Pomimo ostrego podejścia tempo mam bardzo dobre. Początkowo droga wjedzie śnieżno-lodowym stokiem oraz częściowo po skałach. Natomiast od wysokości 5 100 m n.p.m. jest już to ciężka walka z zapadającym się pod nogami śniegiem. W najbardziej stromych momentach są zawieszone poręczówki co sprawia że jest dużo bezpieczniej. Po 13 godzinach docieram na Pik Borodkina. W międzyczasie zepsuła się pogoda, a osoby które tego dnia podążały za mną rozbiły się na wysokości 5 300 m n.p.m. Przyszło mi więc najbliższą noc spędzić samemu. Rozbijam więc i okopuję moją lekką jedynkę. Szybka kolacja i do spania.

 

Fot 14. Radosław Woźniak | Pik Komunizma – wierzchołek (7495m n.p.m.)

 

Wtorek, 9 sierpnia

Pobudka o 6:00 rano. Szybkie śniadanie, pakowanie i po chwili schodzę z Piku Borodkina 300 metrów w dół na sławne Pamirskie Plato. Tak jak czytałem w relacjach przed wyprawą, jest niesamowite. Długie i szerokie na kilka kilometrów robi ogromne wrażenie. Tak duża „pustynia” śnieżna na takiej wysokości to naprawdę rzadkość w górach. Po chwilowej przerwie na sesję zdjęciową ruszam stokami Piku Dushanbe do góry. Jest to kolejny wierzchołek, który trzeba osiągnąć w drodze na szczyt Komunizma. Idzie się bardzo ciężko. Odczuwam trud wczorajszego podejścia. Do tego muszę sobie przecierać ścieżkę, gdyż ślady po ekipach, które wcześniej próbowały zdobyć szczyt są już zawiane. Momentami zapadam się po kolana. To wszystko oraz załamanie pogody, które przynosi świeży opad śniegu sprawia, że docieram tego dnia do wysokości 6 500 m n.p.m., gdzie rozbijam namiot. Planowałem dotrzeć nieco wyżej, ale w tych warunkach dobre i to. Kolejny dzień szedłem kompletnie sam. Dopiero pod koniec dnia zauważyłem kilka osób które dotarły na Pik Borodkina i byli dzień drogi za mną. Mocno sypie, więc przed zaśnięciem co jakiś czas muszę odkopywać namiot. Gdy przestaje sypać, zasypiam.

Środa, 10 sierpnia

Nocny opad śniegu sprawił, że obawiam się czy w ogóle uda mi się dotrzeć do wysokości 7 000 m n.p.m., gdzie planuję rozbić kolejny obóz. Wyruszyłem więc mocno do góry. Tego dnia na szczęście dopisują mi siły i nawet z tym ciężkim plecakiem droga mija mi sprawnie. Około godziny 14:00 docieram na Pik Dushanbe i rozbijam namiot. Pierwszy mój biwak na tak dłużej wysokości (prawie 7 tys. metrów) zapowiada się ciekawie, bo po raz kolejny samotnie. Wrażenie przebywania 3 dni w takich warunkach w samotności bardzo ciekawe. Jest czas na przemyślenia i zastanowienie się nad tym co w życiu ważne.  Wstępnie na następny dzień planuję atak szczytowy. Popołudniowy opad śniegu, temperatura -20 st. Celsjusza, ale przede wszystkim prognoza pogody, jaką dostaję od chłopaków z dołu zasiała niepewność w moich planach. Zacząłem się zastanawiać czy uda mi się wejść w ogóle na szczyt. Prognoza przewiduje silny wiatr, temperaturę około -30 stopni i opad ponad 30 cm śniegu. Wiedziałem, że w takich warunkach może być ciężko wejść na szczyt. Postanowiłem jednak podjąć decyzję o próbie tym bardziej, że z pogodą w górach bywa różnie i może akurat jutro mi dopisze szczęście i prognoza się nie sprawdzi.

Czwartek, 11 sierpnia

Dzień ataku szczytowego. Kompletnie niepewny pogody postanowiłem jednak spróbować. Myślałem, że atak będę musiał przeprowadzić sam, a to zapewne byłoby bardzo ciężkie do zrealizowania. Na szczęście, kiedy już byłem prawie gotowy do wyjścia, ku mojemu bardzo dużemu zdziwieniu zajrzał do mojego namiotu gość. Był to Rosjanin Anatol, który poprzedniego dnia dotarł do wysokości 6 800 m n.p.m., gdzie rozbił się wraz z trójką znajomych, a skąd dzisiaj wyruszyli na szczyt. Na początku myślałem że mam omamy. Ucieszyłem się, że nie muszę iść sam. Do tego pogoda wbrew prognozom była całkiem dobra. Co prawda było trochę chmur, lecz brak opadu oraz mocnego wiatru dawały nadzieje na powodzenie akcji.

 

Fot 14. Radosław Woźniak | Widok ze szczytu – bezcenne!

 

Zanim zdążyłem się spakować do końca, Anatol ruszył do góry. Wystartowałem więc z 20 minutową stratą. Na początek 200 metrów zejścia na przełęcz, z której dopiero rozpoczyna się właściwe podejście do góry. Szedłem bardzo mocnym tempem, chciałem dogonić Rosjanina, aby pomóc mu torować w świeżym śniegu, który musieliśmy pokonać w drodze na szczyt. Mimo to nie byłem w stanie przez pierwsze 2 godziny go dogonić, tak szybkim tempem się poruszał. Koncentracja musiała być nastawiona na 100%, ponieważ poruszaliśmy się w bardzo stromym terenie bez lin poręczowych, w niepewnym śniegu. Po około 5 godzinach podejścia dotarliśmy na grań wiodącą na wierzchołek. Tutaj zmieniłem Anatola na prowadzeniu i wziąłem się za przecieranie w bardzo głębokim śniegu, w kierunku szczytu. Czapa śnieżna po której się poruszałem była w ogóle nie zmrożona z tej strony grani, co spowodowało że walczyłem około godziny zanim dotarłem na szczyt.

Udało się! W końcu, po 6 godzinach podejścia, już w psującej pogodzie stanąłem na wierzchołku. Moje wielkie kolejne marzenie i cel najważniejszy tego wyjazdu się ziściły. Stałem samotnie na Piku Komunizma (7 495 m n.p.m.), najwyższym szczycie Pamiru i najwyższym z wszystkich potrzebnych do „Śnieżnej Pantery”. Okazał się on bardzo trudny, najwięcej jednak musiałem walczyć ze swoimi słabościami, z ciągłym namawianiem mojego organizmu do jeszcze większego wysiłku. Byłem bardzo szczęśliwy. W tym sezonie na szczycie nie stanęło zbyt wiele ekip. Po 15 minutach dotarł do mnie towarzysz mojej walki, a więc Anatol. Podziękowaliśmy sobie wzajemnie za współpracę i kawał włożonej pracy przecieranie drogi do szczytu. Gdyby nie ta współpraca nie wiem czy udało by mi się zdobyć wierzchołek w tych warunkach. Kilka zdjęć, filmów i rozpoczęliśmy zejście. Osiągnięcie szczytu to dopiero połowa sukcesu, trzeba jeszcze bezpiecznie zejść, a jak wiadomo ze statystyk najwięcej wypadków zdarza się właśnie w zejściu. Godzinę po nas na szczyt weszło jeszcze trzech Rosjan.

 

Fot 15. Radosław Woźniak | Po nas na szczyt weszło jeszcze 3 Rosjan

 

Zejście okazało się bardzo męczące. Świeży śnieg oraz mocny wiatr sprawiały że ślady zaczęły szybko zanikać. Do tego chmury które sprawiały że widoczność zrobiła się na kilka metrów. Momentami, jako że schodziłem pierwszy musiałem szukać drogi zejścia. Mimo to udało mi się już pod wieczór dotrzeć do namiotu. Za około godzinę po mnie zeszła grupa wspomnianych już Rosjan. Powiadomiłem przez radiotelefon chłopaków w bazie o sukcesie i bardzo zmęczony położyłem się spać.


Piątek, 12 sierpnia

Optymistyczny plan zakładał zejście do bazy bezpośrednio z wysokości 7 tys. metrów. Po drodze czkało mnie 300 metrów podejścia na Pik Borodkina oraz przejście Pamirskiego Plato, na którym spodziewałem się masy świeżego śniegu. Brałem więc pod uwagę, że jeśli będę szedł zbyt wolno będzie potrzebny biwak. Wyruszyłem więc z samego rana w dół. Okazało się, że mój organizm posiadał jeszcze dość spore rezerwy. Narzuciłem sobie więc szybkie tempo. W godzinę udało mi się zejść 1000 metrów w dół na plato. Tutaj czekała na mnie miła niespodzianka. Wiejący wiatr przewiał większość świeżego śniegu ze ścieżki, dzięki czemu sprawnie pokonałem ten odcinek i rozpocząłem podejście pod Pik Borodkina. W normalnych warunkach, na świeżości takie podejście nie stanowiłoby dla mnie większego problemu. Jednak był to już piąty dzień na zboczach Piku Komunizma i jechałem już na rezerwach w związku z tym męczyłem się niemiłosiernie. Kiedy udało mi się wejść na wierzchołek Piku Borodkina, zrozumiałem że powinienem zdążyć jeszcze tego dnia dojść do bazy, a to dodało mi sił. Odtąd do bazy schodziłem już bardzo szybko. Na końcówce zejścia dałem chłopakom znać, że jestem blisko bazy. Zrobili mi oni niespodziankę wychodząc w mim kierunku i witając mnie szampanem. Było mi bardzo miło, że panowie pomimo swoich problemów na tej wyprawie potrafili się cieszyć razem ze mną sukcesem. Posiedzieliśmy dobrą godzinę na skałach przed bazą rozmawiając o wydarzeniach ostatnich dni, po czym udaliśmy się do bazy, gdzie w końcu zjadłem porządny obiad i zasnąłem jak dziecko.

Sobota, 13 sierpnia

Mieliśmy nadzieję, że tego dnia uda nam się odlecieć z bazy do Jirgital, pogoda jednak nie pozwalała na loty śmigłowca. Dzień minął głównie na odpoczynku i gotowaniu. Wieczorem spędziliśmy miło czas w mesie bawiąc się w rytm Tadżyckiej muzyki.

Niedziela, 14 sierpnia

Z samego rana obudził nas dźwięk lądującego helikoptera, który zabierał pierwszą turę wspinaczy. My musieliśmy się zabrać kolejnym lotem jak się okazało, w związku z tym spakowaliśmy się w godzinę. Po pożegnaniu z bazą w 20 minut dolecieliśmy do Jirgital, gdzie po raz kolejny postanowiliśmy zorganizować sobie transport na własną rękę. Siła dolara jest tu bardzo duża, więc szybko udało nam się znaleźć chętnego Tadżyka, który swoją Astrą 2 postanowił za 60 dolarów zawieźć nas do Dushanbe. Udaliśmy się bezpośrednio na lotnisko w celu zmiany biletów, które mieliśmy dopiero na 22 sierpnia. Udało nam się zmienić termin powrotu na 18 sierpnia, dzięki czemu zostało nam trochę dni na zwiedzenie Tadżykistanu. Czekanie do 22 byłoby zbyt długie biorąc pod uwagę małą ilość atrakcji.

Poniedziałek-wtorek, 15-16 sierpnia

Przez te dwa dni głównie zwiedzamy Dushanbe, poznajemy uroki Tadżyckiej kultury, próbujemy dużo potraw z lokalnej kuchni, które zresztą bardzo nam smakują. W hostelu wieczorami przesiadujemy rozmawiając z innymi podróżnikami, którzy przybyli do stolicy Tadżykistanu. Między innymi spotykamy grupę trzech Polaków, którzy przybyli w celu przejechania na motocyklach słynnej Pamir Highway. Bardzo fajny wypad, którego trochę im zazdrościmy. Nie da się jednak robić wszystkiego.


Środa, 17 sierpnia

Na ten dzień zaplanowaliśmy wypad za miasto. Udajemy się więc 200 kilometrów od Dushanbe na północ, gdzie podziwiamy uroki pięknego jeziora oraz wodospadu o tej samej nazwie Iskandarkul. Wieczorem po powrocie do hostelu robimy pożegnalną skromną imprezkę, podczas której omawiamy plany na naszą działalność w górach wysokich. Bo nikt z nas nie ma wątpliwości, że jeszcze w nie wrócimy.

Czwartek, 18 sierpnia

O 5 rano wylatujemy z Dushanbe, by po przesiadce w Istambule, po południu wylądować w Pradze. Do stolicy Czech przyjeżdża po nas Marysia, dzięki której dostajemy się do Polski w ekspresowym tempie. Swoją drogą nie mam pojęcia jak ten nasz cały bagaż zmieścił się do jej małej Fiesty.

Podsumowanie:

W mojej ocenie wyprawa zakończyła się sukcesem, gdyż udało się zdobyć obydwa szczyty. Lekki niedosyt pozostawia to, że nie wszystkim nam się to udało. Możemy tu mówić o braku szczęścia, przede wszystkim w przypadku Piotrka, któremu nie dopisała pogoda i warunki śniegowe podczas jego ataku na Pik Korżeniewskiej. Jeśli chodzi natomiast o Pawła, jest to bardziej skomplikowana sytuacja dotycząca jego zdrowia, na którą nie miał wpływu, bo objawiła się dopiero na wyprawie. Przygotowanie fizyczne całej naszej trójki uważam za bardzo dobre, logistycznie i sprzętowo też niczego nam nie brakowało. Mieliśmy wszystko dobrze rozpracowane. Współpraca między nami układała się również bardzo dobrze, o czym świadczyć może fakt, że przez ponad 30 dni nie doszło między nami do żadnej kłótni, co jest rzadkością na takich wyprawach.

Podziękowania:

Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim osobom oraz instytucjom, które wsparły mnie w realizacji mojego marzenia. Bez Was nie miał bym możliwości spełniania moich ambitnych planów. Dziękuję Gminie Skawina za wsparcie finansowe, Gabinetowi Fizjo-Center za opiekę nad moim zdrowiem podczas przygotowań do wyprawy, firmie Medyk24.pl za podarowany sprzęt, Supleman za wsparcie wyprawy w żele i batony energetyczne, Decathlon Polska za otrzymany sprzęt i odzież. Pracowni sprzętu alpinistycznego „Małachowski” za wsparcie w odzież puchową, a Sklepowi Górskiemu za żywność liofilizowaną.

Jednak największe podziękowania należą się moim Rodzicom, Bratu, mojej dziewczynie Marysi oraz wszystkim Przyjaciołom, którzy wspierali mnie podczas przygotowań, jak również w czasie wyprawy. Wasz doping dodawał mi sił do realizacji tego projektu.  Dziękuję Wam wszystkim jeszcze raz z całego serca! 🙂

Kilka słów od Piotra:

Dla mnie były to pierwsze doświadczenia wysokogórskie. Chłopaki wcześniej weszli na Pik Lenina (7134m n.p.m.) i kilka 4-ek w Alpach. Ja decydując się na wyprawę działałem w dużej mierze awansem 🙂

Po wcześniejszych latach zdobywania doświadczenia na różnych polach działalności górskiej: Tatry latem, zimą, skały, różne góry świata, … przyszedł czas na bardzo intensywne przygotowania. W pół roku udało się zrobić naprawdę dużo: intensywny trening biegowy, wyjazd na zimową grań Tatr Zachodnich Słowackich, w trzy dni siedem 4-tysięczników w Alpach w masywie Breithornów i kilka innych wyjazdów. Fizycznie i mentalnie byłem gotowy na ten przeskok z 4 na 7 tysięcy.

Ostatecznie nie udało się wejść na Korżeniewską (dotarłem na 6300m n.p.m.), a Komunizma nawet nie spróbowałem. Według mnie złożyło się na to kilka kwestii.

Po pierwsze zbyt szybkie tempo aklimatyzacji na początku akcji górskiej (zabrakło 2-3 dni restowych na starcie do zdobycia lepszej klimy) – mieliśmy niewiele czasu, a chcieliśmy bardzo zdążyć jeszcze zaatakować Komunizma. Przy pierwszym wyjściu było jeszcze ok., przy drugim mój i Pawła organizm nie dały rady. Tempo to wytrzymał jedynie Radek, który trenował cały rok i poświęcił się temu w 100% i był z naszej trójki ewidentnie najszybszy. My z Pawłem łączyliśmy przygotowania z pracą itp.

Drugi powód to na pewno z mojej perspektywy z racji braku doświadczenia wysokogórskiego duża ostrożność. Po noclegu na 6300m n.p.m. czułem się nienajgorzej, jednak poprzedni nocleg aklimatyzacyjny miałem dopiero na 5300m (Radek na 5800m. i wyjście na 6100m.). Radek i kilka ekip poszli do szczytu. Pogoda była idealna. Wszystko poszło zgodnie z planem. Ja zdecydowałem się zejść na dół do bazy, zrobić dobrą aklimatyzację (dzień wcześniej z C3 po ataku ściągali w śpiworze Irańczyka z obrzękiem mózgu, zapewne miało to również wpływ na moją decyzję). Pewnie wtedy by się udało, ale teraz można tylko gdybać 🙂 

Trzeci powód to trochę pech do pogody. W samotnej próbie ataku działałem na całej górze przez kilka dni zupełnie sam. Przez 3 dni nie spotkałem nikogo, a w bazie w sumie przewinęło się ok. 150 osób. Aklimatyzację miałem już wtedy bardzo dobrą. Podejście z bazy do C2, potem niesprawdzone prognozy i konieczność przeczekania jednego dnia w dwójce. Idąc do C3 czułem się dobrze. Niestety spadło ok. 30-40cm śniegu i zasypało dosłownie 4-5 otwartych szczelin, które dzieliło mnie od przełęczy na 6100m. Potem była już bardziej bezpieczna grań. Przy słonecznej pogodzie szczeliny były ewidentne, przy takich opadach powiedziałbym loteryjne (tym bardziej samemu bez liny – akurat tam nie było żadnych poręczówek). Zdecydowałem się zawrócić z wysokości 5900m. Potem do tych szczelin wpadły 3 osoby – jeden z Polaków (Bartek) działający sam – wyszedł jakimś cudem po godzinie, zaklinowany plecakiem, do tego dwóch Rosjan – jeden głową w dół (sic!) związanych już w zespole, co było sporo prostsze). Na podejściu z bazy do C2 zawalił się też pode mną mostek śnieżny na jednej ze szczelin – tym razem byłem na to przygotowany, bo widziałem że jest kruchy (odskoczyłem do tyłu i skończyło się 5m niżej w mokrym śniegu). Wszystko to na pewno miało wpływ na moje decyzje.

Relacja wideo Piotra:

Źródło: www.uka.pl

 

 


Udostępnij:
Oceń artykuł:
5 (100%) 1 vote