Wbiegając na górski szlak - czyli jak stać się ultrasem? - Wszystko dla sportu
top
7 listopada 2018

Węgierska Górka, 14 września. Godzina 2:30 w nocy. Dźwięk budzika mąci nocną ciszę, mieszając się z rytmem wybijanym przez deszcz o dach naszego domku. Na moje szczęście (w nieszczęściu) nie muszę się męczyć z wczesną pobudką, ponieważ połączenie moich problemów z zasypianiem oraz przedstartowych emocji skutecznie uniemożliwiło zaśnięcie….

 

Toteż, nieco zirytowany zaistniałą sytuacją, zwlekam się z łóżka i opuszczam pokój starając się nie obudzić reszty towarzyszy, z których część ma przed sobą jeszcze dobre kilka godzin snu, ponieważ startują na krótszym dystansie.

Podstawowa poranna toaleta, a po niej siedzę już przed kubkiem gorącej kawy, gorzkiej i czarnej jak tętniące deszczem niebo za oknem. Szybki rzut oka na „pakiet” przygotowany poprzedniego dnia. Spodenki, koszulka, plecak, buty, no i oczywiście wyposażenie obowiązkowe (kurtka!) uzupełnione kilkoma batonikami oraz porcją napoju izotonicznego. Z trudem przełykam chałkę posmarowaną kremem orzechowym, która grzęźnie w przełyku pozwala się przełknąć z wielkim trudem.

 

Fot 1. Marcin Rakowski | We dwójkę zawsze raźniej!

 

W pomieszczeniu pojawia się koleżanka, doświadczona ultraska, która podczas biegu ma służyć za światło latarni na zupełnie mi nieznanym oceanie biegów ultra. W ciszy konsumujemy resztę pieczywa z dodatkiem przesadnie słodkiego smarowidła, tylko od czasu do czasu przypominając sobie nawzajem, jak wiele wysiłku w ów konsumpcję wkładamy.

Po posiłku i dopiciu życiodajnej kawy przyodziewam mój zestaw ultrasa. Narzucam na siebie koszulkę oraz spodenki Kalenji trail, dzięki czemu telefon będzie cały czas w zasięgu ręki, tak samo jak np. chusteczki czy batony energetyczne. Stopy wsuwam w nieco już wysłużone, jednakże niezastąpione Kalenji Kiprun Trail XT6 i dopiero to pozwala mi się poczuć się jak w domu. W międzyczasie deszcz ustaje, więc kurtkę chowam do plecaka wraz z resztą sprzętu. Ubieram czapkę z daszkiem i czekam na to, co ma nadejść. Kilka minut później opuszczamy nasz jednonocny dom, żegnani przez kolegę, który postanowił przebudzić się by życzyć nam powodzenia jeszcze przed startem.

Miejsce startu oddalone jest od naszego domku o około kilometr, dzięki czemu mamy chwilkę na spokojną rozgrzewkę i poukładanie sobie w głowie raz jeszcze najważniejszych informacji. Zbliżając się do wyznaczonej lokacji, powoli zaczynamy wyczuwać specyficzną atmosferę i dostrzegać innych uczestników.

 

Fot 2. Marcin Rakowski | Przed startem koniecznie sprawdź swój plecak!

 

Jedni biegają, inni sprawdzają swoje plecaki. Niektórzy ubierają kurtki a inni, jakby na przekór tym pierwszym, chowają swoje do plecaków lub przewiązują je w pasie. Chmury raz po raz się budzą i straszą deszczem, by zaraz odsłonić delikatnie jeszcze gwieździste niebo. Kilkoro ludzi siedzi na ziemi z opuszczonymi głowami a niektórzy, w tym i ja, w ostatniej chwili orientują się, że trzeba jeszcze pobrać nadajniki GPS i schować je głęboko w plecakach. Organizator nadaje komunikaty przez megafon i cała ta chwila w pewien absurdalny sposób przywodzi na myśl scenę z filmu wojennego. Dezorientacja i chaos działań na froncie. Ta militarnie nacechowana chwila jest dodatkowo potęgowana przez krążącego nad naszymi głowami drona. Jednakże, napięcie które wypełnia powietrze nie ma w sobie krztyny negatywnych konotacji.

 

Fot 3. Marcin Rakowski | Przygodę czas zacząć!

 

Wystarczy spojrzeć ciut uważniej, odrobinę poza tą pozorną fasadę by zauważyć, że opuszczone głowy podnoszą się z uśmiechem, ludzie witają się, ściskają, przybijają piątki, i życzą wzajemnie powodzenia. Organizator wykrzykuje kolejny komunikat, po czym uśmiecha się do słuchających. Skojarzenie militarne mija tak szybko jak się pojawiło, i nim jestem tego w pełni świadomy, stoję już za linią startu i słyszę komunikat nadawany głosem zniekształconym przez megafon: „trzy, dwa, jeden, start!”

 

Baran Trail Race 2018 – Zaczęło się!

 

     Biegniemy zwartą grupą. Wpadamy na most, który pod wpływem naszych stóp zaczyna niemiłosiernie kołysać, by po chwili opuścić światła latarni i wbiec pomiędzy drzewa, porzucając utwardzone podłoże na najbliższe ponad dwadzieścia kilometrów. Dopiero teraz dochodzi do mnie jak gęsta mgła spowija otoczenie. Nie widzę swoich dłoni, o stopach nie wspominając. Ciągle biegniemy zwartą grupą, co jest po części zrozumiałe, ponieważ niewielu decyduje się na samotny rajd w nieznane. Ciemność i wszechobecna mgła tworzą niesamowity oniryczny klimat. Niczym stopklatka z pogranicza jawy i snu, widzę przed sobą „sznur” snopów światła, który daleko przede mną nieśpiesznie zaczyna unosić się ku górze, znikając gdzieś daleko w bezkresie nocy. Biegniemy, a właściwie truchtamy, odnajdując się z koleżanką raz po raz rzucając w eter „-Jesteś?” i czekając na „-Jestem!”.

 

Fot 4. Marcin Rakowski | Grunt to pozytywne nastawienie!

 

Wpadamy na pierwszy punkt odżywczy i pędzimy dalej. Mijane górskie hale i polany, z których na co dzień rozpościerają się majestatyczne widoki, w tej okrojonej formie paradoksalnie nabierają jeszcze większej głębi. Po kilku kilometrach kapryśna górska pogoda raz jeszcze o sobie przypomina, tym razem serwując nam prawdziwą ulewę w efekcie czego moje buty przemakają kompletnie, a wraz z nimi i reszta odzienia.

Zbliżając się do szczytu Baraniej Góry noc powoli ustępuje i da się już odróżnić ziemię od nieba. Na szczyt wpadamy zupełnie przemoczeni więc nie tracąc czas ruszamy w drogę ku dołowi. Jest już jasno więc biegniemy o wiele pewniej, pamiętając jednak o mokrym i śliskim podłożu. Mgła nadal uniemożliwia podziwianie widoków, ale za to raz jeszcze zapewnia nam iście oniryczne doznania, kiery susami pokonujemy wąskie ścieżki wijące się serpentynami pomiędzy jagodowymi krzaczkami i starymi drzewami. Mamy świadomość dystansu jaki maluje się przed nami więc nie dajemy się ponieść chwili i skrzętnie kontrolujemy tempo. Posilamy się na kolejnym punkcie, przy okazji zamieniając kilka słów z przemiłą obsługą, i ruszamy dalej.

 

Fot 5. Marcin Rakowski | Trasa była bardzo wymagająca

 

Przed ponownym wbiegnięciem na miejsce startu (z którego mamy wyruszyć na drugi szczyt – Rysiankę) Barania Góra po raz ostatni daje nam pstryczka w nos i podrzuca pod nogi iście diabelski podbieg, którego zaliczenie w trybie biegu jest poza możliwościami zwykłych śmiertelników.

Wpadamy na start gdzie niespecjalnie entuzjastycznie witamy asfaltową nawierzchnię i po raz kolejny uzupełniamy zapasy przed kolejną porcją pokonywanych kilometrów. Zamieniamy kilka zdań z napotkanymi biegaczami, którzy powoli przybywają na miejsce w oczekiwaniu na rozpoczęcie ich walki z dystansem 25 kilometrów, po czym ruszamy.

Pokonujemy kilka kilometrów asfaltową drogą, które wydają się ciągnąć o wiele dłużej niż podróż na dopiero co zaliczony szczyt Baraniej Góry. Nawet nie wiem kiedy pokonujemy trzydziesty kilometr, tym samym pobijając mój osobisty rekord jeśli chodzi o dystans biegu. Teraz już spokojnym miarowym tempem pokonujemy kolejne kilometry napędzani nadzieją, że na punkcie odżywczym usytuowanym w okolicy 42km wolontariusze podają gorącą zupę.

Przemoczone ubranie w dużej mierze zdążyło już wyschnąć, choć stopy raz po raz trafiają na głębokie błoto czy kałużę zalewając buty. Mijamy kolejne polany i punkty odżywcze, a nawet wybitnie długi podbieg, po którym czeka nas już ostatnia prosta do schroniska PTTK na Hali Lipowskiej. Na tejże prostej wiatr znów zaczyna swą pieśń. Wieje na tyle mocno, że zakładamy kurtki. Wystarcza chwila, by poczuć przenikliwy chłód tylko potęgowany przez utrzymujący się gęsty i wręcz namacalny welon mgły.

 

Z każdym kolejnym kilometrem…

 

Podbijamy tempo, by uciec przed zawodzącym wichrem i wpadamy przed schronisko, które okazuje się… nie być schroniskiem. Jak się okazuje, do schroniska PTTK zostało nam jeszcze nieco drogi, ale miejska (górska?) legenda mówiąca o gorącej zupie znajduje potwierdzenie w słowach innych napotkanych biegaczy i to trzyma nas na nogach. Postój okazuje się jednak nie być zupełną stratą czasu, ponieważ napotkana grupka młodych mężczyzn decyduje się ofiarować nam puszkę złotego napoju, który w tej chwili smakuje tak słodko jak miód i pozwala z radością pokonać kolejne metry.

Opróżniamy puszkę dzieląc się nią sprawiedliwie „na pół” i jak nowonarodzeni ruszamy w drogę. Faktycznie, po kilku chwilach wpadamy na punkt odżywczy, gdzie w kotle smakowicie bulgocze jedna z moich ulubionych zup – dyniowa. I jest dokładnie taka jak być powinna, a w tych warunkach wręcz być musi. Gęsta, mocno imbirowa, i pikantna. Wbrew wszelkiej logice pochłaniam 2 miseczki, plus kubek gorącej herbaty, i odrobinę gorzkiej czekolady. Posileni rozpoczynamy ostatni etap naszej podróży.

Niestety, ale ostatni zbieg do Węgierskiej Górki, w moim przypadku, to w dużej mierze walka z bólem. Stopy, odmoczone po wielu godzinach ciągłej pracy w przemoczonych butach, przy każdym uderzeniu o ostre kamienie eksplodują bólem. Na domiar złego, mglista pogoda ustępuje miejsca słońcu. Robi się bardzo ciepło i zaczynam odczuwać pierwsze objawy długotrwałego wysiłku.

Początkowo zbiegamy od czasu do czasu przechodząc do marszu, by w dalszej części podróży odwrócić tą tendencję. Na ostatnim już punkcie odżywczym uzupełniamy nasze softflaski wodą i nie zatrzymujemy się na dłużej. Wpadamy znów na znaną nam już asfaltową drogę, która prowadzi prosto do mety. Niestety w tym miejscu mylimy drogę i nadrabiamy na twardej nawierzchni około 2 kilometrów. Mimo to po niedługim czasie widzimy już na horyzoncie bramę startową i dopingujących nas ludzi, w tym naszych znajomych i to nie tylko tych startujących w biegu na krótszym dystansie ale i takich, którzy przyjechali tylko po to, by wesprzeć biegaczy swoim dopingiem. We dwoje przekraczamy linię mety i, na moment zapominając o palących stopach, skaczemy z radości krzycząc co sił w płucach.

 

Fot 6. Marcin Rakowski | Jestem ultrasem! 🙂

 

Ktoś zakłada mi medal na szyję. Łzy cisną się do oczu, a twarz aż boli od śmiania się. Wokół słychać gwar rozmów i śmiechu. Ludzie nam gratulują, ściskają nas, przybijają z nami piątki, a dla mnie cały ten szum powoli zlewa się w jedno i w głowie dudni już tylko pustka i jedna myśl – ja właśnie zostałem ultrasem! 🙂

 

Autor tekstu: Marcin Rakowski

Oceń artykuł:
5 (100%) 2 votes