Chiny - podróż za miskę ryżu. Część 1 - Wszystko dla sportu
top
2 lipca 2018
10

O tym, że o wyjeździe do Państwa Środka marzyłem już od małego przypomniałem sobie dość niedawno i to zupełnie przypadkowo. Będąc małym chłopcem do ręki wpadła mi ilustrowana książka “Siedem cudów świata”. Wtedy też największe wrażenie zrobiła na mnie strona, na której opisywano wspaniałą Terakotową Armię…

 

     Powstała w latach 210-209 p.n.e na życzenie pierwszego chińskiego cesarza Qin Shi Huang’a składająca się z ponad 8000 figur gliniana horda miała chronić potężnego władcę już w zaświatach. Pomyślałem sobie wtedy, że chciałbym kiedyś odwiedzić to miejsce, po czym nie bardzo w to wierząc na długie lata o sprawie zapomniałem. Dzisiaj zapraszam Was do lektury pierwszej części – wprowadzania w moją ponad dwumiesięczną podróż po Państwie Środka.

Chińskie początki

 

     Temat Chin wrócił dość niespodziewanie podczas moich studiów. Pewnego wiosennego popołudnia na kampusie uczelni spotkałem kolegę, który z charakterystycznym dla siebie entuzjazmem zaczął opowiadać mi o możliwości uczęszczania na zajęcia języka chińskiego i to zupełnie za darmo. Dużym atutem było również to, iż lekcje prowadzili native speakerzy. Kolega zaproponował wspólne wybranie się na zajęcia, a ja zgodziłem się licząc głównie na niezły ubaw.

I nie zawiodłem się – pierwsze dźwięki i wyrazy zasłyszane w tym egzotycznym języku brzmiały tak dziwacznie, że raz po raz wybuchałem gromkim śmiechem. Dopiero z czasem zajęcia z języka chińskiego zacząłem traktować coraz poważniej, uświadamiając sobie jak wielkie możliwości rysują się przed osobą, która będzie potrafiła posiąść ten język.

Kilka miesięcy później domykając temat obrony pracy magisterskiej i zastanawiając się nad kolejnym celem podróży pomyślałem, że warto byłoby wybrać się właśnie do Chin. Plan z każdym miesiącem stawał się coraz bardziej ambitny. Na wstępie zdecydowałem, że na podróż dużo szybciej uda mi się odłożyć pracując za granicą. Gdy znalazłem pracę powiedziałem sobie, że przystąpię do egzaminów weryfikujących mój poziom języka chińskiego – miała to być motywacja do czynienia postępów w posługiwania się w tym języku. Wstępny plan zakładał pozostanie w Chinach możliwie jak najdłużej, naukę języka i poszukiwania pracy już na miejscu.

Za granicę wyjechałem, na podróż oszczędzałem rok czasu, a i egzamin z chińskiego jakimś cudem udało się zdać!

 

Idea pedałowania

 

     Wszystko dopięte na ostatni guzik. Pozostało mi jedynie cierpliwie poczekać na jakiś tani lot oraz aplikować o wizę do Chin. I właśnie wtedy w mojej głowie narodził się pomysł żeby podróż tą odbyć na rowerze. Nie wiem dlaczego, ale zawsze marzyłem o tym, aby Azję zjechać jednośladem. Atutów takiej podróży było całe mnóstwo: chęć dania z siebie więcej, aby mieć większą satysfakcję, lekcja cierpliwości, której zawsze w podróży mi brakowało przez co zwiedzałem kolejne miejsca pędząc, a nie ciesząc się tym czego doświadczam, i w końcu możliwość lepszej obserwacji zmieniających się krajobrazów oraz dużo większe możliwości interakcji z tubylcami.

Klamka zapadła, kupiłem rower, po czym aplikowałem o wizę turystyczną w ambasadzie w Warszawie. Potem zaczęły się poszukiwania tanich biletów lotniczych. Szczęśliwym trafem w okresie, w którym chciałem udać się do Chin, w Kazachstanie organizowana była światowa wystawa EXPO i chyba właśnie dlatego nasz narodowy przewoźnik zdecydował się otworzyć zupełnie nowe połączenie na trasie Warszawa – Astana. Pomyślałem wtedy, że fajnie byłoby przed Chinami zahaczyć o Kazachstan i Kirgistan, bo drugiej takiej okazji pewnie nie będzie.

I tak oto pierwsze 3 miesiące swojej podróży spędziłem w krajach Centralnej Azji po czym udałem się do upragnionych Chin, ale już bez roweru bo zdrowie nie pozwoliło – o tym wspomnę w nadchodzących wpisach dotyczących Kirgistanu i Kazachstanu.

 

Osh
Fot 1. Radzimir Burzyński | Osh (Kirgistan) – autobus tuż przed zapełnieniem przez Uzbeków

Komunizm vs konsumpcjonizm

 

     Za każdym razem, gdy wśród znajomych poruszałem temat wyjazdu do Państwa Środka pojawiały się komentarze typu – “Chiny, po co będziesz tam jechał, przecież to komunistyczny kraj!” bądź “Tam jedzą psy!”. Z tymi i wieloma innymi stereotypami bardzo chciałem się zmierzyć już na miejscu. I początek mojej przygody na ziemi chińskiej rzeczywiście mógł wskazywać, że trafiłem do kraju spod  znaku sierpa i młota. A wyglądało to tak:

Khorgos, granica kazachsko-chińska w busie pełnym Uzbeków oczekujemy na chińskiego celnika, gdy ten przychodzi wysiadamy z busa i niewiadomo dlaczego czekamy ponad godzinę, a przecież oprócz nas nikogo tu nie ma…

Chyba ktoś się w końcu nad nami zlitował – przystąpiliśmy do kontroli bagażu i paszportów. Jakiś wyższy rangą celnik wypatrzył sobie mnie i wskazał palcem kierunek, gdzie mam się z nim udać. Okazuje się, że jest to “pokój zwierzeń”, stylowo zaprojektowane miejsce ze skórzanymi sofami, no a potem było już tylko gorzej…

Zaczyna od serii typowych pytań – jaki jest cel mojej podróży, jak długo planuję w Chinach zostać itp. po czym mundurowy posuwa się nieco dalej pytając o mój stosunek do Stanów Zjednoczonych, najprawdopodobniej udzieliłem poprawnej odpowiedzi narzekając nieco na politykę zagraniczną tego światowego mocarstwa, kolejne pytanie nieco zbiło mnie z tropu – tym razem dotyczyło Niemców i w tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy celnik jest specjalistą od stosunków międzynarodowych i zna niechlubną historię naszych narodów, czy też pytanie jest przypadkowe?

Test przeszedłem pozytywnie, więc wchodzimy na wyższy poziom. Poproszono mnie o pokazanie komórki, sprawdzono aplikacje z których korzystam, listę kontaktów, zdjęcia zapisane na telefonie, natomiast najciekawsze były pytania dotyczące moich znajomych na Facebooku, bo niby co mam odpowiedzieć, gdy pyta kim są losowo wskazani, no właśnie… znajomi. Odpowiadam do znudzenia „friend”, „friend”, „friend”, bo przecież tak też ten komunikator działa 🙂

 

urumqi
Fot 2. Radzimir Burzyński | Urumqi – nowoczesność i tradycja

Miłe zaskoczenie – witaj cywilizacjo!

 

     Pewnie myślicie sobie teraz – no tak czyli komuna pełną gębą, tak jak myślałem!  Nic bardziej mylnego, podczas tych dwóch miesięcy podróży po Chinach przypadek ten był jedynym incydentem kiedy to poczułem się jak w komunistycznym kraju. Jednak to nie wszystko, bo gdy dodam, że prowincja Xinjiang, do której to wjeżdżałem, od wielu lat jest miejscem o największej ilości ataków terrorystycznych w całym kraju. Skąd ataki? Region ten to niewiarygodny misz-masz kulturowy. Zamieszkuje go bowiem ponad 50 różnych grup etnicznych i to właśnie jedna z nich, a mianowicie Ujgurzy, roszczą sobie prawa do jego autonomiczności. Konflikt ma miejsce na dwóch polach – religijnym, ponieważ mamy tu zderzenie Islamu i Buddyzmu oraz kulturowym, gdyż Ujgurzy wywodzą się od ludów tureckich. Dlatego też właśnie w tej prowincji Chińczycy znacznie zwiększyli ilość punktów kontrolnych na autostradach, czy ulicach ważniejszych politycznie miast.

Po prawie 4 godzinach od przekroczenia granicy wjeżdżam autobusem do Urumqi, stolicy tej największej powierzchniowo chińskiej prowincji i jedyne co mnie zaskakuje to piętrowe ślimaki dróg oraz mnogość centrów handlowych. Urumqi od samego początku wydało mi się nijakie, ale muszę dodać, że kiedy odwiedzałem to miejsce, temperatury spadły drastycznie, non stop padał deszcz, a ja złapałem jakieś przeziębienie przez co po spędzeniu 3 dni na miejscu (w większości kurując się w hostelowym łóżku) zdecydowałem się poszukać lotu na wschód kraju w okolice Pekinu, gdzie klimat wciąż był dużo przyjemniejszy. Zanim jednak do tego doszło, ambitnie postanawiam odwiedzić Xinjiang Regional Museum.

I nie zawiodłem się. W muzeum możemy znaleźć ekspozycje nawiązujące do głównych grup etnicznych zamieszkujących region, zbiór wyrobów pozostawionych na tych terenach przez człowieka – niektóre z nich mają ponad 10 000 lat, czy też kolekcję świetnie zakonserwowanych mumii liczących nawet 4 000 lat. Poza tym w Urumqi zwiedziłem kilka parków, poprzyglądałem się mieszkańcom i to by było na tyle.

 

Fot 3. radzimir Burzyński | Urumqi, Xinjiang Regional Museum – jedna ze wspaniale zachowanych mumii

Tianjin – moje miejsce w Chinach!

 

     Drugim punktem na mapie mojej podróży ze względu na położenie geograficzne oraz cenę biletu lotniczego został Tianjin, czyli znajdujący się w pobliżu Pekinu jeden z tzw. rekinów ekonomicznych z najwyższym wskaźnikiem PKB per capita w całym kraju. Miasto leży przy Morzu Żółtym w Zatoce Bohai, a całą aglomerację zamieszkuję niespełna 15 milionów mieszkańców. Było to pierwsze miejsce w Chinach, gdzie poczułem, że mógłbym tam zamieszkać.

Zadbane, czyste, bezpieczne i świetnie zorganizowane. Miasto ma bowiem wydzieloną strefę kulturową, gdzie na olbrzymiej przestrzeni rozciągają się liczne muzea wraz z mnóstwem zieleni. Poza tym dla turystów, a raczej ich portfeli świetnie odwzorowano klimatyczne XIX w. Chinatown. Tak, tak to nie pomyłka – Chinatown w Chinach!  Całość topi się w gąszczu drapaczy chmur i nowoczesnej zabudowy.

 

Fot 4. Radzimir Burzyński | Tianjin, przygotowane pod turystę Chinatown

 

Tianjin było również pierwszym miejscem, w którym poczułem, jak duże znaczenie i wpływ na życie  obecnych Chińczyków mają pieniądze. Podejrzewam, że tak ogromna chęć konsumowania i posiadania wynika głównie z faktu, że jeszcze do niedawna Chiny były bardzo zamkniętym krajem, więc teraz ambitni Azjaci starają się nadrobić zaległości. Triumfy świeci chociażby aplikacja o nazwie WeChat, która poza możliwościami komunikacji z najbliższymi ma opcję automatycznego płacenia za wszystko i wszędzie – wystarczy jedynie szybki skan kodu za pomocą naszego telefonu.

Szokowały mnie obrazki małych, rozpadających się kramików z warzywami, gdzie sprzedawcy zadbali o wydruk takiego kodu, tak aby klienci mogli w ten sposób zapłacić za marchewkę, czy też widok ulicznych artystów mających swój własny QR kod, na który możemy posłać nasze ciężko zarobione yuany, jeżeli ich twórczość przypadnie nam do gustu. Wielokrotnie mój dialog z Chińczykami wyglądał następująco:

Ja: Co warto u Was zobaczyć?

Chińczyk: Masz na myśli miejsce?

Ja: No tak…

Chińczyk: W takim razie koniecznie wstąp do centrum handlowego XYZ!
Ja: Nie, nie źle się zrozumieliśmy, chodzi  mi raczej o miejsca ważne historycznie, kulturowo itp.

Chińczyk: Ale po co? Chodźmy lepiej na zakupy.

Po czym zrezygnowany zazwyczaj odpuszczałem dalszą konwersację.

 

Fot 5. Radzimir Burzyński | Tianjin i jego śliczna promenada ciągnąca się wzdłuż rzeki Hai

Gorliwy Szkot

 

     Szkot urodził się właśnie tutaj, a wszystko za sprawą rodziców misjonarzy posługujących w Chinach. Liddell zasłynął postawą podczas Igrzysk Olimpijskich organizowanych w 1924 roku w Paryżu. W biegu na 100 m, w której był uznawany za murowanego faworyta odmówił występu, a to za sprawą niefortunnej daty rozgrywania biegu finałowego, który miał mieć miejsce w niedzielę. W związku z czym pobiegł na 400 m i zgarnął złoto!

Poza lekkoatletyką reprezentował Szkocję w rugby, po czym zawiesił buty na kołku i wrócił do Chin, aby idąc w ślady rodziców zająć się misjonarstwem. Zmarł w 1945 roku w japońskim obozie dla internowanych, natomiast miejscem, które pozostawił po sobie jest stadion Minyuan służący niegdyś za arenę piłkarską, a będącym obecnie mieszanką centrum handlowego z bieżnią lekkoatletyczną. Szkot zaprojektował je na kształt londyńskiego stadionu Stamford Bridge (obiekt Chelsea Londyn), który to był jego ulubionym obiektem.

 

Fot 6. Radzimir Burzyński | Tianjin, kompleks Minyaun czyli 3 w 1: bieżnia, centrum handlowe oraz miejsce spotkań

 

Pomimo wspaniałego czasu w Tianjin postanowiłem ruszać dalej, w stronę Pekinu. Miałem nadzieję dowiedzieć się tam nieco więcej o jakże bogatym dziedzictwie historycznym Chin, czego dotychczas nieco mi brakowało. O tym jak ogromne wrażenie zrobiła na mnie stolica Państwa Środka opowiem już w kolejnym wpisie, a do lektury zapraszam już dziś! 🙂

Radzimir Burzyński
Na co dzień możesz mnie spotkać w sklepie Decathlon Opole – chętnie podpowiem nie tylko na temat sprzętu, ale również doradzę nieco w kwestii turystycznych wycieczek. Uwielbiam górskie wędrówki, przebywanie na łonie natury, a w wolnej chwili lubię pobiegać. Możesz również skontaktować się ze mną mailowo: radzimir.burzynski@decathlon.com. Do zobaczenia w podróży!
Zadaj pytanie

Udostępnij:
Oceń artykuł:
5 (100%) 7 votes