O tym, jak rzuciłam się w góry, umarłam dwa razy i zdobyłam szczyt motywacji - Wszystko dla sportu
27 października 2016
0

Kilka niepozornych obrazów. Wyjście z hotelu. Przygotowania, podczas których wszyscy sprawdzają sprzęt i zaopatrują się w rzeczy niezbędne podczas wyprawy. Gdy odpowiednie dawki izotoniku i żeli energetycznych zostały już przydzielone, w końcu można ruszać. Wsiedli na szosy, ruszyli i… tyle ich widziałaś. Głupio tak odpaść na starcie, trzeba dogonić resztę.

– Nie będzie tak źle! – myślisz. Dasz sobie radę, zapowiada się dobra zabawa. Tyle że już pierwszy wznios całkowicie i bezdusznie wystawia na próbę to przekonanie. Natychmiast ustawiasz jak najmniejszy opór w rowerze, a jednak ciężko jest kręcić. Nieludzko ciężko. Pozostali pną się w górę, jakby podjazd nie robił na nich większego wrażenia. Obok zostaje już tylko jedna osoba; jej obecność zauważasz jednak dopiero po pewnym czasie, zbyt skupiona na łapaniu oddechu i zmuszaniu do pracy nóg, które odmawiają posłuszeństwa.

02

Wsparcie dodaje otuchy. Słowa uspokajają. Nagle czujesz na plecach dłoń, której magiczne działanie sprawia wrażenie, jakby ktoś pchał cię naprzód. Wraz z jej pojawieniem się jakoś łatwiej jest pedałować, powolne toczenie się kół wydaje się bardziej znośne. Szkoda tylko, że ta sztuczka działa jedynie przez chwilę. Oddech się nie uspokaja, na nic zdają się próby opanowania sztywnienia górnych partii ciała, nogi dziwnie miękną, a obraz zaczyna wirować przed oczami.

– Jest dobrze – zapewniasz samą siebie. Czujesz, że zaraz wyplujesz płuca.

Musisz zsiąść do czasu, aż organizm zapanuje nad sytuacją.

– Jest dobrze, pokocham to – powtarzasz. Przynajmniej widoki są piękne. Tak, widoki są tego warte! Podłe góry…

– Jest dobrze.

Trzeba wstać. Marcin zagaduje co chwila i sugeruje, że poprowadzi twój rower. Nic z tego, łatwo się przecież nie poddajesz. Wprawdzie wciąż na miękkich nogach, ale idziesz do przodu. Zachęcana, w końcu wsiadasz z powrotem na rower i jedziesz w swoim ślimaczym tempie. Po chwili podjeżdża ktoś z naprzeciwka, aby sprawdzić, co z maruderami. Z ulgą spostrzegasz, że morderczy wznios się kończy.

01

Trasa staje się bardziej łagodna i w końcu przekonujesz się, że najgorsze już za tobą. Kolejne podjazdy, choć odbierają oddech, nie zmuszają już do niechcianych postojów. Mimo to ciągle jedziesz na szarym końcu, niewprawione ciało nie jest w stanie dogonić reszty. To jednak nie jest znowu taką tragedią. Byle utrzymać swoje tempo. Z nieba co jakiś czas spadają grube krople deszczu, które przynoszą miłe orzeźwienie. Po drodze mijasz tyle cudów natury, że nie sposób zwyczajnie się nie cieszyć. Otrzymujesz też masę cennych wskazówek, bo ostatecznie nie jedziesz całkiem sama. Tak, możesz pogodzić się ze swoją pozycją.

– Ktoś musi być ostatni – utrzymujesz. Możesz to być ty, nigdzie ci się nie śpieszy… – Zaczekajcie, do cholery!

Sytuacja nieco ulega zmianie, gdy przychodzi czas na zjazdy. O tak, na to czekasz, to lubisz! Nie osiągasz wprawdzie zawrotnych prędkości, ale pęd dodaje ci odwagi i budzi wolę walki.

Serce wyrywa się w nieznane. Za sprawą wiatru z oka mimowolnie ulatuje łezka. Dla tych kilku minut warto męczyć się pod górę.

Dalej jest w porządku. Łapie was deszcz, ale odczuwasz, że to całkiem przyjemne. W końcu wyjeżdżacie spod niekorzystnych chmur.

Pod koniec część grupy decyduje się na wachlarz, o którym opowiadano ci na którymś z poprzednich odcinków trasy. Udziału wprawdzie nie weźmiesz, nie nadążysz, ale zawsze możesz popatrzeć, nauczyć się czegoś. Plan wyśmienity – wydawać by się mogło. Szybko okazuje się, że jedynie do czasu, aż ostatni uczestnik wyprawy znika ci z pola widzenia. Od tej chwili zostajesz sama z własnymi myślami. Słyszysz jedynie dźwięk opon przetaczających się po mokrym od deszczu asfalcie, mijasz pojedyncze samochody. W pewnej chwili zastanawiasz się, czy droga aby na pewno jest właściwa, bo przez długi czas nie widzisz nikogo ze swoich. Przecież mogłaś się zamyślić, coś przegapić, czasem ci się to zdarza. E tam, trzeba jechać naprzód, gdzieś na pewno dojedziesz. Dojedziesz, prawda?

03

W oddali majaczy kształt. Ktoś jedzie z naprzeciwka, wraca po ślamazarną owieczkę. Na kolejnym skrzyżowaniu czeka grupa. Już teraz powrót do hotelu jest stosunkowo prosty. I choć zapewniasz, że sobie poradzisz, do końca już nie pozostajesz sama. Nie lubisz nikogo hamować. Nachodzą cię wyrzuty sumienia, bo przecież nie chcesz psuć innym zabawy, każąc na siebie czekać. A jednak miło jest w tym wszystkim mieć towarzysza.

***

– Ten dzień będzie inny! – powtarzasz sobie w myślach. Ostatecznie podobało ci się poprzednio, ale dzisiaj będzie lepiej. Jesteś rozruszana i gotowa psychicznie.

Dzielicie się na dwie grupy, które mają przemierzyć różne dystanse.

Świetna rzecz, myślisz, nie będzie morderczej pogoni, każdy wybierze trasę adekwatną do chęci czy możliwości. Być może zintegrujecie się lepiej.

Grupa, z którą się udajesz, dojeżdża do określonego punktu busem; dalej wyładowujecie sprzęt i jedziecie pod zamek w Niedzicy już na dwóch kółkach. Choć trasa przebiega uczęszczaną przez samochody drogą, odcinek wzdłuż Dunajca idzie w miarę gładko. Kojarzysz okolicę, poznajesz kolejne fragmenty rzeki i cieszysz się ich widokiem, jakbyś widziała się z dawnym przyjacielem. Chłopaki zatrzymują się co jakiś czas, dzięki czemu możesz do nich dojechać we własnym tempie i nie zgubić drogi.

Za Krościenkiem musicie nieco się cofnąć, przegapiliście skręt. Szybko jednak korygujecie błąd. Czas podjechać pod górę. Idzie dosyć opornie, ale wciąż do przodu. W międzyczasie spada ci łańcuch, ale za czyjąś radą bezproblemowo ląduje na swoim miejscu. Mijają kolejne chwile, trwające wieczność. Znowu sztywniejesz i tracisz oddech, mimo to podjeżdżasz, widząc, że inni zatrzymali się kawałek dalej. Zostawiasz rower na poboczu i, nie myśląc wiele, lądujesz na kolanach. Trzeba się uspokoić.

04

– To co, jedziemy? – pytasz po jakimś czasie, bo wciąż jesteś przekonana, że dasz radę i już chcesz znaleźć się z powrotem na rowerze.

Po chwili wyłania się kolejny większy podjazd, z którym, jak się później okazuje, stoczysz przegraną walkę. Z początku jakoś się idzie. Znowu czujesz pomocną dłoń na plecach –  to Artur zostaje na chwilę, potem przelatuje przez wznios (jak oni to robią?!), aby dopędzić chłopaków. Już w tym momencie wiesz, że nie jesteś w stanie dalej jechać. Jeszcze trudniej jest iść, bo płuca palą niemiłosiernie, a oddech świszczy przez zbierający się w nich płyn. Myślisz już tylko o tym, żeby zdusić łzy, bo nie wystarczy ci powietrza na płacz. Jak to się dzieje, że umysł chce, wola wybiega naprzód, a ciało nie daje rady, zawsze kilka kroków za tobą?

– Dasz radę, Mała – mówisz na głos ochryple. To już nie jest tylko rower. Jeśli raz się poddasz, kolejny przyjdzie zbyt łatwo.

Skupiasz uwagę na otoczeniu. Dostrzegasz wspinające się po górach rzędy drzew i domki wyrastające na zboczach. Grę świateł i cieni, niezmierzoną wielkość nieba, aż w końcu drogę przed tobą i czekającą na rozwidleniu grupę. Uff…

Trochę pamiątkowych fotek, ostatnie westchnienie w stronę niewzruszonej natury i jedziecie dalej. Do celu nie zostało już daleko. Kilka zjazdów i znowu w górę. Przerwa na oddech i uzupełnienie płynów. Raz przed, raz za tobą jedzie Patrycja, której powtarzasz, że może przyspieszyć. Ale nie, ta twierdzi, że ogląda widoki. Niech będzie. Krajobraz, w każdym razie, jest naprawdę piękny. W końcu i ty docierasz na miejsce postoju, pod sam zamek, gdzie wreszcie możesz rozsiąść się z grupą na trawie i spokojnie czekać, aż przybędzie drugi zespół. Potem już tylko obiad i powrót zaplanowany dookoła jeziora.

***

Rozciągnięta na trawie, delektujesz się każdym oddechem, każdym delikatnym powiewem wiatru. Zauważasz drobne poruszenie. Wszyscy już się zbierają, więc na ciebie także pora. Najedzeni i wypoczęci (?) ruszacie razem w jednym kierunku. I tak po paru chwilach ponownie obstawiasz tyły, kolejne osoby znikają ci z pola widzenia. Ale nie szkodzi, koła przyjemnie toczą się po asfalcie, cieszysz się jazdą.

06

Na zjeździe odpuszczasz hamulce i dajesz się ponieść, bez zbędnego przyspieszania. W pewnej chwili z dużą prędkością wyprzedza cię tir i w pędzie powietrza gubisz nieco równowagę. Zwalniasz więc trochę, nic się nie stało. Po jakimś czasie dostrzegasz w oddali swoją grupkę. Wszystkim woda albo się kończy, albo już się skończyła i zamiast szukać ratunku dalej, postanawiacie skorzystać z campingu, naprzeciw którego się zatrzymaliście. To dobra decyzja. Możecie się tam zaopatrzyć i orzeźwić, po czym spokojnie ruszyć dalej. Jak przyjemnie jest schłodzić się w upalny dzień!

Zatrzymujecie się przed kolejnym skrzyżowaniem. Droga na wprost wiedzie na Nowy Targ, w którym to kierunku rozpoczęliście podróż. Nie korzystacie jednak z niej, gdyż nawigacja prowadzi Wojtka, a was wraz z nim, w inną stronę. Ta opcja, choć trudniejsza i zaskakująca, okazuje się ciekawsza.

Praktycznie cały czas jedziecie pod górę. Ale nie, tym razem nie nawalisz, nie zawiedziesz się na sobie. Spokojnie posuwasz się naprzód, stajesz na chwilę, by złapać głębszy oddech i napić się wody, po czym ruszasz z tego samego miejsca. Sukces.

Kiedy docierasz do reszty, przyspieszasz. I już, zdaje się, wszyscy myślicie, że gorzej nie będzie, jednak droga wie swoje i pnie się wciąż niemiłosiernie w górę. W pewnym momencie idziesz, a przed tobą to samo robią Maciek i Seba. Wszyscy stajecie, bo nagle okazuje się, że asfalt się kończy. Takie tam drobne utrudnienie, żeby nie było nudno.

Nie ma wyboru, dalej trzeba prowadzić rowery. Patrycja wysunęła się naprzód, podjechała po kamieniach i zniknęła z pola widzenia. Tymczasem ty wleczesz się za resztą. Tygrys sugeruje, że poprowadzi twój rower, ale dasz sobie radę. Dziękujesz, nie jest tak źle. Tymczasem kamienista droga nie ma końca. W pewnej chwili decydujesz się podjechać, żeby nadgonić. Ryzykujesz wprawdzie awarię, ale przynajmniej przez chwilę jest ci lżej, no i możesz potem iść z resztą. Później podjeżdżasz jeszcze raz czy dwa. W końcu docieracie do punktu widokowego, nieopodal którego znowu wiedzie przyzwoita droga. Mały odpoczynek i już wyrywasz się, żeby ruszać.

Wsiadasz na rower i przejeżdżasz może ze trzy metry. Coś jest nie tak.

W przednim kole brakuje powietrza. Zaraz któryś z chłopaków spostrzega, że w tylnym także. Ostatni odcinek musiał wykończyć dętki. No i masz, kobieto, co chciałaś… Po górach na szosie.

05

Naprawa trwa jakąś chwilę. Lepiej, żeby nic niespodziewanego już się nie działo, bo w zapasie zostaje tylko jedna dętka. Zaraz przenosicie rowery na asfalt, który wiedzie mocno w dół. Droga jest kręta, a ponadto usiana piachem i drobnymi kamieniami, dlatego decydujesz się jechać na hamulcach. Nie tylko ty zresztą. Spadek jest na tyle duży, że mocno zaciskasz palce na klamkach, utrzymując dolny chwyt, niemal wysunięta poza siodełko. Kiedy zjazd się kończy, palce aż bolą i dałabyś głowę, że na obręczach można by smażyć jajka, gdyby tylko się zmieściły.

Dalej trasa-marzenie. Seba już się rozpędza i znika z pola widzenia, gdy słyszysz głos Wojtka, zwiastujący kłopoty. Okazuje się, że i u niego w kole puściła dętka. Artur zaraz rzuca się w pogoń, by zatrzymać Tygrysa. Dopada go jakieś dwa kilometry dalej i wkrótce obaj docierają do reszty. Wzdłuż drogi idą dzieciaki, które zagadujecie o pompkę. Użycie ostatniego naboju z CO2 byłoby zbyt ryzykowne, skoro można go zachować na wszelką ewentualność. Okazuje się, że w pobliskim domu może przyjąć was gospodarz, który dysponuje kompresorem. Robi to też życzliwie, pozwala także uzupełnić wodę. Możecie ruszać dalej.

W końcu nabierasz prędkości. W końcu nie wleczesz się z tyłu. W końcu.

Nogi inaczej pracują, znoszą większe przełożenia. Wreszcie nie jedziesz już sama, ale z kimś obok i jako tako dotrzymujesz tempa. Koła suną naprzód z charakterystycznym odgłosem, oddech jest stabilny. Nie przesadzisz, jeśli powiesz, że to najlepsze uczucie od początku wyjazdu.

Wkrótce ze spokojem zwalniasz, nie ma co się znowu forsować. Gdzieś tam znów jest ciężej, ale teraz byle dotrzeć do celu. Po kilku kilometrach ukazuje się stacja, na której zostawiliście busa. Pakowanie sprzętu i wyjazd. Naraz łapie cię dławiący kaszel, ale to nic. Minie.

***

Budzisz się nad ranem we własnym łóżku, po czterech godzinach od przyjazdu do domu.

– Nigdy więcej – mówisz do siebie na wpół przytomna. Nigdy, nigdy więcej. Nie masz zamiaru ruszać się już do końca życia. Sprawdzasz godzinę, po czym zabierasz się za szukanie lepszego osprzętu.

Kilka godzin później dajesz się wyciągnąć na rower. Trzeba by rozprostować kości…

Marta


Udostępnij:
Oceń artykuł:
5 (100%) 3 votes