Projekt Namaste Decathlon – z nadzieją pod Everest - Wszystko dla sportu
top
27 marca 2019
37

Ten wpis będzie bardziej osobisty. Będzie o spełnianiu marzeń, ale nie tylko tych własnych. Dokładnie rok temu, przeglądając filmy dotyczące Himalajów, natrafiłem na jeden przedstawiający widoki rozciągające się z wierzchołka Kala Pattar. Oniemiałem. Wspaniała panorama z Mount Everest i Nuptse na pierwszym planie. Pomyślałem wtedy, że jeżeli samo nagranie zrobiło na mnie takie wrażenie, to jakie emocje towarzyszyłyby mi, gdybym widział to na żywo… Klamka zapadła, odkładam kasę na powrót w Himalaje!

 

Varanasi, miejsce objawień

 

Rok 2015, duszny marcowy wieczór. Powietrze tak gęste, że śmiało można ciąć je żyletkami. Siedzę w Varanasi. Miejsce szczególne dla wyznawców hinduizmu. Ostatnia wola praktycznie każdego Hindusa brzmi przecież: „Rozrzućcie moje prochy nad wodami świętej rzeki” – o Gangesie mowa.

Aura mistyczna. Bo chyba nigdzie indziej na świecie życie i śmierć nie przeplatają się tak bardzo. Atmosfera ta służy przemyśleniom.

Zawsze marzyłem o Himalajach, ale wydawały mi się one nieosiągalne. I w tym właśnie momencie, oglądając ceremonie palenia kolejnych ciał, myślę sobie, że może udam się do Nepalu. Przecież od Pokhary, drugiego co do wielkości miasta nepalskiego, dzieli mnie raptem 450 km. A stamtąd już rzut kamieniem, aby udać się pod Annapurnę – dziesiąty najwyższy szczyt świata. Kupiłem bilety i pojechałem.

 

Namaste Decathlon
Fot. 1. Radzimir Burzyński | Indie okazały się przełomowe w kontekście podróży w Himalaje. Rok 2015

 

Co dał mi ten wyjazd? Przede wszystkim przeświadczenie, że często te, wydawałoby się, odległe marzenia są naprawdę na wyciągnięcie ręki. Kwestionowałem to, czy mam na to pieniądze, czy jestem kondycyjnie przygotowany. I z perspektywy czasu wiem, że oba te powody były śmiesznie błahe. Bo trekking w Himalajach wcale nie kosztuje fortuny, a o techniczności też możemy zapomnieć.
W 2015 roku w Himalajach wydarzyło się coś jeszcze…

Minął tydzień. Siedzę w jadalni hostelu w Krakowie i zabieram się za śniadanie. Obok siedzi Jarek z Wrocławia i pyta wprost:

– Czy wiesz, co wydarzyło się wczoraj w Nepalu?

Zdradziła mnie koszulka, bo triumfalne paradowałem w T-shircie z napisem „Nepal”.

– Nie mam pojęcia – odpowiadam szczerze.

– Trzęsienie ziemi, tragiczne w skutkach.

Nie dowierzam, wychodzę ze stołówki, aby sprawdzić, co takiego spotkało kraj, z którego przecież dopiero wróciłem. Nagłówki w Internecie są bezwzględne:

„7,8 w skali Richtera”.

„W Nepalu najtragiczniejsze w skutkach trzęsienie ziemi od 80 lat”.

„Liczba ofiar ciągle rośnie”.

Siadam na łóżku, biorę głęboki oddech i myślę sobie, ileż szczęścia mnie spotkało i jak niewiele tak naprawdę zależy od nas samych. Wtedy też poczułem, że do Nepalu na pewno wrócę, aby odwdzięczyć się losowi. Bo czułem, że jestem mu po prostu coś winny.

Namaste oznacza szacunek

 

Namaste to słowo, które usłyszymy w Nepalu najczęściej. Mnie kojarzy się z wyrazem najwyższego szacunku, bo możemy być pewni, że osoba wypowiadająca to pozdrowienie złoży ręce, ukłoni się pokornie bądź po prostu serdecznie się do nas uśmiechnie.

Dlatego też od razu wiedziałem, że właśnie tym słowem nazwę mój projekt związany z powrotem do Nepalu. Tym razem padło na trekking pod Everestem. Namaste Decathlon zrodziło się w mojej głowie w pierwszej połowie 2018 roku. Po powrocie z sześciomiesięcznej podróży po Chinach, Kirgistanie i Kazachstanie postanowiłem osiąść w Polsce na stałe. Tak trafiłem do Decathlonu. Pamiętam moją rozmowę rekrutacyjną i słowa kierowniczki Agaty:

– W Decathlonie możesz robić naprawdę wszystko, to kwestia tego, jaki masz pomysł na siebie.

Myślałem, że leje wodę, aby przekonać mnie do tego miejsca. Na szczęście myliłem się, a słowa te przyszło mi zweryfikować już po dwóch miesiącach pracy. Udałem się wtedy do mojej kierowniczki i zapytałem o możliwość miesięcznego urlopu na wyjazd w Himalaje. Wspólnie wpadliśmy na pomysł, że fajnie byłoby połączyć to z Decathlonem. W końcu nasza misja brzmi: „Czynić sport dostępnym dla wielu”. I tak powstał zarys projektu, a Agata obiecała przedstawić to naszemu dyrektorowi. Gdy spotkałem się już z Mariuszem, odparł zdawkowo:

– Dobrze, wyślij mi listę produktów, które chcesz zabrać ze sobą.

Zamurowało mnie. Jak to, tak po prostu? Poczułem, że teraz pomysł staje się coraz bardziej realny.
Dostałem zielone światło, więc można było rozpocząć poszukiwania miejsca, do którego dotrzemy z pomocą.

 

Namaste Decathlon
Fot. 2. Radzimir Burzyński | Produkty zabrane dla nepalskich dzieci

Dzieci kwiatów

 

Organizacja Orchid Garden z Katmandu stawia sobie za cel edukację dzieci z nizin społecznych i tym samym stara się wyrównywać ich szanse w środowisku. Podopieczni są w bardzo różnym wieku, od nawet trzymiesięcznych maleństw po nastolatków, którym opłacana jest szkoła już poza murami organizacji. W tym momencie Orchid Garden to ok. 300 dzieci, z czego 200 z nich objętych jest programem nauczania wczesnoszkolnego i większość swojego dnia spędza w ośrodku, a pozostała 100 uczy się na zewnątrz. Skąd pomysł na nazwę? Bina – założycielka organizacji wierzy, że każde dziecko niezależnie od przeszłości ma równe szanse, aby wyrósł z niego wspaniały kwiat, a wszyscy tworzą różnobarwny ogród. Nepalka zdaje sobie sprawę, że problem edukacji jest dużo bardziej złożony. Stąd poza inwestowaniem w naukę dzieci mają zapewnione posiłki, a dla ich rodziców prowadzone są chociażby warsztaty z tego, jak znaleźć pracę. Więcej o Orchid Garden znajdziecie tutaj: https://orchidgardennepal.wordpress.com/.

 

Namaste Decathlon
Fot. 3. Radzimir Burzyński | Dzieci z ośrodka Orchid Garden tuż przed wspólnym posiłkiem

 

Jak wyglądała moja wizyta? Rozpoczęliśmy od rozdania dzieciom plecaczków ARPENAZ 10. Pomyślałem, że jeżeli Orchid Garden stawia na edukację, to jej symbolem będą plecaki. Dalej w kolejce były koszulki, spodenki oraz getry piłkarskie, torby sportowe, pachołki, znaczniki oraz piłki do piłki nożnej, koszykówki i siatkówki. Najtrudniejszym zadaniem było wybrać to, co jest stosunkowo kompaktowe, lekkie, a dzieciom przyda się najbardziej. Postawiliśmy więc na sporty zespołowe.

 

Namaste Decathlon
Fot. 4. Illyris van der Meer | Przekazanie plecaczków to wielki rozgardiasz, ale i wspaniała chwila

Tańczący z przeciwnościami

 

Kolejnym punktem odwiedzin był obchód po klasach. Ich nazwy bardzo mi się spodobały – szacunek, miłość, przyjaźń itp. Tam młode nauczycielki tłumaczyły mi, jak wygląda edukacja danej grupy wiekowej. I tu poznałem pierwszy kwiat, który – mam nadzieję – wspaniale zakwitnie. Wchodzę do klasy pełnej dzieci i w oczy od razu rzuca mi się jeden chłopiec. Owalna twarz, duże, wiecznie skupione i mądre oczy. Uśmiecham się w jego stronę, ale bez odwzajemnienia. Później zwracam uwagę na dużą tablicę, na której wypisane są imiona i nazwiska dzieci, a obok naklejki przyznawane w nagrodę za aktywność. Przy nazwisku Sonam Sherpa znajdowało się trzy razy więcej etykiet niż u pozostałych dzieci. Pytam, co to za maluch, i w głębi duszy myślę – to pewnie ten właśnie chłopczyk, który zwrócił moją uwagę od samego początku. I nie mylę się!

 

Namaste Decathlon
Fot. 5. Illyris van der Meer | Owalna twarz, duże, wiecznie skupione i mądre oczy…” – poznajcie Sonama

 

Okazało się, że Sonam poza tym, że świetnie się uczy, jest również genialnym tancerzem. Próbkę jego możliwości mogłem zobaczyć w kolejnym punkcie programu – podczas występów scenicznych dzieci. Wtedy też mały bohater z cichego chłopca zamienił się w sceniczne zwierzę, wywijając biodrami. Scena bezwzględnie należała do niego!

 

Namaste Decathlon
Fot. 6. Illyris van der Meer | Wychodząc na scenę, Sonam z potulnego chłopca zamienia się w sceniczne zwierzę!

Kwiat pustyni

 

Po odwiedzeniu wszystkich klas i obejrzeniu występów dzieci przyszedł czas na błogą codzienność: wspólny posiłek z dziećmi i grę w koszykówkę, ponieważ Orchid Garden posiada prowizoryczny kosz. Graliśmy 3 na 3 i gdy kolejne dzieci próbowały dojść do zespołów, chłopcy za wszelką cenę nie chcieli dopuścić nikogo nowego do gry. Do czasu. W tle pojawiły się dwie dziewczynki w mundurkach i chłopcy zaczęli krzyczeć jak oszalali, aby dołączyły. Pomyślałem sobie – albo są tak dobre w kosza, albo tak lubiane wśród rówieśników. Okazało się, że i jedno, i drugie. Dziewczynki biły chłopaków na głowę. A jedna z nich genialnie rzucała ze sporych odległości. Gdy emocje meczu już opadły, zauważyłem, że w jednej z klas prowadzone są warsztaty tańca. A w środku cztery dziewczynki uczące się jakiegoś układu i nauczycielka. Wśród uczennic znowu ta szczycąca się rzutami za trzy punkty. Pomyślałem sobie, że to niemożliwe, by i tutaj była najlepsza w grupie. Okazało się, że ma 11 lat. Jeszcze nigdy nie widziałem dziecka poruszającego się z taką gracją.

Dalej czas na poważne rozmowy z Biną – opowiada, jak trudne były początki ośrodka, jak rzadko organizacje w Nepalu mogą liczyć na wsparcie rządu oraz o niepewnej przyszłości tego miejsca. W pewnym momencie rozmowa nabiera jednak pozytywów. Bina rozpromienia się, gdy zaczyna mówić o podopiecznych. Jej powody do dumy. Historie tych dzieci bywają trudne, makabryczne i szokujące. Jednocześnie często są bardzo motywujące. Mówimy tu o dzieciach niezwykle zdeterminowanych do tego, aby coś w życiu osiągnąć.

Podczas wizyty jedna z dziewczynek przybiegła do mnie z zeszytem i zapytała:

– Pouczy się pan ze mną?

– Co proszę?– odparłem, nie do końca wierząc w to, co właśnie usłyszałem. – Czy się z tobą pouczę?

– Tak, czy może się pan ze mną pouczyć algebry?

 

Namaste Decathlon
Fot. 7. Illyris van der Meer | Mądre i głębokie spojrzenie dziewczynki z Orchid Garden

 

Niestety te same dzieci są często bite, wykorzystywane seksualnie bądź porzucane przez rodziny. Dzieci ulicy. W rozmowie Bina wskazuje palcem jednego chłopca.

– Widzisz tego chłopaka?

– Tak, dlaczego?

– odpowiadam z zaciekawieniem.

– Ściągnęliśmy go z ulicy. Wąchał klej. Do szkoły poszedł dopiero w wieku dziewięciu lat. Szybko nadrobił zaległości i teraz, jako jedenastolatek, jest najlepszym uczniem w klasie. Strasznie mu zależy…

Na koniec wizyty Bina mówi, że chciałaby przedstawić mi jeszcze jedną dziewczynkę, ponoć piekielnie utalentowaną. Świetnie śpiewa. Pomyślałem o dziewczynce, z którą grałem w kosza i obserwowałem jej zdolności taneczne. I po raz kolejny intuicja mnie nie zawiodła.

 

– To jest Sahara. Nasza wielka piosenkarka – z żarzącymi się oczami przedstawia Bina.

– My się już chyba znamy – uśmiecham się do małej bohaterki.

– Sahara, co nam dzisiaj zaśpiewasz? – pyta Bina.

– To będzie utwór SIA, proszę pani – odpowiedziała Sahara.

 

I zaczęła swoje show. Zaśpiewała bezbłędnie, a ja w tym momencie zadałem sobie gorzkie pytanie: jak wspaniałą przyszłość miałaby przed sobą tak wszechstronnie utalentowana jedenastoletnia dziewczynka w Stanach czy Europie? Zostałaby kolejną Rihanną bądź Beyoncé? A w Nepalu? Tutaj po prostu walczy o przetrwanie.

 

Namaste Decathlon
Fot. 8. Illyris van der Meer | Piekielnie utalentowana Sahara podczas zabawy wyrzuca w górę kamyk, czyżby próbowała przewidzieć, jaka czeka ją przyszłość?

Śladami Hillary’ego i Tenzinga

 

Opuszczam Orchid Garden z silnym przeświadczeniem, że jeszcze tam wrócę. Kolejny etap mojego projektu to trekking pod Mount Everest. Ruszam z miejscowości Shivalaya. Nieopodal, bo ze znajdującego się kilka kilometrów wcześniej Jiri, w 1953 roku Hillary i Tenzing rozpoczynali swój triumfalny marsz, zdobywając najwyższy szczyt świata. To niejedyna przyczyna. Trekking rozpoczynam z tego miejsca, aby lepiej się zaaklimatyzować, zaoszczędzić trochę grosza na locie Katmandu – Lukla oraz aby móc zobaczyć nieco bardziej autentyczne nepalskie wioski. Oczywiście coś za coś, ponieważ przejazd autobusem w Nepalu nie zawsze należy do przyjemności. Warto, abyśmy do szacowanego czasu przejazdu dodali trzy lub cztery godziny i nastawili się psychicznie na trudne warunki na trasie. Lecąc samolotem, oszczędzamy również około sześciu dni, co dla wielu osób jest najważniejszym czynnikiem przemawiającym za rezerwacją lotu w dwie strony.

 

Namaste Decathlon
Fot. 9. Radzimir Burzyński | Jeden z pierwszych widoków na wysokie Himalaje. W głębi Everest, po prawej piękny Ama Dablam

 

Docieram na miejsce już po zmierzchu i zaczynam rozmowę z gospodarzem, u którego dzisiaj będę spał. Pytam o to, jak idzie interes. Gospodarz, nie namyślając się, odpowiada:

 

– Kiedyś wszyscy zaczynali trekking pod Everest z Jiri. Wtedy żyło się nam dużo łatwiej.

– Ile osób rocznie wybiera obecnie tę trasę? – pytam z zaciekawieniem.

– Trudno powiedzieć, ale około 1000.

 

Pierwsze dwa dni były prawdziwą męką, co, nie ukrywam, było dla mnie zaskoczeniem, zazwyczaj bowiem w górach czuję się dość mocny. Ciążył jednak plecak. Nie bez powodu. Pamiętając dzieci spotkane na trasie pod Annapurnę, wiedziałem, że i tutaj będzie podobnie. Dlatego też kolejną część sprzętu sportowego zabrałem ze sobą, aby rozdać w drodze pod Czomolungmę. Nie chciałem jednak iść na łatwiznę i ambitnie trzymałem się planu, że w każdej wiosce daję coś drobnego.

 

Namaste Decathlon
Fot. 10. Radzimir Burzyński | Wioska Sete i jedno z wielu cudownych dzieci napotkanych na trasie

 

Reakcje dzieci na otrzymane piłki bądź torby sportowe rzadko były pełne radości. Dla maluchów często było to po prostu wielkie zaskoczenie. Skromny uśmiech gościł na twarzach dopiero w momencie przekazania, gdy uświadamiały sobie, że stały się szczęśliwymi posiadaczami tej rzeczy.

 

Namaste Decathlon
Fot. 11. Radzimir Burzyński |Skromne podarki trafiły także do dzieci na trasie trekkingu

 

Po trzech dniach czułem się już rewelacyjnie, a z każdym kolejnym byłem coraz mocniejszy. Uznałem to za dobry prognostyk przed wyższymi partiami gór. Wszystko jednak do czasu. W Tengboche zdecydowałem, że pokonam tego dnia większy odcinek i kolejną noc spędzę na wysokości ponad 4600 m n.p.m. w Thukli, co daje nam 800 metrów przewyższenia względem poprzedniej nocy. Dla mojego organizmu okazało się to za dużo. Przez potworny ból głowy nie zmrużyłem oka do trzeciej w nocy. Powiedziałem sobie wtedy, że zostaję jeden dzień na tej wysokości, a jeżeli objawy nie ustąpią, schodzę niżej. Na szczęście, budząc się następnego poranka, czułem się rewelacyjnie. Chciałem tego dnia wejść na Kala Pattar i zejść z powrotem do Thukli. Wszystko, aby nie ryzykować kolejnymi objawami choroby wysokościowej. Gdy pomysłem podzieliłem się z osobami prowadzącymi Yak Lodge, odpowiedziały sceptycznie:

 

– Nie uda ci się, to za dużo na jeden dzień.

– Ewentualnie wrócę pojutrze.

 

I tak na wierzchołek prowadziły mnie pewnie adrenalina i determinacja, bo przed zmierzchem byłem już z powrotem w Thukli. Właścicielka, widząc mnie z powrotem, z niedowierzaniem zaczęła triumfalnie wykrzykiwać, że mi się udało. Tego wieczoru dostałem od niej również darmową herbatę z imbirem i snickersa.

Młodzi gniewni

 

Katmandu to miasto moloch. Kurz, obrzydliwy smog, tony śmieci i zgiełk powodują, że nie każdy dobrze się tutaj czuje. Gdy wejdziemy głębiej, uderza również bieda. Historia praktycznie zawsze taka sama – ludzie przyjeżdżający ze wszystkich zakątków kraju za pracą. Szybko są ustawiani przez życie. Często okazuje się, że tej pracy po prostu brak i zaczynają się ucieczki w alkohol, narkotyki. Nierzadko wszystko kończy się na przemocy domowej i wylądowaniu na ulicy.

Thamel to turystyczne centrum Katmandu. Od ponad 40 lat, kiedy to zaczynali docierać do Nepalu pierwsi spragnieni przygód turyści, wtedy głównie hipisi. Na tym niewielkim skrawku znajdziemy sklepy z dosłownie wszystkim – przyprawy, herbata, słynne nepalskie noże kukri, breloczki, ciuchy, książki i wiele więcej. W tym sercu miasta również dobrze zjemy czy znajdziemy nocleg na każdą kieszeń. Tutaj zupełnie przypadkowo poznałem kolejnych bohaterów mojej opowieści – Madana i Yubaraja.

 

Namaste Decathlon
Fot. 12. Radzimir Burzyński | Aakash, Yubaraj i Madan, trójka młodych idealistów chcących zmienić warunki edukacji w Nepalu

 

Przechadzając się po tych licznych kramach z poznanym w zeszłym roku na trekkingu w Kirgistanie Antoniem oraz jego koleżanką Illyris, zachodzimy do różnych sklepików. Cel moich znajomych to kupić nieco pamiątek dla rodziny i znajomych. Oni już po trekkingu, ja dopiero wyruszę. Robienie zakupów zawsze było dla mnie męką, dlatego gdy moi towarzysze odwiedzają te kolorowe witryny, staram się porozmawiać z ich właścicielami. Próbuję wejść w ich skórę, zadając mnóstwo pytań. I tak od sprzedawcy noży kukri dowiaduję się sporo o historii kraju, o handlu w Nepalu. Przysiadając przy sklepiku z odzieżą i sprzętem trekkingowym, poznaję tajemnice tego, gdzie i jak to wszystko jest szyte. Aż przychodzi moment spotkania z Madanem handlującym wszystkim i niczym. Drobne breloczki i wisiorki przeplatają się tutaj z tybetańskimi misami medytacyjnymi. Podchodzę i pytam prosto z mostu:

 

– Z czego jesteś dumny w swoim kraju?

– Słucham? – Madan udaje, że nie zrozumiał pytania, dając mi szansę na wycofanie się z rozmowy.

– Za co kochasz swój kraj jako Nepalczyk? – zmieniam nieco formułę.

 

Oczy Madana robią się tak jakby większe, agresywnym tonem wykrzykuje:

 

– Kocham swój kraj, Nepalczycy może i są prostymi ludźmi, ale jednocześnie jesteśmy bardzo dumni i przede wszystkim szczerzy!

 

Fot. 13. Voice for Choice Nepal | I zwykły zeszyt może być darem…

 

Słysząc krzyki kolegi, do rozmowy dołącza Yubaraj, handlarz torebkami i plecakami z, uwaga… konopi indyjskiej, opiekujący się sąsiednim kramem. I teraz obaj zaczynają przybierać ten sam ton. Jednak widząc moją postawę, szybko uświadamiają sobie, że zadane pytanie nie było prowokacyjne, a wynikało po prostu z mojej ciekawości. Okazuje się, że są młodymi studentami, którzy przyjechali do Katmandu z głębokiej prowincji za chlebem. Rozmawiamy dobre dwie godziny, a ja odwiedzam ich miejsce jeszcze wiele razy podczas tych wizyt w stolicy Nepalu.

 

Namaste Decathlon
Fot. 14. Voice for Choice Nepal |Symboliczne przekazanie książki przez Yubaraja

 

Dlaczego wracam akurat do nich? Chłopaki cały swój wolny czas przeznaczają na działania organizacji pomocowej, którą założyli rok wcześniej. Misją Voice for Choice Nepal jest zwiększenie standardów edukacyjnych na obszarach wiejskich w całym kraju. Młodzi i gniewni, bo naiwnie wierzą, że zmienią świat. I właśnie za to ich uwielbiam. Jak chcą to zrobić? Pomysłów mają całe mnóstwo, warsztaty z wytwarzania świec, na nepalskiej wsi często nie ma prądu, a dobrze, jakby ludzie mieli wieczorem możliwość czytania. Studenci zbierają stare i nikomu już niepotrzebne książki i również docierają z nimi do miejsc z dala od cywilizacji. Projekt drugiego życia dla długopisów równie wspaniały – nawiązali współpracę ze szkołami głównie w Katmandu, a uczniowie tych placówek wyrzucają zużyte już długopisy do specjalnie przygotowanych w tym celu kartonów. Panowie odbierają te kartony, zabierają długopisy i dostarczają do firmy, która za grosze napełnia pisadła, aby później powędrowały na wieś. Pomysłów jest więcej, ale najbardziej dumni są z akcji wybudowania biblioteki w regionie Okhaldhunga, we wschodniej części kraju. Wszystko zaczynają jednak od siebie. Z kramów, które prowadzą, część zarobków zasila konto fundacji, dzięki czemu mają pieniądze na takie działania.

O chłopakach i ich organizacji możecie dowiedzieć się więcej tutaj:

https://voiceforchoicenepal.com/about

 

Za każdym razem, gdy wracam od tych niestrudzonych i pełnych pasji młodych ludzi, myślę, że coraz trudniej o takie zachowania w Europie. Nie mamy przecież na to czasu. Gonimy za karierą, pieniędzmi i Bóg wie czym jeszcze.

 

Namaste Decathlon
Fot. 15. Voice for Choice Nepal | Zakończona sukcesem zbiórka odzieży. Moment przekazania darów

Kropka nad i

 

Wracając z trekkingu, zdecydowałem się na samolot na trasie Lukla – Katmandu. To również było moje małe marzenie. Lukla to wedle wielu statystyk jedno z najbardziej niebezpiecznych lotnisk na świecie. Wpływają na to wysokie położenie, kapryśna pogoda, krótki pas startowy i można by tak pewnie wyliczać jeszcze długo… Przyjęte tutaj standardy nijak się mają do tych zachodnich. Na płocie oddzielającym płytę lotniska od reszty wioski wieszane jest pranie, a nieopodal pasą się owce i krowy. W skrócie folklor pełną gębą. A sam lot? Poczułem się nieco dziwnie, gdy uświadomiłem sobie, że ostatnich kilkanaście dni spędzonych na trekkingu oraz całodniowy przejazd autobusem z Katmandu do Shivalaya to trwający jedynie 40 minut lot. W Katmandu miałem jeszcze kilka dni, które zamierzałem spędzić możliwie najaktywniej. Pozwiedzać miasto oraz wrócić do Orchid Garden. I tu zdradzę Wam mały sekret. Najważniejszym momentem mojej wyprawy wcale nie było dotarcie na wierzchołek Kala Pattar, a możliwość wyjścia na boisko ze sztuczną nawierzchnią i pogranie w piłkę z dziećmi. Gdy zobaczyłem, ile radości im to sprawia, wiedziałem, że jest to najbardziej wzniosły moment tego wyjazdu. Bina, widząc mnie wzruszonego, zawołała:

 

– Radzimir, widzisz, jak się cieszą? – oznajmiła, promieniejąc.

– Tak, to jest niesamowite – odparłem.

– Wiesz co? Tak naprawdę nie stać nas na płacenie za grę na tym boisku, ale od momentu, kiedy dzieci otrzymały od was sprzęt, tak mnie naciskały, że coś muszę wymyślić…

 

Doświadczać przede wszystkim

 

Jak to jest spełnić kolejne swoje marzenie i mieć Everest na wyciągnięcie ręki?

Mam to szczęście, że od pewnego czasu udaje mi się realizować rzeczy, które jeszcze kilka lat temu wydałyby się nierealne. Tak było z podróżą do Ameryki Południowej i czasem spędzonym w dżungli amazońskiej, tak było także podczas sześciomiesięcznej podróży zwieńczonej w Chinach czy wspomnianej w tekście pierwszej wyprawy w Himalaje.

Jednak za każdym razem przy realizacji tych marzeń towarzyszyło mi poczucie pustki. Zadawałem sobie pytanie – no dobrze, to co teraz? Błędne koło, bo zawsze będziemy chcieli coraz wyżej, coraz dalej itd.

Ten wyjazd jest wyjątkowy. I to ze względu na kilka rzeczy. Dzięki akcji pomocowej po raz pierwszy moja podróż miała głębszy sens. Odpowiedzialność takiej wyprawy jest również dużo większa. We mnie wewnętrznie nie pada już pytanie: co dalej? Wróciłem do Polski i, wygłaszając prelekcję dotyczącą projektu Namaste Decathlon, mam wielki przywilej inspirować młodych ludzi do tego, aby spełniali swoje marzenia bez względu na to, jaka jest ich historia i przeszłość. Nie zadaję sobie tego nurtującego pytania również dlatego, że robię co w mojej mocy, aby o ośrodkach Orchid Garden oraz Voice for Choice Nepal w naszym kraju było jak najgłośniej, bo siła, z jaką przeciwstawiają się trudnościom losu nie tylko swoim, ale i swoich lokalnych społeczności, jest niebywała.

Zupełnie nowym doświadczeniem było dla mnie również testowanie sprzętu zarówno dla Decathlon Polska, jak i Mi Polska. Jestem właśnie na etapie tworzenia recenzji kurtki TREK 500,  oraz butów trekkingowych TREK 900 i kilku innych produktów. Mam nadzieję, że dzięki tym artykułom nasi użytkownicy będą mogli dokonać bardziej świadomych decyzji przy zakupie technicznych produktów marki Forclaz. Czasami siadam i zadaję sobie pytanie, jak inne byłoby moje życie teraz, gdybym cztery lata temu nie zdecydował się na ten jakże nierealny (w mojej głowie) trekking pod Annapurnę.

I na sam koniec mały bonus – film nagrany na wierzchołku Kala Pattar. Może i kogoś z Was zainspiruje do wyjazdu w Himalaje?

 

Radzimir Burzyński
Na co dzień możesz mnie spotkać w sklepie Decathlon Opole – chętnie podpowiem nie tylko na temat sprzętu, ale również doradzę nieco w kwestii turystycznych wycieczek. Uwielbiam górskie wędrówki, przebywanie na łonie natury, a w wolnej chwili lubię pobiegać. Możesz również skontaktować się ze mną mailowo: radzimir.burzynski@decathlon.com. Do zobaczenia w podróży!
Zadaj pytanie

Udostępnij:
Oceń artykuł:
4.6 (91.67%) 24 votes