Weź udział w zawodach! - Wszystko dla sportu
19 października 2016

W zasadzie był to pierwszy tak wymagający start, że czułam duże, fizyczne zmęczenie. Co innego, gdy biegniesz dwa kilometry lub płyniesz czterysta metrów, a co innego, gdy wyścig trwa półtorej godziny. W tym czasie normalnie zrobiłabym się głodna ze trzy razy! Musiałam przezwyciężyć chęć przerwania biegu. To, co otrzymujesz później – satysfakcję i motywację do dalszych treningów – jest warte tego wyzwania.

NA STARCIE
Ja i trzy inne dziewczyny stajemy za słupkiem, przygotowujemy się. Seria gwizdków, komenda „na miejsca”… start! Pierwsza z nas płynie najszybciej jak może, po lewej stronie przy tafli basenu trener i reszta drużyny dopinguje płynącą. Wchodzę na słupek i… skok. Mielę wodę ile sił w rękach, nawrót, odepchnięcie od ściany i z powrotem. Dopływam do końca, kolejna osoba skacze. Sztafeta stylem dowolnym – jedno z moich wspomnień z Grand Prix w Berlinie w 2008 roku.

Mój wyścig rozgrywany był na dystansie sprinterskim, miałam przebiec 5 km, przejechać 22 km i na koniec pokonać biegiem 2,5 km.

Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać, czy rywalizacja sportowa nadal jest dla mnie. Wszędzie czyta się o ludziach w wieku 30-40 lat, którzy zaczynają biegać, startują w biegach ulicznych, maratonach, sprawia im to wielką frajdę, są szczęśliwi. Ja zaczęłam startować w zawodach w wieku ośmiu lat, a parę lat temu kończąc trenować wyczynowo, jednocześnie zakończyłam starty indywidualne, potem brałam udział tylko w rozgrywkach drużynowych. Odkąd zaczęłam jeździć na rowerze, zastanawiałam się nad wystartowaniem w wyścigu.

BEZ STRESU
Zawsze w takich chwilach towarzyszyła mi ogromna presja. Nie byłam wybitna, codziennie przychodziłam na dwa treningi, ale moje wyniki nie należały do tych z czołówki. Wiadomo, że trenując w grupie, zawsze porównujesz się do innych – chciałam być lepsza, zajmować wyższe pozycje. Trener, rówieśnicy… Chciałam pokazać innym, że stać mnie na to. Ale nie wychodziło.

Zmieniłam podejście: skoro mam siebie motywować, nikt nie stoi nade mną, to wymagam od siebie.

Do ostatniej chwili miałam mieszane uczucia, nie byłam pewna, czy jeszcze kręci mnie rywalizacja. Myślałam sobie, że przecież teraz jeżdżę dla siebie – lepiej pojechać w jednodniową trasę, swoim tempem, pooglądać piękne widoki, niż męczyć się, jadąc „na maksa”. Jestem typem, który musi wszystkiego sam spróbować, ktoś mi powie, że warto – nie uwierzę, muszę się przekonać na własnej skórze. Dlatego w drugiej połowie sierpnia, gdy znalazłam duathlon rozgrywany we wrześniu w Makowie Mazowieckim, moje myśli wskoczyły na wyższe obroty. Ostatecznie wzięłam sobie wolne w pracy tego dnia i wpłaciłam opłatę startową. Nie myślcie, że podjęłam tę decyzję pochopnie, najpierw w domowych warunkach zrobiłam symulację i w ramach treningu odbyłam sprawdzian. Pokonałam przybliżony dystans poniżej maksymalnego limitu.

NOWE WYZWANIE
Największą satysfakcję miałam, gdy wróciłam z mojego pierwszego obozu treningowego po drugiej klasie podstawówki. Dwa tygodnie codziennych treningów. Z samego rana dwie godziny na odkrytej pływalni w Puławach, po południu trening ogólnorozwojowy na torze przeszkód oraz pływacki. Po powrocie kolosalna różnica w kondycji, nowe, niesamowite doświadczenie (pierwszy wyjazd bez rodziców), a także zmiana sylwetki. Po tak wymagających dwóch tygodniach, chcąc nie chcąc, ubyło mi trochę tkanki tłuszczowej.

Nie jadę po to, aby wygrać, stanąć na podium, tylko po to, by przezwyciężyć swoje słabości.

Jedenaście lat później wzięłam się za duathlon. Na czym polega ta obco brzmiąca dyscyplina? Składa się z trzech etapów: bieg, rower, bieg. Mój wyścig rozgrywany był na dystansie sprinterskim, miałam przebiec 5 km, przejechać 22 km i na koniec pokonać biegiem 2,5 km.

 

W niedzielę rano spakowałam rzeczy, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy. Po półtorej godziny zameldowaliśmy się w biurze zawodów, a po kolejnej godzinie rozgrzewałam się. 11:50 – staję na linii startu. Wokół mnie mnóstwo kobiet i mężczyzn w różnym wieku. „Na miejsca… gotowi… i strzał!” Ruszam szybko, żeby mnie nie zmiażdżyli w tłumie. Biegnę. Pierwszy odcinek całkiem przyjemny, łagodnie pod górę, potem po zdecydowanie większym nachyleniu w dół i znowu w górę. „Gdzie ten nawrót?!” – denerwuję się w myślach. I w tym momencie widzę pierwszych zawodników z naprzeciwka. Drugie dwa i pół kilometra już ze sporym zmęczeniem, ale biegnie się lepiej, znam już trasę, wiem, ile do końca. Docieram do strefy zmian, wypatruję mojego roweru, szybko zakładam kask i wciągam rękawiczki. Mocuję się z rowerem, bo ktoś bardzo blisko powiesił swój. Wsiadam na rower… Czuję się, jakbym wcale nie przebiegła przed chwilą kilku kilometrów.

JA TRENUJĘ, JA WYMAGAM
„Pięć minut spóźnienia – dziesięć pompeczek!” – zmora każdego trenującego. Wstawanie dzień w dzień o szóstej rano po to, aby zjeść szybkie śniadanie i godzinę później wskoczyć do lodowatej wody, która w moim mniemaniu ma minus pięćdziesiąt stopni. 16×50 m delfino-kraulem na rozgrzewkę, zadanie główne, rozpływanie, coś luźniejszego, czyli ze cztery kilometry.

Obecnie trenuję sama, ustalam sobie plan treningowy. Jeżdżę jak chcę i kiedy chcę. Zmieniłam podejście: skoro mam siebie motywować, nikt nie stoi nade mną, to wymagam od siebie. Nie porównuję się z innymi, nie muszę nikomu zaimponować. Sama stawiam sobie cele. Zniknęła presja. Raz w ramach treningu pojadę rowerem do pracy, kiedy indziej przebiegnę się lub pojadę na trzydniową wycieczkę po lasach.

Duathlon ukończyłam z rezultatem o ponad 15 minut lepszym niż miałam nadzieję uzyskać i wiem, że teraz muszę potrenować bieganie, bo o ile na rowerze miałam wrażenie „odpoczynku”, to gdy biegłam, przelatywały mi przez głowę myśli, że nie dam rady.

Było to dla mnie ogromne wyzwanie, ale teraz już wiem, że nie ma czegoś takiego (przynajmniej w moim wypadku), że zawody mogą przestać bawić. Teraz nawet jeszcze bardziej mi się spodobały – co prawda nie jadę po to, aby wygrać, stanąć na podium, tylko po to, by przezwyciężyć swoje słabości, udowodnić sobie, że potrafię i po wyścigu „mieć kopa” do dalszej pracy.

To jak – widzimy się za rok na zawodach?

Dominika

Oceń artykuł:
5 (100%) 4 votes