Wyścigi etapowe MTB - relacja z zawodów - Wszystko dla sportu
top
3 października 2018

Chłodny powiew wiatru, smród spalin, wilgotne powietrze i godzina 9:00. Jesteśmy w Poznaniu. Zaledwie kilka godzin później znajdujemy się już w południowej Polsce. A tam cisza, spokój, świeże powietrze i promienie słoneczne przebijające się przez korony drzew, przypominają o wydarzeniu jakie nas czeka w najbliższych dniach. Ale od początku…

 

 

Decyzja o starcie zapadła już w na początku tego roku. Piątka wspaniałych z Decathlon Franowo czyli Ja, Kamil, Tomek, Michał i jedyna płeć piękna w tym składzie, czyli Marta. Na nasze szczęście dyrektor naszego sklepu postanowił wesprzeć nas w tym wydarzeniu, za co serdecznie mu już na wstępie dziękujemy. Wielkie podziękowania kieruję również do reszty ekipy bez której nie udałoby nam się wybrać, ubrać i przeżyć tycg pięknych kilku dni w górach Sowich.

 

zawody MTB
Fot 1. Tomasz Hruświcki | Ostatnie przygotowania do zawodów

 

Przygotowania do startu szły lepiej lub gorzej, wstępnie część ekipy wybrała dystans Epic, a drugi oddział zdecydował się na start na dystansie Classic. Losy potoczyły się jednak tak, że ze względu na pewne problemy w przygotowaniu fizycznym wszyscy zdecydowaliśmy się startować na dystansie krótszym i tym samym powalczyć trochę w klasyfikacji drużynowej, co jak się okazało później, było całkiem dobrym pomysłem. Jeżeli chciałbyś dowiedzieć się jak nam poszło i jakie przygody spotkały nas po drodze, to serdecznie zapraszam do lektury…

 

Dzień 1 – Podróż

 

     Pobudka około godziny 8:00, szybkie śniadanie i oczywiście czarna mocna kawa z włoskiej kawiarki. Mam nadzieję, że już czujecie ten zapach i smak. Zapewne doceni to każdy kolarz, bo przecież nie ma innego, lepszego sposobu na rozpoczęcie dnia.

Mamy do zabrania dużo toreb, w jednej ciuchy rowerowe, w kolejnej odzież codzienna, w jeszcze innej zapasowe części rowerowe, do tego osobna siatka z odżywkami, bidonami czy podstawowym prowiantem. Dls porównania, żona, która jedzie z nami do towarzystwa, zabiera jedną torbę, w której ma wszystko. Dlatego kolarskie wyjazdy są ciężkie nie tylko fizycznie, lecz także skomplikowane logistycznie, co stwarza niesamowite wyzwanie dla naszego środka transportu.

Jest nas szóstka, z czego piątka z rowerami, w jedno auto się nie zmieścimy, więc podejmujemy odpowiednie kroki aby temu zaradzić. W moje prywatne auto pakujemy wszystkie rowery i sprzęt potrzebny na miejscu, mieści się wszystko, do bagażnika – zalety rodzinnego autaJ  Do auta Kamila pakujemy resztę wycieczkowiczów wraz z ich bagażem podręcznym. Dzięki temu ograniczamy spalanie w samochodach (nie wożąc rowerów na bagażniku dachowym) i dbamy o środowisko, sprytnie co nie? 🙂

 

 

zawody MTB
Fot 2. Tomasz Hruświcki | Nie ma co ukrywać, pojemne auto!

 

 

Startujemy w trasę, a od początku towarzyszą nam przygody, w moim aucie padła żarówka światła. Pech chce, że zapas okazuje się również niesprawny, już pomijając to, że ostatnio żarówkę w tym samochodzie wymieniałem kilka lat temu i nie do końca pamiętam jak to się robiło. Z tego względu na taką błahostkę tracimy około godziny. Na szczęście to tyle z dzisiejszych przygód, na miejsce docieramy około godziny 14:00. Szybkie rozpakowywanie, sprawdzenie noclegu i okolicy. Cisza, spokój, las, góry, rower, czego chcieć więcej? Brakuje tylko jedzenia, reszta jest 🙂 

 

 

zawody MTB
Fot 3. Tomasz Hruświcki | Takie widoki towarzyszyły nam przez cały wyjazd 

 

 

Przed nami jeszcze szybka wyprawa po pakiety startowe. Do miasteczka zawodów mamy około 8-9 kilometrów, więc robimy wycieczkę rowerami i sprawdzamy trasę. Dojazd okazuje się idealnym terenem na rozgrzewkę przed zawodami. Po powrocie zajmujemy się przygotowaniem sprzętu na kolejny dzień oraz uzupełnieniem węglowodanów.

 

Dzień 2  – „Twierdza Srebrna Góra”

 

    Pobudka o godzinie 7:30, start czeka nas o godzinie 11:15 więc czasu mamy całkiem dużo. Pora zająć się przygotowaniem sprawdzonego śniadania. Na to każdy z ekipy ma swoje sposoby, ja zazwyczaj korzystam z owsianki z jogurtem i owocami, Tomek robi sobie konkretną jajecznice, Kamil z Martą makaron na słodko, a Michał korzysta z tego samego dania co ja. Do śniadania oczywiście kawa, bez tego się nie ruszamy.

 

 

zawody MTB
Fot 4. Tomasz Hruświcki | Gotowi do startu

 

Po posiłku czas przygotować ekwipunek: pompka, dętka, podstawowy narzędziownik, napoje izotoniczne i hipotoniczne, woda, żele energetyczne i banan na dojazd do miasteczka.

Przed nami 30 kilometrów trasy, w górach, przewyższeń do zrobienia mamy około 1109 metrów. Racebook informuje o troszkę dłuższym dystansie i większych przewyższeniach, jak się okazało na mecie, racji nie miało żadne ze źródeł.

Po krótkiej, ale solidnej, rozgrzewce ustawiamy się na linii startu, chociaż ciężko mówić o linii, kiedy stoimy na samym końcu sektora startowego. Humory dopisują wszystkim uczestnikom i atmosfera jest nadzwyczaj luźna, to jedna z wielu zalet etapowych wyścigów. Po chwili oczekiwania startujemy. Nikt z nas tak naprawdę nie wie, czego możemy się spodziewać, jesteśmy w końcu w górach a trasy w rejonie Strefa MTB Sudety słyną z wymagających, krętych zjazdów oraz sztywnych szerokich podjazdów.

 

 

zawody MTB
Fot 5. Tomasz Hruświcki | Pierwsze kilometry rywalizacji 

 

Od startu czeka na nas ponad 6,5 kilomterów podjazdu, o średnim nachyleniu 5-6%. Tragedii nie ma, ja osobiście staram się z końca peletonu przebić jak najwyżej. Z kilku względów pierwszy zjazd idzie mi dosyć topornie, po pierwsze, przede mną jeszcze sporo osób, im więcej kolarzy na singlu tym cięższa i wolniejsza jazda. Druga sprawa to fakt, że w górach byłem dawno, więc płynność jazdy pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Kolejne fragmenty pokonuje już znacznie lepiej. Dochodzimy do momentu, w którym na liczniku mam ponad 30 kilometrów, meta powinna być tuż tuż, jest zjazd więc mając na horyzoncie kolejnego zawodnika przed sobą, dokręcam korbą maksymalnie idąc, tzw. fulla. U podnóża zjazdu, okazuje się, że mety nie ma, mam już ponad 32 kilometrów a zaczyna się podjazd, nogi już troszkę zmęczone dokręcaniem na wysokiej kadencji chwile temu. Jak się okazuję, dzisiejszy etap miał 39,2 kilometra, więc wszyscy jesteśmy troszkę zaskoczeni takim obrotem spraw. Do mety dotarłem po niespełna dwóch godzinach jazdy na 13 miejscu dystansu Classic i 7 miejscu w kategori M2. Reszta naszej ekipy wpada po mnie, każdy kilka minut po sobie. Dobre wyniki indywidualne tego dnia, zapewniły nam 4 miejsce w klasyfikacji drużynowej.

 

Po powrocie zajmujemy się najważniejszymi sprawami w odpowiedniej kolejności: jedzenie, serwis i konserwacja sprzętu, jedzenie, spanie. Więcej rozrywki nie ma, wszyscy są na tyle zmęczeni, że dodatkową aktywnością jest jedynie rozluźnianie na wałkach i piłeczkach oraz krótki stretching.

Dzień 2 – „Wielka Sowa”

 

     Pobudka i śniadanie to schemat ten sam co wczoraj. Te same posiłki, te same ogarnianie naszego sprzętu oraz ta sama droga do miasteczka zawodów, z tym że start jest dzisiaj o godzinę wcześniej. Przed nami 35 kilometrów i 1150 metrów przewyższenia, nauczeni wczorajszym etapem te dane przyjmujemy raczej z lekkim dystansem.

 

zawodt MTB
Fot 6. Tomasz Hruświcki | Poranna przebieżka przed kolejnym etapem

 

Dzisiaj mam okazję wystartować z troszkę lepszego miejsca, organizator bowiem przygotował sektor startowy dla najszybszych zawodników dnia poprzedniego. Plan mam na spokojną i równą jazdę, zobaczymy co z tego wyjdzie, profil trasy wygląda na ciężką orkę, bo dzisiaj do zaliczenia mamy Wielką Sowę, to zwiastuje praktycznie 20 kilometrów wspinaczki z kilkoma krótszymi zjazdami. Z czasów gdy jeszcz regularnie ścigałem się w górach pamiętam, że Wielka Sowa i jej okolice są wymagające, nie tylko fizycznie, lecz także technicznie. Wiem, że na końcówce wjazdu będzie co robić. Nie myliłem się, ostatnie 2,5 kilometra jazdy pod szczyt to wymagająca technicznie kamienista ścieżka, wystarczy jeden mały błąd i musimy zsiadać z roweru oraz męczyć się z szybkim powrotem na siodełko.

 

Na szczęście, pomimo zmęczenia poprzednimi górkami, udaje mi się wjechać na Wielką Sowę praktycznie bezbłędnie, w towarzystwie lokalnych zawodników, którzy niejednokrotnie pokazali mi z jaką finezją i płynnością potrafią pokonywać górskie szlaki. Kolegę, z którym spędziłem ostatnie kilometry, na szczycie puszczam przodem, wiem, że na zjeździe poradzi sobie znacznie lepiej i nie widzę powodów by utrudniać mu świetną zabawę. Kolejny raz się nie myliłem, rywal znika mi z oczu już w połowie zjazdu. Jednak jak się mieszka i trenuje na co dzień w górach, to warsztat techniczny pozwala na znacznie więcej. Do mety dojeżdżam po 1 godzinie i 48 minutach. Dystans na liczniku już znacznie bliższy obietnicom organizatora – 33,6 kilometra. Okazuje się, że wpadłem na linię mety na 9 miejscu Open oraz 5 miejscu w kategorii M2.

 

 

zawody MTB
Fot 7. Tomasz Hruświcki | Decathlon Franowo Racing Team na podium klasyfikacji druzynowej

 

Decathlon Franowo Racing Team na podium klasyfikacji druzynowejPozostała część ekipy pojechała równie dobrze, dzisiejszy wysiłek dał nam trzecie miejsce w klasyfikacji drużynowej, więc oprócz standardowych czynności, o których wspominałem wcześniej, musieliśmy udać się jeszcze na dekoracje. Pamiątkowe zdjęcia zrobione, medale odebrane oraz krótka rozmowa z pozostałymi uczestnikami. Pozostało nam już tylko odpoczywać przed kolejnym ciężkim dniem.

 

Dzień 3 – „Zamek Grodno”

 

     Dzisiaj sen troszkę dłuższy, wstajemy kilka minut później, nogi mają już kilka kilometrów za sobą, śniadanie tego dnia wchodzi nam troszkę toporniej. Do kieszonki wkładam jeden żel energetyczny więcej niż zwykle.

Profil dzisiejszej trasy zwiastuje ból w nogach i brak powietrza w płucach. Do zaliczenia kilka ciężkich podjazdów, w tym słynna w Górach Sowich Kalenica. Do końca wyścigu nie pozostało nam dużo. Wiem, że początek trasy nie jest zbyt wymagający, więc postawiłem na taktykę, w której głównym zadaniem będzie utrzymanie się najlepszych zawodników jak najdłużej. Po strzale z pistoletu startowego idzie dobrze, musiałem troszkę nadrobić, ze względu na przyblokowanie na jednym z zakrętów, ale już po kilku minutach dojeżdżam do czołówki.

 

 

zawody MTB
Fot 8. Tomasz Hruświcki | Kilka kilometrów po starcie, trasa jeszcze niezbyt wymagająca

 

Po jakimś czasie dzieli nas jednak podjazd, w zasadzie to podbieg, bo nachylenie i nawierzchnia tej ścieżki wymagała wejścia na szczyt pieszo. Dalszą część trasy pokonuje już w mniejszej grupie, ponownie z lokalnymi zawodnikami z Bielawskiego Teamu. O ile udaje się trzymać koło podczas kręcenia pod górę o tyle na zjazdach znowu tracę cenne sekundy. W trosce o zdrowie staram się nie szaleć i nie zjeżdżać ponad swoje możliwości i umiejętności techniczne. Efekt tego widać na mecie, gdzie do zawodników z którymi byłem w stanie pokonać nie jeden podjazd, tracę kilkadziesiąt sekund a nawet kilka minut.

Do tej pory sprzęt mnie nie zawodził, jednak to musiało się wydarzyć. Na jednym z podjazdów próbując wybrać najbardziej optymalną linie technicznej ścieżki, tylną przerzutką zachaczam o głaz i krzywie ją niemiłosiernie. W nerwach staram się szybko przywrócić ją do użytkowania. Udaje się uzyskać efekt, w którym zmieniarka działa na przynajmniej kilku przełożeniach, biorąc pod uwagę że do mety zostało już więcej w dół niż w górę to powinno wystarczyć.

 

zawody MTB
Fot 9. Tomasz Hruświcki | Na mecie czas na relaks i podsumowanie etapu

 

Mimo wszystko z trzeciego etapu jestem zadowolony, ponownie przyjechałem na 9 miejscu Open, a reszta drużyny postarała się na tyle, że udało się nam zająć 3 miejsce w klasyfikacji drużynowej. Dzisiaj resztę dnia spędzamy w troszkę inny sposób, z racji tego, że przed nami ostatni nocleg,to po dekoracji zorganizowaliśmy sobie małe ognisko. Skromna impreza nie trwała zbyt długo, jutro przecież ostatni dzień ścigania, sporo roboty do wykonania a na koniec jeszcze długa podróż do domu.

 

Dzień 4 – „Jezioro Bielawskie”

 

     Ostatni dzień. Organizm nie należy do najświeższych, obolałe i zmęczone nogi, kręgosłup który również dostał już w kość, dłonie również niezbyt wypoczęte. Śniadanie wchodzi nam jeszcze ciężej niż dnia poprzedniego. Siły bierzemy bardziej z głowy niż mięśni. Każdy z nas już wie, że pozostało zaledwie kilkadziesiąt kilometrów do przejechania i można powiedzieć, że już jesteśmy w domu.

 

 

zawody MTB
Fot 10. Tomasz Hruświcki | Rozgrzewka

 

Drogę na start pokonujemy samochodem, zapakowani na powrót. Na miejscu klasycznie dokonujemy krótkiej, niezbyt intensywnej rozgrzewki. W sektorach startowych słychać głosy, że wszyscy swoje mają już w nogach i nie czują się zbyt świeżo. Mimo tego każdy z nas z uśmiechem na twarzy rusza na trasę. Tempo jest dzisiaj raczej spokojne, chociaż kilku zawodników walczących o pierwszą trójkę w klasyfikacji generalnej, ruszyło dosyć mocno, odpuszczam gonitwę. Profil tego etapu zwiastuje dosyć dynamiczną rywalizacje, sporo mniejszych górek z szybkimi zjazdami.

Trochę boję się o przerzutkę, niestety zapasu tej części nie przewidzieliśmy na naszej wycieczce, więc została jedynie prowizorycznie przygotowana do jazdy, przez co musiałem powstrzymać się od użytkowania skrajnych biegów. Niejednokrotnie na dzisiejszym etapie odczułem tego konsekwencje, jednak chęć ukończenia wyścigu etapowego dała mi na tyle motywacji, spokoju i siły, że dawałem radę pokonywać większość szczytów na odrobinę twardszym przełożeniu. Brakowało jedynie z góry, dzisiaj zjazdy pozwalały wielokrotnie na dokręcenie korbą, a ja musiałem się niestety powstrzymywać.

 

 

zawody MTB
Fot 11. Tomasz Hruświcki | Czas powoli żegnać się z tym widokiem

 

Po zaledwie 25 kilometrach walki na trasie wpadam na metę z czasem 1 godziny i 16 minut, co daje mi 11 miejsce Open oraz miejsce 7 w kategorii M2. Na mecie otrzymałem pamiątkowy medal i pozostało mi czekać na resztę mojej drużyny. Dzisiaj niestety nam trochę zabrakło, klasyfikację drużynową skończyliśmy na 4 miejscu z niewielką stratą do podium. Były jednak tego zalety! Zamiast czekać do wieczora na dekorację, mogliśmy wcześniej ruszyć w drogę powrotną.

Tak kończy się nasza przygoda. Pełna potu, słońca, gór i rowerów. Dzisiaj wiemy jedno… na wyścig etapowy z pewnością wrócimy w przyszłym sezonie, być może kolejnym razem skusimy się na propozycję innych organizatorów i będziemy mieli większe porównanie.

Czy warto? Z pewnością. Wyścig etapowy MTB polecam każdemu czytelnikowi, to impreza o zupełnie innym charakterze i odmiennej atmosferze niż jednodniowe wyścigi. Z resztą, każdy chyba zdaje sobie sprawę, że niezależnie od warunków pogodowych, kilka dni w górach na rowerze to mnóstwo frajdy.

A Wy, macie doświadczenie w wyścigach etapowych MTB? A może chcielibyście poznać szczegóły moich zmagań?

Zachęcam do kontaktu 🙂

Tomasz Hruświcki
Na co dzień możesz mnie spotkać w sklepie Decathlon Franowo w Poznaniu – chętnie podpowiem nie tylko na temat sprzętu rowerowego, ale również doradzę nieco w kwestii treningu kolarskiego. Możesz również skontaktować się ze mną mailowo: tomasz.hruswicki@decathlon.com. Do zobaczenia na szosie!
Zadaj pytanie
Oceń artykuł:
4.2 (84.44%) 9 votes