Z Warszawy do Gdańska... na rowerze! - Wszystko dla sportu
17 października 2016
2

Każdego dnia tę trasę pokonują tysiące osób. Samochodami, pociągami, autobusami lub samolotami. Zajmuje im to kilka godzin. Samemu pracując w Warszawie i jednocześnie mając większość rodziny w Gdańsku, zmuszony byłem do tego typu podróży. Nie posiadając własnego samochodu, podróżowałem głównie koleją. W pewnym momencie uznałem, że powoli mnie to nudzi, więc całą trasę postanowiłem… przejechać rowerem.

Kiełkowanie pomysłu

W Warszawie mieszkam od trzech lat. Z powodu przeprowadzki zaniechałem jeżdżenia na rowerze, który został w Gdańsku. W pewnym momencie, blisko rok temu, postanowiłem to zmienić i zabrać swojego dwukołowego przyjaciela do stolicy. Tak przejeździłem całą jesień i zimę. Przyszła wiosna, a z nią wypadek, który na pewien czas wykluczył mój rower z użytku. Postanowiłem zainwestować, wyremontować stary, ale jednocześnie kupić nowy. Wtedy w naszej sieci wchodziły do sprzedaży rowery górskie na oponach 27,5 cala. Pomyślałem: „Może warto spróbować”.

lukasz01

Dotychczas rowerem dojeżdżałem wyłącznie do pracy lub po zakupy. Były to maksymalnie kilkukilometrowe dystanse. Pogoda nie miała tak naprawdę żadnego znaczenia. W pewnym momencie w Reducie padło hasło: „Kto chętny na wyjazd rowerowy na majówkę?”. Uznałem, że będzie to najlepszy moment na zakup i przetestowanie nowinki na własnej skórze. Dysponując wolnym czasem i pracując na dziale rowerowym, postanowiłem spróbować czegoś innego. Trasa wiodąca przez Kampinos okazała się strzałem w dziesiątkę. Kilkadziesiąt przejechanych kilometrów też nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia.

Tydzień później, regulując zawieszony na haku rower, rzuciłem w eter: „A może spróbować pojechać rowerem do Gdańska?”. Kierownik działu w śmiech, inni pracownicy z politowaniem kiwali głowami. ”Niby w ile masz zamiar tam dojechać?” Uznałem, że jeden dzień to scenariusz możliwy do zrealizowania. „Przecież ty nie masz szosy”. Nie miałem zamiaru niczego wypożyczać. Zabawa z regulacją oraz nieprzetestowany sprzęt na tak długiej trasie to chyba najgorszy wróg. „Czyli masz zamiar bez specjalnego treningu, góralem, naszą 520, dojechać z Warszawy do Gdańska w jeden dzień? Może jeszcze na oponach 2,00?”. „To kiedy jedziesz?” – na początku sierpnia.

Trzy miesiące przygotowań: Trening

Skoro powiedziałem A, trzeba było powiedzieć B. No i się zaczęło. Trzystu czterdziestu kilometrów nie można było zrobić ot tak, z dnia na dzień. Jeżdżenie co drugi dzień do Parku Łazienkowskiego. Wyznaczanie i pokonywanie coraz dłuższych tras. Nowy Dwór Mazowiecki, Żelazowa Wola, w końcu 222 km z Warszawy do Płocka i z powrotem.

Z każdą odhaczoną odległością nabierałem pewności siebie oraz, co ważniejsze, cennego doświadczenia.

W nawyk weszło zabieranie ze sobą zapasowej dętki oraz pompki, a także odpowiedniej ilości gotówki. Będąc w Płocku, kupiłem spodenki rowerowe (po pierwszych stu dziesięciu kilometrach zrozumiałem, jak bardzo może boleć tyłek i jak wiele one zmieniają). Czas upływał. Planowany od lutego urlop nad morzem zbliżał się wielkimi krokami, a razem z nim dzień podróży. Na tydzień przed pozostało tylko jedno:

Wyznaczanie trasy

Google Earth i do boju. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze, w co się pakuję. „Tu skrócimy, tędy będzie bliżej”. Tere fere. Nie posiadałem nawigacji w formie GPS, tę stanowiły karteczki z wypisanymi wsiami i miastami. Nowy Dwór Mazowiecki, Płońsk, Sierpc, Rypin, Brodnica, Jabłonowo Pomorskie, Gardeja, Kwidzyn, Gniew, Tczew, Gdańsk. Całość liczyła sześć kartek.

trasa01

Nocny marek i wieczne problemy

Aby móc jechać cały dzień i noc, musiałem wcześniej wypocząć. Oczywiście, nie byłem w stanie zmrużyć oka. Wyjazd o pierwszej w nocy sprawił, że rower obwiesiłem światłami niczym choinkę w Boże Narodzenie. Teraz tylko torba na plecy i jazda. Wszystko na początku szło nieźle, tzn. do momentu pierwszego nieplanowanego postoju. Pomimo kilkukrotnego sprawdzania prognozy pogody i tak nie ustrzegłem się niezapowiedzianych zjawisk. Jednym z nich była burza przechodząca przez Nowy Dwór Mazowiecki oraz panująca rano po niej mgła. Dwie bite godziny deszczu z piorunami. Mokro, zimno, a na dodatek w okolicach Sierpca zepsuł mi się telefon. Dopiero po kolejnych trzydziestu kilometrach udało się go naprawić (trzy razy stuknąć, trzy razy włożyć i wyjąć baterię, włożyć i wyjąć kartę SIM).

Wcześniej wspominałem o bagażu, prawda? Była nią torba spoczywająca na moich plecach, łącznie ważąca 8-10 kg. Jej waga sukcesywnie spadała, w miarę pozbywania się kolejnych izotoników, zjedzonych bananów czy innych dostarczycieli cukrów. Pod Urszulewem moje plecy powiedziały jednak: dość. Wyszło moje niedoświadczenie i zbytnia brawura. Chciałem jechać prosto na dworzec, tylko że… byłem pośrodku niczego. Torbę zarzuciłem na kierownicę, przywiązałem ją sznurkiem od snopowiązałki i jechałem dalej do Rypina, a później Brodnicy. „Stamtąd pociągiem do Gdańska i spokój” – pomyślałem.

kwidzyn

Dopiero po chwili zaskoczyłem: nadać przesyłkę i jechać dalej! Jak to dobrze, że Poczta Polska jest praktycznie wszędzie. Kolejny postój, zabranie najpotrzebniejszych rzeczy i pozbycie się 7,4 kg sprzętu, w tym ubrań i laptopa. Prawdę mówiąc, pierwszy raz nadawałem wtedy przesyłkę i to do samego siebie. Oczywiście nie obyło się bez komplikacji. Panie na poczcie nie potrafiły obsługiwać terminalu z kartami, więc za całość zapłaciłem gotówką. „Przynajmniej portfel będzie lżejszy”. Największa głupota, jaką popełniłem. Od Rypina do Kwidzyna jechałem praktycznie o suchym pysku. Tu nie można płacić kartą, tam nie można płacić, tu terminal zepsuty, tu nie czyta. Dzięki temu posiadłem tajemną wiedzę o okresie wegetacji zbóż, głównie kukurydzy. Na początku sierpnia, przynajmniej na Pomorzu, dalej jest niedojrzała.

Lądowisko ufo

Zmęczenie dawało się we znaki, a ja wiedziałem, że najgorsze dopiero przede mną. Wcześniej mknąłem większymi drogami. Teraz miałem przejechać przez Łasin. Problem polegał na tym, że… zgubiłem się. Nawigację zapisaną na karteczkach szlag jasny trafił. Na szczęście za przewodnika zawsze może robić koniec języka. Takiego GPS-a to nie ma nawet wojsko. ”Pojedziesz pan prosto na Szczepanki jakieś 5,2 km za kościołem w prawo, później w lewo i pod górę, za stadniną koni prosto i w lewo. Potem na drogę polną, to ominie pan dziurawy asfalt. Następnie za dwoma kamieniami w prawo. Po lewej będzie wielki, drewniany młyn i znak na Łasin. Jakieś 14,85 km”. Byłem w szoku. Licznik faktycznie pokazał taką wartość. Co bardziej mnie zdziwiło to fakt, że 2 km dalej na znaku „Teren zabudowany” doklejony był obrazek ufo. Teraz jestem pewny – ten starszy miły pan był Reptilianinem.

znak01

Rondo rondem pogania

Z Łasina dostałem się do Szembruka, później minąłem Gardeja i wjechałem do Kwidzyna, a tutaj rondo, rondo, rondo. Od tego kołowania dostałem kręćka. Pytając się mieszkańców, jak dostać się na drugą stronę Wisły, słyszałem tylko: „Miniesz pan pierwsze rondo, potem drugie rondo, potem trzecie rondo, później czwarte rondo…”, „I w lewo?”, „Nie, piąte rondo”, „I wtedy w lewo?”, „Wtedy szóste rondo i za nim będzie, a nie, przepraszam, za siódmym rondem w lewo i na most”.

Do celu

Czas uciekał, a mnie zostało tylko kilka godzin. Na szczęście teraz było już praktycznie z górki. Co z tego, skoro i tak nie obyło się bez lęku. No bo ile razy można mijać zjazd na Pelplin? Powoli miałem tego dość. Mijałem jakąś miejscowość, zjazd na Pelplin. Myślałem, że znowu jestem w Kwidzynie i kołuję. „Byle do Tczewa”. Po kilku kolejnych godzinach mogłem powiedzieć: wreszcie Gdańsk! Na liczniku 372 km. Teraz wklepać tylko kod do domofonu, obudzić kota i wnieść rower do piwnicy.

lukasz02

 

Wnioski i luźne (ż(al)uzje)

Następnego dnia wrzuciłem na popularnego Fb zdjęcia oraz spis luźnych spostrzeżeń z trasy, które i tutaj przytoczę. Przygoda genialna, polecam każdemu, a za rok… Nie byłem jeszcze w Zakopanem. Korzystając z okazji, pragnę też podziękować wszystkim, którzy dzwonili do mnie w trakcie podróży, pytając, czy już dojechałem, czy żyję i takie tam.

Konkluzje po podróży:

  1. Nawigacja karteczkowa działa! Kij z urządzeniami, które albo się psują (telefon przez 1,5 h był nieaktywny), albo nie działają.
  2. Jeśli telefon nie działa i nie można słuchać muzyki w trakcie podróży, zawsze pozostaje możliwość gadania do siebie samego.
  3. Umiejętność naprawy komórki na wysokim poziomie się przydaje (3 razy stuknąć, wyjąć/włożyć baterię, wyjąć/włożyć kartę SIM).
  4. ZAWSZE nadawać bagaż, dźwiganie na plecach 10 kg przez 143 km to p… pomyłka.
  5. Jeśli już kiedyś przyjdzie Ci to do głowy, miej ze sobą sznurek od snopowiązałki.
  6. Jazda krętą ulicą pod górę, z torbą blokującą stery, nie jest dobrym pomysłem.
  7. W Rypinie na poczcie potrafią składać kartony do przesyłek.
  8. Wybierając trasę, sprawdzaj na Google Earth, czy przypadkiem ma zdjęcie. Drogi bez zdjęć i nazw to tak naprawdę pola minowe.
  9. Na głodnego smakuje i czerwona kapusta.
  10. W Łasinie lądowali kosmici (na dowód zdjęcie).
  11. Od Rypina aż po Gdańsk wszyscy mówią “Jo”.
  12. NIGDY nie pytaj w Kwidzynie, jak dostać się na drugą stronę Wisły. Zawsze pokierują Cię na most drogowy (pal licho, że siedzisz na rowerze).
  13. Zjazd na Tczew nieoznakowany.
  14. Jakim cudem na Pelplin są cztery zjazdy z 91? Jadąc myślałem, że kołuję wokół Gdańska.
  15. Wiem, dlaczego kolarze mają małe jajka.
  16. Zjazdy w Brodnicy i Kwidzynie są przegenialne.
  17. Kukurydza rosnąca na polu wciąż nie jest dojrzała.

notatki01

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz wyruszyłeś w inną niż zwykle trasę na dwóch kółkach?

Łukasz


Udostępnij:
Oceń artykuł:
4.2 (84%) 5 votes