Zdobywając szczyty - Großglockner (3798 m.n.p.m)! - Wszystko dla sportu
20 października 2016

Pierwszy raz pojechałam w góry, mając 7 lat. Były to Tatry. Jechałyśmy z Mamą pociągiem i, prawdopodobnie, do końca życia nie zapomnę widoku ośnieżonych wierzchołków wyłaniających się zza horyzontu. W tamtym momencie góry przywłaszczyły sobie jakąś cząstkę mnie i do dzisiaj, złodzieje, oddać nie chcą. Gdybym mogła „na chłodno” wybrać swoje ulubione miejsce na ziemi, z całą pewnością nie byłyby to góry. Ciężki plecak, który trzeba dźwigać pod górę, bolące nogi, zadyszka przy bardziej stromym podejściu, bardzo zmienna pogoda – wszystko to sprawiało, że podczas moich pierwszych wyjazdów w góry mówiłam sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Potem przestałam się łudzić, że tak będzie, bo okazało się, że wracam tak często, jak tylko mogę.

Grossglockner był pierwszą górą alpejską, na którą weszłam. Na szczycie czułam się zmęczona, głodna, zmarznięta i przerażona tym, że trzeba jeszcze zejść. Mimo to byłam wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, znajdującym się w centrum mojego wszechświata – w górach.

01

Termin wyjazdu: 25-30 maja

Czas wchodzenia: 26-27 maja

Bezsensowne wydawanie kasy w Austrii: 28-29 maja

Uczestnicy wyprawy: Roman Mendaluk, Joanna Tracz

0203

 

Pierwotnym planem wyprawy miał być Mont Blanc (4810 m.n.p.m), najwyższy szczyt Alp, jak również Europy (niektórzy za najwyższy szczyt naszego kontynentu uważają Elbrus, leżący na terenie Rosji i będący jej najwyższym szczytem). Jednak perspektywa zapowiadanego przez kilka prognoz pogody zachmurzenia i obfitych opadów śniegu w ostatniej chwili zmusiła nas do zweryfikowania  planów.  Jak już się jedzie taki kawał drogi, żeby wejść na jakąś górę, to chciałoby się mieć szansę na nią wejść, a nie tylko popodziwiać z dołu z powodu złej pogody (w tym przypadku stwierdzenie, że nie ma złej pogody, a są tylko nieodpowiednio ubrani ludzie, można sobie schować do kieszeni J). Góra będąca planem awaryjnym również okazała się  „naj” – wybraliśmy się na najwyższy szczyt Austrii, Grossglockner. Tam też prognozy straszyły złą pogodą, ale na szczęście nie wszystkie. Były też takie, które mówiły, że pogoda będzie super. Postanowiliśmy wybrać najlepszą z opcji pogodowych. Jak się okazało przed wyjazdem, nie tylko cel uległ zmianie. Z powodów technicznych początkowo planowany zespół czteroosobowy zredukowany został o połowę.  Miało to swój jeden plus i całą masę minusów. Pozytywną stroną sytuacji było to, że w przypadku mojego nadmiernego marudzenia (bardzo mało prawdopodobne) partner od liny nie będzie mógł mnie wepchnąć do szczeliny lodowej na lodowcu, czym  groził przed wyjazdem. Bardzo głupio wyglądałby sam na jednym końcu liny, drugi, bez partnera, ciągnąc za sobą. Jazda w dwie osoby przełożyła się jednak na dużo większe koszty podróży i dużo mniejszą liczbę kierowców. Pod Grossa jedzie się od nas ładny kawałek drogi, prowadziliśmy na zmianę i na miejsce dojechaliśmy niekoniecznie wyspani.

Romek swoją podróż zaczął w Warszawie, ja kilka godzin wcześniej w gdańskim tramwaju – musiałam do Warszawy dojechać.  Ze stolicy wyjechaliśmy w środę o godzinie 16, w Kals am Grossglockner – miejscu, z którego zaczęliśmy mozolne podchodzenie pod górę – byliśmy następnego dnia o 8. Przez całą drogę zastanawiałam się, czy jest to możliwe, żeby mój plecak wnieść pod górę, i to tak wysoką. Oprócz tego, że czerwony i duży, był też dość ciężki. Okazało się to możliwe, ale również bardzo męczące.

Po przepakowaniu plecaków, o godzinie 9, w pełnym słońcu ruszyliśmy pod górę. Dość szybko, pokonując łatwym terenem 200 metrów przewyższenia, dotarliśmy do zamkniętego schroniska Lucknerhütte.

0405

 

 

 

 

 

 

 

 

Po chwilowym postoju ruszyliśmy dalej pod górę. Powyżej schroniska zaczął się śnieg. Z powodu wiosenno-letniej pogody panującej w niższych partiach gór oraz słonecznego dnia był to śnieg brudny i topniejący, w którym zapadaliśmy się co krok po kolana. Solidarnie ze mną, w śniegu zapadały się również moje kijki trekkingowe. Niektórzy twierdzą, że działo się tak przez to, że nie wzięłam ze sobą talerzyków, które zapobiegają takim sytuacjom (zdecydowanie odradzam zapominania talerzyków do kijków w zaśnieżone tereny górskie). Dźwiganie pod górę ciężkiego plecaka oraz siłowanie się z kijkami, solidnie wbitymi w śnieg, jest o wiele bardziej męczące.

W czasie takiego podejścia każdy pretekst, żeby się na chwilę zatrzymać, jest dobry. Z każdym krokiem pod górę moja kreatywność w ich tworzeniu stawała się coraz większa. Największym sukcesem było wymyślenie takiego, który wymuszałby zrzucenie plecaka na ziemię. Gdyby nie Romek, który sugerował, żeby się ruszyć i iść dalej, pewnie siedziałabym obok tego plecaka, na śnieżno-mokrym podejściu, do dzisiaj. Przełomowym momentem dnia pierwszego był ten, w którym wysoko nad sobą ujrzeliśmy schronisko Stüdlhütte. Wydawało nam się, że skoro już je widać, to na pewno musi być blisko. Jednak w takich sytuacjach „blisko” staje się pojęciem względnym – dla mnie nabrało znaczenia, jak stanęłam na schodach schronu zimowego, w którym nocowaliśmy.

1112

 

Schron zimowy (winter room) jest miejscem, z którego korzystają nieliczne jednostki (najczęściej Polacy), którym chce się brnąć w śniegu i mrozie pod górę. Można z nich korzystać zimą, wtedy, kiedy schronisko stojące obok jest zamknięte z powodu niewielkiej liczby osób wybierających się na górę. Gdy koło 13 weszliśmy do schronu, okazało się, że jednostki chcące wejść na Grossa są jednak całkiem liczne i składają się z prawie samych Polaków, którzy wykorzystując długi weekend, postanowili wybrać się w Alpy. Miejsc do spania było zdecydowanie mniej, niż  osób nocujących, w związku z czym przez całe popołudnie trwała wojna o wygodniejszy kawałek podłogi. Romek i ja mieliśmy miejsce all inclusive: nie dość, że spaliśmy na ławkach, zamiast pod stołem, to jeszcze koło okna – jedynego miejsca w schronie, w którym można było znaleźć świeże powietrze.

13

Po małej przekąsce i krótkiej drzemce doszliśmy do wniosku, że nie po to jechaliśmy taki kawał drogi, żeby teraz siedzieć w zatłoczonym schronie i robić nic. Podjęliśmy więc próbę zdobycia kamienistego wzniesienia znajdującego się koło schronu. Jak pokazują zdjęcia, w zdobywanie skały zdecydowanie bardziej wczuł się Romek.

Po powrocie do schronu stopiliśmy śnieg na obiad liofilizowany, herbatę i wodę na dzień następny, zjedliśmy obiad i poszliśmy spać.

Piątek rozpoczął się dla nas pobudką o godzinie 4 rano. Niektórzy zdobywcy wstali jeszcze wcześniej.  Pospolite ruszenie o tej godzinie spowodowane było tym, że prognozy zapowiadały dobrą pogodę, ale tylko do południa. Półprzytomni zjedliśmy pseudośniadanie składające się z płatków crunchy, spakowaliśmy w plecaki niezbędne rzeczy (resztę zostawiając w schronie) i o 5 ruszyliśmy w trasę. O ile świeżemu powietrzu udało się rozbudzić Romka, o tyle ja przez następne dwie godziny człapałam pod górę, ziewając głośno i informując co jakiś czas (w razie jakby Romek zapomniał), że wcale wyspana nie jestem. Może to i lepiej, że miałam jakieś zajęcie, bo dzięki temu mniej myślałam o szczelinach na lodowcu, po którym szliśmy. Cechą charakterystyczną szczelin, przykrytych zimą śniegiem, jest to, że nie widać, gdzie się znajdują. Śnieg tworzy nad nimi mosty śnieżne, które często stanowią bardzo solidne podłoże, a idący po nich człowiek nawet nie wie, że pod nim znajduje się szczelina. Niebezpieczne są sytuacje, w których most się zapada, a osoba nim idąca znika w czeluściach lodowca. Czeluść taka potrafi być, niestety, głęboka.

Przy zespole dwójkowym, połączonym dwoma końcami liny i idącym po lodowcu, pojawia się problem z asekuracją.  Jest to bardziej asekuracja mentalna, niż realna, bo szansa na zatrzymanie wpadającego do szczeliny partnera, który ciągnie nas za sobą, jest bardzo niewielka.

1415

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W przypadku zespołu składającego się z trzech osób wyhamowanie wpadającej osoby jest bardziej prawdopodobne, bo więcej jest osób hamujących. Proces taki  polega na wbiciu czekana w śnieg tak mocno, żeby zatrzymał spadające osoby. W przypadku załamania się mostu śnieżnego większe szanse na utrzymanie się na powierzchni lodowca jednego z partnerów, podczas gdy drugi wpada do szczeliny, są wtedy, gdy idą oni osobno, niezwiązani liną.

My postanowiliśmy, że jak już mamy wpadać do szczeliny, to razem, i dla komfortu psychicznego (bo lina przywiązana drugim końcem do partnera stwarza pozory bezpieczeństwa) szliśmy połączeni liną.

Na szczęście lodowiec, który przemierzaliśmy, cechuje się małą liczbą szczelin, umiejscowionych z daleka od szlaku prowadzącego pod górę.

O godzinie 6:15 doszliśmy do miejsca, w którym do przemieszczania się pod górę trzeba użyć rąk. Był to fragment skalny prowadzący do schroniska Erzherzog-johann-hütte, w dużej mierze ubezpieczony stalowymi linkami, których można się przytrzymać. Chyba że znajdują się pod śniegiem – wtedy nie można i trzeba sobie radzić umiejętnym wbijaniem raków w śnieg i przytrzymywaniem się kruchej skały. Tak było w naszym przypadku.

Gdy o godzinie 7:17 dotarliśmy do schroniska Erzherzog-johann-hütte (3451 m n.p.m), najpierw zdziwiłam się, jak na takiej wysokości można zbudować na tyle duży i solidny budynek, żeby nie uległ zniszczeniu przez tony padającego śniegu i ekstremalnie niską temperaturę w miesiącach zimowych, a następnie poszłam sprawdzić, czy ławka przed schroniskiem jest tak samo wygodna, jak ta, na której spałam w nocy. Długo sprawdzać nie mogłam, bo za chwilę trzeba było iść dalej, żeby zdążyć na okno pogodowe. Po krótkim posiłku i herbacie, w okolicach godziny 8, ruszyliśmy dalej.

0910

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fragment od schroniska do skalistej grani Kleinglocknera prowadził stromym polem śnieżnym. Było to najbardziej żmudne i męczące podejście tego dnia, trwające 1,5 godziny. Następnie charakter drogi zmienił się na czujny i eksponowany. Pojawiły się skały i tyczki służące do asekuracji. Spacer po wiszącym nad przepaścią nawisie śnieżnym, wąskiej grani i skale był najciekawszym i najbardziej emocjonującym etapem dnia. Wcześniej wydawało mi się, że jestem dość dobrze oswojona z dużą wysokością i ekspozycją, jednak przejście przez wąską na pół metra przełączkę Obere Glockerscharte było dla mnie trochę stresujące. Od tego miejsca do szczytu dzieliła nas już tylko połoga (pochylona) ściana skalna, po której trzeba się było wskrobać do góry. Dodam jeszcze, że od schroniska Erzherzog-johann-hütte szliśmy cały czas związani liną. Tu miało to większy sens, niż na lodowcu, bo można było wpinać linę do punktów stałych, przeznaczonych do asekuracji. Końcowej części drogi nie odważyłabym się bez niej pokonać. Zbyt wiele było miejsc niepewnych, w których świadomość tego, że jak spadnę, to tylko na długość liny, pozwalała mi iść dalej. Warto także dodać, że grań w niektórych miejscach była tak wąska, że uniemożliwiała minięcie się dwóch zespołów. Któryś zawsze musiał czekać, aż ten drugi przejdzie. Tworzyły się przez to kolejki. W miesiącach letnich, kiedy ludzi jest więcej, a grań jest węższa o śnieg, który stopnieje, mogą tworzyć się korki.

1617

 

 

 

 

 

 

 

O godzinie 10:45 weszliśmy na szczyt. Cudowne uczucie. Jest to najwyższa góra, na którą do tej pory wlazłam, i pierwsza w Alpach. Udało nam się zdążyć przed załamaniem pogody i widok z góry był niesamowity. Z każdej strony otaczały nas ośnieżone szczyty gór. Najbardziej widoczne, na pierwszym planie, były góry, na najdalszym, znikającym z pola widzenia planie – również góry.

18

W chodzeniu po górach, oprócz żmudnych podejść, najgorsze jest to, że jak już się na jakąś górę wlezie, to i trzeba z niej zejść. Podczas świętowania wejścia na szczyt nie można zapomnieć o tym, że zejście również wymaga skupienia i uwagi – czasem nawet większej, niż wejście. Plusem schodzenia jest to, że w niektórych miejscach można sobie urządzić zjazd (jeśli uda się rozplątać poplątaną linę), dzięki któremu pokonuje się bezproblemowo niektóre bardziej strome odcinki drogi.

Miejscem, które w szczególności wzmogło naszą czujność, było to za schroniskiem Erzherzog-johann-hütte, ze stalowymi linkami pod śniegiem. Wąska ścieżka, z dużą ekspozycją zaraz obok, obsypujący się śnieg i brak możliwości asekuracji sprawiły, że schodzenie tym terenem wymagało szczególnego skupienia. Po pokonaniu najbardziej czujnych miejsc pełną parą ruszyliśmy do schroniska. Byliśmy głodni, zmęczeni, chciało nam się pić, nogi potykały się o powietrze. Na lodowcu niepotrzebne nam było psychiczne wsparcie ze strony liny, szczeliny przestały być straszne. Byliśmy tak zmęczeni, że nie chciało nam się jej wyciągać z plecaka. Planowaliśmy dotrzeć do schronu, zjeść obiad, iść spać i następnego dnia zejść do samochodu. Jednak po ponad godzinnym odpoczynku stwierdziliśmy, że skoro w zamkniętym schronisku u góry nie da się kupić piwa, a w otwartym sklepie na dole owszem, to koniecznie trzeba zejść na dół. Marudząc jeden przez drugiego, że nie chce nam się tyłka z ławki ruszać, spakowaliśmy się, wyszliśmy i godzinę później byliśmy w samochodzie.

Miał być najwyższy szczyt Europy, wyszedł najwyższy szczyt Austrii 🙂

PS Muszę się przyznać, że zapomniałam zabrać ze sobą z domu kask. Było to dość głupie, bo kask jest rzeczą potrzebną w górach nawet bardziej, niż talerzyki do kijków. Na szczęście dzięki Romkowi, który pożyczył go dla mnie od swojej koleżanki, nie musiałam iść w góry, wystawiając swoją mądrą głowę w wełnianej czapce bez obstawy na niebezpieczne niebezpieczeństwa 🙂 Ja  naraziłam życie, zapominając kasku, Romek naraził swoje, kładąc kartę pamięci ze zdjęciami z wyprawy w bezpiecznym miejscu (czyt. zwyczajnie ją gubiąc). Po kilku godzinach poszukiwań, kiedy już zupełnie straciliśmy nadzieję, że karta się znajdzie, okazało się, że bezpiecznym miejscem, według Romka, jest tacka na jedzenie w McDonaldzie. Szczęśliwie ktoś z obsługi dostrzegł ją pośród resztek lodów z polewą truskawkową, umieścił w innym miejscu niż śmietnik i udało nam się ją odzyskać.


Autorką powyższej historii jest Asia Tracz. Możecie ją spotkać w sklepie Decathlon Przymorze w Gdańsku na dziale turystycznym 🙂

Oceń artykuł:
4.4 (88.89%) 9 votes